„F”

Piotruś

MAŁGORZATA MUSIEROWICZ

 

Zachorowałam na grypę, a ta się skomplikowała. Gorączka sięgnęła 40 stopni i mąż stracił zaufanie do moich metod samopomocy medycznej; udał się desperacko po ratunek do służby zdrowia. Prostolinijny jak zawsze, sprowadził – po raz pierwszy, odkąd płacimy na ZUS – rejonową lekarkę pierwszego kontaktu. Tym samym musiał strzelić jakąś gafę, bo młoda pani doktor przybyła nadąsana. – No? – spytała groźnie, wchodząc do pokoju i obrzucając potępiającym wzrokiem bibliotekę, kwiaty i obrazy. – Co tu się dzieje?! – a kiedy wyjaśniłam, że nie mogę oddychać, młoda osoba nie powstrzymała już swego gniewu: – Oj, pani Musierowicz! Pani tu sobie żyje w swoim pogodnym, radosnym świecie, ale rzeczywistość jest całkiem inna niż w pani książkach! – wybuchnęła.
Mając zapalenie oskrzeli człowiek nie czuje się ani pogodnie, ani radośnie. Nie zdobyłam się jednak na żadną ripostę, bo mi się kręciło w głowie. A przecież riposty mam gotowe już od dawna, wszak parę razy w życiu tłumaczyłam rozmaitym cymbałom – przy okazji ich ideologicznych napaści – że beletrystyka, zwłaszcza przeznaczona dla młodych czytelników i dzieci, rządzi się innymi prawami niż drapieżne dziennikarstwo i inne zgoła stawia sobie cele; nie musi ona obowiązkowo tropić dewiacji ani odzwierciedlać ciemnych stron rzeczywistości i ponurych zakamarków ludzkiej duszy. Może to dla niektórych nie do pojęcia, lecz w gruncie rzeczy beletrystyka może się zajmować, czym chce, wedle upodobań i woli autora! Najwyżej czytelnicy się od niej odwrócą.
Znudziło mi się już dawno powtarzanie rzeczy dla każdego oczywistych, toteż milczałam i tym razem, i nawet nie powiedziałam pani doktor, że jeśli tylko zapragnie przeczytać książkę o ponurej rzeczywistości, bez trudu znajdzie takie dzieło w księgarni, na kupie innych nikomu nie potrzebnych dzieł. Ostatecznie, mogłaby też pani doktor napisać sobie taką książkę sama! Doprawdy, nic łatwiejszego niż wylać na papier swoje frustracje: trzask, prask – i książka gotowa. Trudu i wysiłku wymaga dopiero przetworzenie rzeczywistości, wyniesienie jej na poziom umowności oraz nadanie jej dodatkowego znaczenia.
Ale nic nie powiedziałam, bo było mi gorąco oraz słabo. Biernie poddałam się badaniom, usiłując zrozumieć, jakie są przyczyny gniewu młodej lekarki. Kiedy, wciąż naburmuszona, zaczęła się zbierać do wyjścia, wyobraźnia podsunęła mi wyjaśnienie: poprzedni pacjent, którego odwiedziła, musiał pani doktor wspomnieć o pavulonie i okazać jawny brak zaufania, zwłaszcza jeśli – jak u mnie – nie umyła rąk przed badaniem. Ani – po.
Postanowiłam wypróbować na młodej lekarce działanie Eksperymentalnego Sygnału Dobra. – Bardzo dziękuję za wizytę, pani doktor – powiedziałam. – I proszę za bardzo się nie przejmować tą rzeczywistością. W gruncie rzeczy ludność lubi lekarzy i szanuje ich pracę.
Bingo!!! – pani doktor raptownie odtajała, a na jej zacięte oblicze wypłynął całkiem miły uśmiech. – No już dobrze, dobrze – rzekła wybaczająco i poszła sobie.
Padłam na poduszki i oddałam się rozmyślaniom, o których śmiało mogę powiedzieć, że były gorączkowe. Czy twórcy, ukazujący publiczności jasne strony życia, zasługują na stuprocentowe potępienie, czy też znajdą się dla nich jakieś okoliczności łagodzące? – zadawałam sobie pytania, łykając przepisany mi przez młodą lekarkę antybiotyk (który, notabene, spowodował wystąpienie tak zwanych skutków ubocznych, co przedłużyło potem mój pobyt w łóżku o dwa tygodnie). Przypominałam też sobie ,,Amelię”, film pełen humoru i wdzięku, zrobiony z radością i talentem, a ukazujący dobitnie, że poezja sadowi się w rzeczywistości brzydkiej i trywialnej równie pewnie, jak pośród idyllicznych krajobrazów, i że potrafi żyć pośród ludzi śmiesznych, żałosnych i nieszczęśliwych całkiem tak samo, jak pomiędzy herosami poematów. Lecz i znakomita ,,Amelia”, za którą publiczność przepada, spotkała się z wrogością pewnego typu krytyków (o czym z przykrością przeczytałam w ,,Forum”). Zarzucali oni filmowi, że ukazuje pogodny, radosny świat, podczas gdy rzeczywistość jest zupełnie inna. 
Kiedy tak rozmyślałam, w odpowiedzi nastąpiło wydarzenie zachwycające, iskrzące się cudownością i podnoszące na duchu. Do pokoju wpadła rozpromieniona postać, wołając: – Mamo, zgadnij, od kogo dostałaś list!!! – i podała mi wytworną, podłużną kopertę z kremowego papieru.
Nadawcą był Jeremi Przybora!
A list był prześliczny.
