Pierwsi w sporcie

Anna Łabuszewska



Podwyższony poziom hemoglobiny u jednej ze startujących na igrzyskach olimpijskich rosyjskich sportsmenek stał się w Salt Lake City powodem tak skandalu, jak awantury. W samej Rosji z kolei wywołał zbiorową antyamerykańską histerię – pierwszą od momentu przyłączenia się Moskwy do koalicji antyterrorystycznej.


Po wykluczeniu podejrzanej o stosowanie dopingu Larysy Łazutiny z udziału w sztafecie narciarskiej, szef narodowego komitetu olimpijskiego zagroził bojkotem igrzysk. W Rosji natomiast podniosła się potężna fala protestu i dyskusji: parlament zaprotestował przeciwko niesprawiedliwemu traktowaniu rosyjskich sportowców na olimpijskich arenach, w prasie, radiu i telewizji zawzięcie przeciwstawiano się hegemonii Stanów Zjednoczonych we wszystkich dziedzinach, ze sportem włącznie, a pod ambasadą amerykańską rozgorączkowani kibice skandowali: „Jankesi, oddajcie nasze medale!”. 
Ten błahy na pierwszy rzut oka epizod z testem antydopingowym pokazał z niezwykłą ostrością, jak płytkie są w rosyjskim społeczeństwie sympatie dla Ameryki, a jak głęboko zakorzeniona potrzeba rywalizacji z nią. Nie tylko w sporcie.

Rosja obrażona

Ostatnie tak żywiołowe antyamerykańskie reakcje towarzyszyły w Rosji natowskim nalotom na Jugosławię w 1999 r. Co ciekawe, protestowano wtedy nie tyle przeciwko samej operacji zbrojnej, ile przeciwko temu, że nikt z Rosją nie skonsultował zastosowania militarnych środków nacisku na jej sojusznika, Slobodana Miloszevicia. Moskwa poczuła się obrażona tym, że została pominięta przy światowym rozdaniu. Dwa lata później, po zamachach terrorystycznych na Nowy Jork i Waszyngton, prezydent Władimir Putin postanowił przełknąć dawne żale i przysiąść się do amerykańskiego stolika, przy którym znowu tasowano karty. Poparł Amerykę w walce z terroryzmem. Czy zyskał tym posunięciem w oczach rodaków?
Dla większości Rosjan, zwłaszcza pamiętających czasy ZSRR, Stany Zjednoczone to nadal wróg, hegemon, który panoszy się na świecie i próbuje wszędzie zaszczepić swoją ideologię. A ideologia ta jest na wskroś kłamliwa („amerykańska demokracja to jeden wielki showbiznes” – ten slogan wielokrotnie powtarzano w radiu i telewizji przy okazji omawiania „potwornej niesprawiedliwości”, jaka spotkała rosyjską ekipę w Salt Lake City). W dyskusji prasowej, jaka rozgorzała po skandalu na igrzyskach, głos zabrali przedstawiciele wszystkich zawodów, grup społecznych i kategorii wiekowych. Warto podkreślić, że w wypowiedziach najczęściej podnoszono potrzebę odegrania się na Amerykanach. Głosy spokojnie oceniające dystans dzielący w wielu dziedzinach Rosję i Stany Zjednoczone, wskazujące na pozytywne strony rosyjsko--amerykańskiego partnerstwa należały do wyjątków. Wyglądało na to, że wszyscy tylko czekali na pretekst, by wreszcie wykrzyczeć nienawiść do „światowego żandarma”, wyrazić niezgodę na istnienie USA na świecie i w końcu wezwać naród do stawienia oporu i dania odporu niegodziwym imperialistom. Na pierwszych stronach gazet brakowało tylko karykatur spasionych kapitalistów z cygarem w gębie, ściskających we włochatych łapskach worki dolarów...
Pisarz i filozof Aleksander Zinowjew (kiedyś emigrant i jeden z głównych ideologów rosyjskiego antykomunizmu) na łamach dziennika „Niezawisimaja Gazieta” przestrzegał Rosję i resztę świata przed amerykanizacją i „masowym tumanieniem ludzkości”, a władzom nakazywał wzmóc czujność oraz przeciwstawić się postępującemu procesowi bezkrytycznego przyjmowania zabójczych amerykańskich wartości. 
Także wśród rosyjskich wojskowych nie brakuje przeciwników bratania się z Waszyngtonem. Mają oni za złe prezydentowi, że podczas operacji w Afganistanie „wpuścił” Amerykanów do tradycyjnej rosyjskiej strefy wpływów w Azji Centralnej. Nie zaleczone kompleksy utraty pozycji supermocarstwa odżywają w powtarzanych przez większość generałów (i wielu polityków) zaklęciach o konieczności wzmocnienia wojska. „Nie ma się co łudzić, Rosja musi zrozumieć, że na całym świecie ma tylko dwóch sojuszników: są to jej armia i marynarka wojenna!” – wykrzykiwał podczas „olimpijskiej” debaty parlamentarnej szef komisji spraw zagranicznych Dmitrij Rogozin (który notabene świeżo powrócił z Iranu, gdzie Rosja ma żywotne interesy w dziedzinie eksportu broni i atomistyki, co stoi w sprzeczności z interesami Stanów Zjednoczonych). 
Wielu komentatorów telewizyjnych wprost mówiło, że Rosja musi być silna siłą swojej armii, gdyż inaczej nikt na świecie się z nią nie liczy. Nawet w sporcie. Co więcej, wprost przeliczano nakłady na obronność kraju w liczbach względnych i bezwzględnych na złote medale zdobyte na igrzyskach olimpijskich.

„Nam nie wolno było przegrywać!”

Jednym z zarzutów podnoszonych przez stronę rosyjską pod adresem organizatorów igrzysk olimpijskich było stronnicze sędziowanie w turnieju hokeja na lodzie. „Sbornaja” ostrzyła sobie zęby na złoty medal, tymczasem w półfinale przegrała z USA. W Rosji natychmiast podniosły się głosy, że przegrała tylko dlatego, że prowadzący spotkanie sędziowie z NHL są stronniczy i działali na szkodę zawodników rosyjskich. Specjaliści toczyli w studiu olimpijskim długie dysputy o tym, jak to w ogóle amerykański hokej ma szkodliwy wpływ na poziom gry rosyjskiej drużyny narodowej. Otóż większość zawodników „sbornej” gra w USA i w Kanadzie i ma mózgi zepsute przez tamten sposób szkolenia i organizacji zawodów ligowych. „Im wolno przegrać w sezonie kilkanaście meczy, nam się to w głowie nie mieściło. Związek Radziecki musiał wygrywać, nie było alternatywy” – powiedział zasłużony hokeista radziecki Aleksandr Ragulin. Nic dziwnego, ZSRR toczył przecież bardzo zimną wojnę z przeciwnikami politycznymi również na boisku, na lodzie i w wodzie. Każdy radziecki sportowiec musiał wykazać pogrążonemu w moralnej zgniliźnie przeciwnikowi z Zachodu wyższość socjalizmu nad kapitalizmem oraz myśli Karola Marksa nad wymysłami Adama Smitha.
Zadziwiające, że mimo dziesięciu lat dynamicznych przemian (a w każdym razie dynamicznych wydarzeń) w Rosji ten sposób myślenia przetrwał niemal nietknięty. Sport do tej pory jest tam postrzegany jako element wielkiej geopolitycznej gry o wpływy na świecie. Znamienne jest, że w histerii sprzeciwu wobec niższej lokaty rosyjskiej ekipy olimpijskiej rzadko zwracano uwagę na słabość systemu przygotowań sportowców, chroniczne niedofinansowanie tej dziedziny, wyjazdy gwiazd sportu za granicę „za chlebem”. Częściej, wręcz nagminnie, wskazywano, że sport jest przecież dziedziną, w której „możemy im dołożyć”. Właściwie – „moglibyśmy”. Moglibyśmy, gdyby nas niewinnie nie prześladowano. To drapowanie się w szaty męczennika jest nie tylko próbą obrony własnych interesów, ale przede wszystkim świadectwem renesansu ideologii „oblężonej twierdzy”.
Częstym motywem, który pojawiał się w komentarzach wokółolimpijskich, była skarga: „My im pomogliśmy po 11 września, a oni dali nam teraz łupnia. Oto amerykańska wdzięczność!”. A jaka jest na to rada? Odpłacić im pięknym za nadobne! Ot, choćby na oczach telewidzów zamaszyście przekreślić w czerwonym paszporcie czerwonym długopisem amerykańską wizę, jak to uczynił znany satyryk i pisarz Michaił Zadornow. Albo nawet użyć broni jądrowej, jak radził czołowy komentator polityczny pierwszego programu telewizji.

Oblicza sportu

Właściwie trudno się dziwić tym wszystkim wojowniczym reakcjom politycznej elity, ludzi kultury czy zwykłych zjadaczy chleba, jeżeli się popatrzy na rosnące zamiłowanie do militaryzowania cywilnych sfer życia, pielęgnowanie pięknych tradycji oręża (podniesienie dnia czerwonoarmisty do rangi święta państwowego, coroczne fety z okazji dnia milicji, dnia pracownika służb specjalnych etc., zawsze z udziałem głowy państwa) czy przywrócenie w ramach programu wychowania patriotycznego zajęć z przysposobienia obronnego w szkołach. Ale weźmy choćby uroczystości pożegnania ekipy olimpijskiej, które mają jednoznacznie frontową oprawę. Na drogę błogosławi im nie tylko moskiewski Patriarcha Aleksy, który w dymach kadzideł nakazuje zwyciężać na chwałę ojczyzny, ale także osobiście prezydent Putin, przejęty losem rodzimego sportu jak swoim własnym. Sportowców wysyła się w bój. Jak żołnierzy.
W podobnym duchu wojskowo-nakazowo-rozdzielczym odbyły się pod koniec stycznia obrady Rady Państwa (w skład tego pozakonstytucyjnego ciała wchodzą – rotacyjnie – przywódcy regionów) poświęcone tematyce sportowej. Prezydent nakazał rządowi opracowanie koncepcji rozwoju „fizkultury” i sportu do roku 2005. Nie czekając na usportowienie rządu postanowił też wskrzesić ducha tradycji spartakiady narodów ZSRR i organizować analogiczne zawody narodów Federacji Rosyjskiej. Jak zwykle pilni w wykonywaniu dyrektyw głowy państwa gubernatorzy pospieszyli już z zapewnieniami o pełnej gotowości do zdrowego trybu życia: w obwodzie tiumeńskim na przykład urzędnicy począwszy od tego roku będą musieli zdawać egzaminy z wychowania fizycznego, zaliczać normy Gotow k trudu i oboronie – sprawdzianu wydolności organizmu i wiedzy wojskowej z czasów radzieckich (przecież zgodnie z refrenem piosenki „A jeśli jutro wybuchnie wojna” wszyscy musieli umieć rozróżnić falę uderzeniową po wybuchu jądrowym od tajfunu i rzucić granatem).
Tymczasem sam prezydent Putin poza dżudo zajmuje się również bardziej pokojowymi dyscyplinami sportu. Ostatnio jeździ na nartach. Jego instruktorem jest niejaki Leonid Tiagaczow. Po kilku wspólnych szusach instruktor otrzymał od ucznia ciepły stołek przewodniczącego narodowego komitetu olimpijskiego. Po aferach w Salt Lake City pewnie się na tym stołku nie utrzyma. A prezydent będzie się musiał rozejrzeć za nowym trenerem. Pozostaje mieć nadzieję, że wrzawa podniesiona wokół wydarzeń na igrzyskach olimpijskich opadnie, wydarzenia zyskają odpowiednią ocenę, a właściwi ludzie zajmą właściwe stanowiska. Ale to tylko nadzieja. Nic więcej. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl