Pocałunek Boga
Ks. STANISŁAW MUSIAŁ SJ
Pewien młodzieniec – jak podaje
znany nam już z „koszów” („Cuda Matki Boskiej”) mnich cysterski z XII w., Cezary z Heisterbach – pragnąc zostać rycerzem, zaciągnął się w służbę u bogatego suzerena. Zamieszkał w jego domu, traktowany jak jeden z członków rodziny. Młodzieniec był bardzo cnotliwy, co nie omieszkał podkreślić z naciskiem mnich Cezary. Ale właśnie dlatego stał się celem kusicielskich ataków ze strony diabła. Młody rycerz „za przyczyną nienawistnego (sobie) diabła” zakochał się na umór w żonie swego pana. Warto tutaj zwrócić uwagę, mimo całego okrucieństwa, jakie panowało w średniowieczu, na pewien rys humanitarny tej epoki, często zapoznany. Wszystko zło, którego dopuszczali się wówczas ludzie, dokonywało się również i „za poduszczeniem szatańskim”. Nie zdejmowało to wprawdzie odpowiedzialności ze sprawcy złego czynu, ale było postrzegane przez postronnych, a zwłaszcza przez sędziów, jako okoliczność łagodząca. Dzisiaj stoimy wobec naszej winy sami. ,,Poduszczenia diabelskie” nie są już w ogóle brane pod uwagę, nawet przez sądy kościelne, łącznie z papieskimi.
Nasz młodzieniec po roku wielkich cierpień i zmagań z namiętnością zdobył się na odwagę, godną kandydata na rycerza. Wyznał swoją miłosną pasję wprost osobie „zainteresowanej”, czyli żonie swego pana. Niestety, niewiasta okazała się bardziej cnotliwa niż przypuszczał. Nie przejawiła najmniejszego przyzwolenia ani ochoty na miłosną przygodę z młodzieńcem. Aliści odmowa damy tylko spotęgowała jeszcze miłość młodego rycerza do niej. W swej rozterce duchowej młodzieniec udał się do pewnego pustelnika, który był jego doradcą w sprawach duchowych, i poprosił go o radę, a w zasadzie tylko o to jedno, jak mógłby dopiąć swego celu. „Tylko taki masz kłopot?!” – zdziwił się pustelnik. I poradził mu, że zamiar swój osiągnie, jeśli przez cały rok – w miarę możliwości – będzie odmawiał do Matki Boskiej w pobliskim kościele 100 Zdrowaś Maryjo. Młodzieniec zrobił, co mu pustelnik polecił. Gorliwie odmawiał Zdrowaśki i liczył czas. Kiedy nadszedł ostatni dzień, cały podniecony, dosiadł konia i pojechał na modlitwę do kościoła. Po jej odmówieniu, wychodząc ze świątyni, zobaczył – o dziwo! – jak jakaś nieznana niewiasta, której „uroda przewyższała wszelkie ludzkie piękno”, trzymała jego konia za uzdę. „Czy Ci się podoba mój wygląd?” – zapytała niewiasta zupełnie bez ogródek młodzieńca. Ten, urzeczony jej urodą, odpowiedział: „Nigdy nie widziałem w życiu piękniejszej kobiety od Ciebie!” „Czy by Ci to wystarczyło, żebyś mnie miał za żonę, czy też nie?” – zapytała prosto z mostu. Na takie dictum młody człowiek sięgnął po najwyższy wówczas komplement (jesteśmy w czasach głębokiego feudalizmu!), a zarazem i szczere z jego strony wyznanie: „Twoja uroda, Pani, spodobałaby się każdemu królowi na ziemi. Wszyscy uważaliby się za szczęśliwych mogąc przebywać w Twoim towarzystwie”. Reakcja niewiasty była natychmiastowa: „Ja będę twoją żoną! Zbliż się do mnie i pocałuj mnie!” Młodzieniec spełnił jej życzenie z ochotą i pocałował ją. Z dalszej rozmowy między dwojgiem „zaręczonych” wynikło, że ową niewiastą była sama Matka Boża we własnej osobie. Pocałunek Maryi uwolnił młodego rycerza całkowicie od jego niemożliwej miłości do małżonki swego suzerena. Był to pocałunek Maryi? Nie! To był pocałunek samego Boga!
Seksualność jest siłą kosmiczną, tak mocną i powszechną jak siła przyciągania ziemskiego. Zaprogramował ją i stworzył sam Bóg. Użyta dobrze, jest źródłem szczęścia i radości. Używana źle, może zniszczyć każdego. Zamienia się wtedy w siłę demoniczną. A nie użyta wcale? Czy jest to możliwe, by jej nie używać? Czy można w ogóle jej się oprzeć? Tak! Pod warunkiem, że przeciwstawi się jej inną, ponadkosmiczną „siłę”, Chrystusa, miłość do Niego. Odnosi się to w szczególny sposób do katolików i katoliczek, którzy składają ślub lub przyrzeczenie czystości. Nie mówię tutaj o celibatariuszach i celibatariuszkach innych wyznań czy też o osobach niewierzących, jako że nie są mi dostępne ich doświadczenia i przeżycia duchowe. Miłość do Chrystusa nie zawsze musi przyjmować formy „uczuciowe” (choć i to może mieć miejsce). Może i powinna się objawiać przede wszystkim wiernością w modlitwie, znoszeniem cierpień i w szczególny sposób miłością do bliźnich, zwłaszcza biednych i tych wszystkich, których nikt nie kocha. Osoby Bogu poświęcone powinny być znakami powszechnej miłości Boga do ludzi, tak, jak Bóg sprawia, że słońce świeci nad dobrymi i złymi.
Nie sądzę, żeby celibat mógł „bezkolizyjnie” współistnieć ze stylem życia konsumpcyjnym u jednej i tej samej osoby. Brat Egidiusz, jeden z pierwszych towarzyszy św. Franciszka z Asyżu, gorący orędownik surowości reguły franciszkańskiej, gdy go oprowadzono po nowowybudowanym klasztorze, zbudowanym przy grobie Świętego (imponuje nam nawet dzisiaj swoją okazałością!), powiedział zwracając się do współbraci: „A zatem macie już wszystko! Brak wam tylko jeszcze żon!” I faktycznie. Znam kraj, gdzie duchowni pobierają stosunkowo wysokie pensje, równe wyższym urzędnikom państwowym (oczywiście w tym kraju). Mogą sobie zatem pozwolić na dostatni tenor życia, łącznie z podróżami do odległych krajów. U siebie dysponują wszystkimi dobrodziejstwami cywilizacji. Pytam, jakiej siły ducha potrzeba, żeby przy takiej „ofercie” nie popaść całkowicie w styl życia konsumpcyjny, i nie ulec pokusom, o których bratu Egidiuszowi wręcz się nie śniło?
Kościół w Polsce uratują nie obchody, wielkie programy czy nawet (aż strach powiedzieć!) papieskie wizyty. Uratuje go siła i jakość miłości do Chrystusa w sercach Jego wiernych, zwłaszcza tych, którzy się oddają Bogu całkowicie na Jego służbę. Skarżył się przede mną jeden z seminarzystów, że młodzi adepci do kapłaństwa w czasie posiłków rozmawiają tylko o samochodach, o karierze i o tym, które parafie są „najlepsze”, czytaj: najbogatsze (nie biorę tego młodym ludziom za złe, jako że przykład idzie od góry). Wszelkie reformy w Kościele na przestrzeni jego dwutysiącletniej historii zaczynały się od ubóstwa: od miłości do Chrystusa ubogiego, przejawiającej się przede wszystkim miłością do tych, dla których nikt nie ma czasu, którym nikt się nie kłania, którzy nic nie znaczą. Uratuje Kościół w Polsce całkowite zawierzenie się owej ponadkosmicznej sile, jaką jest Chrystus. Ona jedna jedyna wyposaży go w odporność na wszelkie pokusy tego świata. Ustrzeże przed nimi zwłaszcza tych, którzy piszą się na szczególną służbę Bogu i bliźnim: biskupów, kapłanów, zakonników, zakonnice, a także inne osoby życia konsekrowanego. Muszą oni wszyscy jednak wpierw otworzyć się na miłość do Chrystusa. Potrzebny jest pocałunek Boga!
Ks. Stanisław Musiał SJ
|