Powietrze w centrum grypowym zrobiło się złociste i orzeźwiające, jakby przez otwarte okno wleciała tu wróżka, siejąca iskierki. Z radości podskoczyłam na łóżku i straciłam kilka stopni gorączki. Muszę wyjaśnić, że od lat pięćdziesiątych, kiedy to w radio nadawano ,,Teatrzyk Eterek”, Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski są stale obecni w życiu naszej rodziny. Słuchamy, czytamy i oglądamy wszystko, co tylko stworzyli. Mówimy cytatami z ,,Eterka” (,,Słychać, jak przepełnia się jakiś kielich”) i z ,,Kabaretu Starszych Panów” (np. ,,Deptanie dla tych stworzeń to pasmo upokorzeń”), a nasi przyjaciele porozumiewają się z nami w ten sam sposób. Nucimy i gwiżdżemy śliczne melodyjki, kolekcjonujemy płyty Starszych Panów, taśmy i książki. Lecz przede wszystkim – zanurzamy się bez umiaru w pogodny, radosny świat wyobraźni pana Przybory, ciesząc się bogactwem jego słowa, subtelnym poczuciem humoru, wdziękiem, dystansem oraz elegancją i przekonując się, że poezja przebywa w kabaretowych piosenkach równie chętnie, jak w wierszach Miłosza, gdyż dla niej nie ma znaczenia, w jakim odnajdzie się gatunku. Gatunki jej nie interesują, ona chce określonych warunków. Potrzebuje też ludzi, którzy jej potrzebują. I oczywiście – kogoś, kto będzie jej przekaźnikiem.
Przekaźnik, występujący pod nazwą „Jeremi Przybora”, należy do najdoskonalszych: czego tknie, nasyca poezją.
Szczególnie ciekawe zaś wydaje się jego najnowsze dzieło – adaptacja ,,Piotrusia Pana”, arcydzieła literatury dla dzieci, którego autorem jest brytyjski odpowiednik (teraz to zauważyłam) Jeremiego Przybory, sir James Matthew Barrie (1860–1937), baronet, rektor uniwersytetu w Edynburgu, autor powieści, satyr i komedii, człowiek obdarzony znakomitym poczuciem humoru i czułą wrażliwością, dżentelmen, słowem – poeta. Ktoś może się tu obruszyć i oświadczyć, że poeta to nie żaden dżentelmen, tylko osobnik, który bije żonę krzesłem, używa mnóstwo alkoholu i z błazeńsko wykrzywionym, pogardliwym obliczem przesiaduje po knajpach, gdzie w bólach rodzi pełne goryczy, buntu i bezsensu nieudolne linijki, przesycone poczuciem wyższości. Ale ja nie muszę się zgodzić z taką definicją.
Książkowe wydanie libretta, wraz z płytą CD zawierającą gotowe już nagrania piosenek z musicalu ,,Piotruś Pan”, odnalazłam w załączonej do listu paczuszce. Mam do powiedzenia sporo krytycznych słów na temat pana Janusza Stokłosy w roli wydawcy (dopuścił on do tego, że rzecz najcenniejszą, mianowicie tekst pióra Jeremiego Przybory, wydrukowano w tej oblanej lakierem i złotem książce na ciemnych aplach, różnorodnymi czcionkami rozsypanymi niby to malowniczo, zupełnie nieczytelnymi w towarzystwie zniechęcających ilustracji. Oby nie zaszkodziło to sprzedaży! Lecz oddać panu Stokłosie należy jedno: wiedział, do kogo się zwrócić po adaptację. 
Ta adaptacja jest bowiem wzorowa! – nie gubiąc w koniecznych skrótach ani odrobiny czaru, prawdy i atmosfery oraz przesłania pięknej książki Barriego, Jeremi Przybora stworzył dzieło sceniczne całkowicie własne; dodał wiele uroczych tekstów piosenek, bawiąc się pysznie słowami, sypiąc błyskotliwymi pomysłami jak z rękawa, rozśmieszając i wzruszając do łez (na przykład piosenką ,,Ogarnie nas przypływ”, która w swej czystości i łagodnie uśmiechniętym smutku sprawia olbrzymie wrażenie). 
Chociaż znam powieść na pamięć, musiałam chwilami sięgać po nią, by się upewnić, że poszczególne znakomite pomysły są dziełem adaptatora, nie autora – tak doskonale zostały wpasowane w styl Barriego, zachowując zarazem wszystkie zalety stylu Przybory. Jestem pełna podziwu dla tej misternej, znakomitej roboty, dla precyzji, fantazji i dla potęgi talentu pana Jeremiego. Nie muszę dodawać, że wszyscy chodzimy już po domu, recytując na wyścigi: ,,Przed Piotrusiem okno zamknę, gdyby łotruś wrócił z nimi”, lub: ,,Wielki Wódz plemienia Pikaniny, Olbrzymia Panter Mniejszy pozdrawiać wielki mały blada twarzyczka Piotruś Pan”, albo delektujemy się pieśnią kapitana Haka:

Ach synem byłem ja rodu
wysokiej rangi i sfery.
Łączyłem z wdziękiem urodę,
nieskazitelne maniery.
Wytwornych strojów gamą
pieściłem oczy dam.
A dziś na czele chamów
być dżentelmenem mam!
Choć ze mną ta hałastra
na każdy stanie zew,
to straszne – żyć wśród chamstwa!
To straszne – być wśród
chamstwa,
nie znosząc go, psiakrew!

Lub wreszcie: ,,Piotrusiu Panie, twoja twarz / jest przecież twarzą dziecka. / Kim jesteś, że w spojrzeniu masz / moc, co jest czarodziejska?”.
Właśnie, kiedy wypowie się te ostatnie słowa, można w pełni zrozumieć tajemnicę Jamesa Matthew Barriego i Jeremiego Przybory. Ich tajemnica jest wspólna: każdy z nich to Piotruś Pan we własnej osobie.


Małgorzata Musierowicz

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl