Jubileusz Zofii Chądzyńskiej

Gra w słowa

MARIUSZ KUBIK

 

Kiedy w latach 70. na spotkanie z Julio Cortázarem w warszawskim klubie studenckim „Kwant” przyszło kilka tysięcy osób, autor „Gry w klasy” zdawał się być oszołomiony sukcesem „za żelazną kurtyną”. Zawdzięczał go w dużej mierze Zofii Chądzyńskiej, polskiej tłumaczce jego książek. „Nigdy się nie dowiem, co tam naprawdę napisałaś” – żartował.

Chądzyńska nie planowała, że zostanie tłumaczką i pisarką. Dziś nie sposób sobie wyobrazić wielu dzieł światowej literatury w innym niż jej tłumaczeniu.


OCALONE W PAMIĘCI


Skończyła studia ekonomiczne, by później raz na zawsze o nich zapomnieć. A literatura i sztuka były od zawsze w jej pobliżu. To choćby znajomość z Marianem Eile (po wojnie redaktorem naczelnym „Przekroju”), który podsunął jej „Czarodziejską górę” Manna. Dyskusje w gronie przyjaciół, Warszawa teatrów, rewii i kawiarń, Słonimskiego i Lechonia. Pierwsza wyprawa do Paryża. Poznany niemal przypadkiem niepozorny nauczyciel rysunków z Drohobycza, który, urzeczony urodą Zofii, ofiaruje jej swoje prace, cudem ocalałe z okupacyjnej pożogi. 
Wcześniej jeszcze, na zawsze zapadłe w pamięć, wspomnienie z dzieciństwa: bukiet kwiatów od Artura Rubinsteina dla rodziców i kartka z przeprosinami za nieobecność na planowanym wcześniej wspólnym obiedzie. Ojciec Zofii był wielkim admiratorem artysty, jeździł za nim po całej Polsce. Poznali się, kiedy Rubinstein na jeden z koncertów pożyczył od niego frak. 
– Pamiętam zabawne zdarzenie, kiedy obaj podróżowali tym samym pociągiem, w drodze na koncert do Krakowa – opowiada Zofia Chądzyńska. – Na którejś ze stacji rozczepiono wagony i okazało się, że Rubinstein został gdzieś po drodze. Po przyjeździe ojciec nakazał zalepić afisze i wszystko odwołać. Tamten tymczasem oczywiście dojechał...
I jeszcze jedno wspomnienie, wcześniejsze (nie należy trzymać się chronologii!...). Początki krótkotrwałej polskiej niepodległości. Pusty lokal obok mieszkania rodziców rekwiruje wojsko. Na krótko zamieszkuje tam Józef Piłsudski, który właśnie powrócił z Magdeburga. Mama sześcioletniej Zosi przez tydzień przyrządza Naczelnikowi posiłki, które przeważnie trzeba odgrzewać późno w nocy... 

WIELKI STRACH


Pracując w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego Zofia Szymanowska poznaje Bohdana Chądzyńskiego. Tuż po wybuchu wojny bierze z nim ślub. Jest szczęśliwa, choć okupacja stanie się dla niej przeżyciem traumatycznym. 
– Nie miałam wątpliwości, że wojna wybuchnie i jak się skończy – wspomina po latach. – Jestem urodzoną pesymistką. Jak się jest pesymistą, ma się zawsze rację. 
Nie wstydzi się mówić otwarcie o swoim strachu. Już na początku 1940 roku zostaje aresztowana, przez pół roku jest więźniarką Pawiaka. „Tych sześć miesięcy nauczyło mnie wielu rzeczy i pokazało wiele różnych stron życia” – napisze we wspomnieniach. Może i tego, że każda sytuacja może mieć dwie strony. Nie wszyscy Niemcy, zwłaszcza ci trochę lepiej wykształceni, czuli się hitlerowcami. To dzięki jednemu z nich z więzienia uwolniono później brata Chądzyńskiej. 
W 1945 roku Chądzyńscy osiedlili się w Katowicach. Bohdan był już wtedy poważnie chory, zalecono mu wyjazd do kraju o cieplejszym klimacie. Po wielu perypetiach oboje znaleźli się w Maroku.
– O wyjeździe nie zdecydowała wyłącznie choroba bliskiego człowieka – mówi Robert Jarocki, zaprzyjaźniony po wojnie z Chądzyńską. – Myślę, że chodziło też o zrzucenie bagażu i doświadczeń okupacji, o potrzebę zmiany otoczenia.


GOMBROWICZ I „KONSULOWA”


Lata pięćdziesiąte w Buenos Aires. Oboje Chądzyńscy, po epizodzie dyplomatycznym (konsulat w Lyonie), są już tylko emigrantami. Zofia swój dzień dzieli pomiędzy pracę w pralni a opiekę nad nieuleczalnie chorym mężem. Poznana jeszcze na statku Argentynka „z wyższych sfer” wprowadza ją w świat kultury. Na jednym z przyjęć Chądzyńska spotyka wielkich pisarzy: Ernesta Sabato i Jorge Luisa Borgesa. Na widnokręgu pojawia się również Witold Gombrowicz. 
„Podczas gdy inni nieraz zbyt mało zwracali uwagi na jego komplementy, jak i impertynencje, traktując go z niechętną pobłażliwością należną ludziom niezupełnie zrównoważonym, oryginałom, do których go zaliczano – pisała po latach Chądzyńska – ja »kupowałam« wszystko, wściekałam się na niego, obrażałam, przepraszałam go, bez przerwy nim i o niego się denerwowałam. Nie zapomnę satysfakcji, której nawet nie usiłował ukryć, kiedy w końcu doprowadził mnie do łez”. 
Ślady tej znajomości widać na kartach „Dziennika” i w licznych listach pisarza do argentyńskich przyjaciół-wyznawców. U „Konsulowej” odbywały się kolacje („Jedzenie u Zosi więcej niż skromne”), na których bywał Gombrowicz i przyprowadzani przez niego znajomi. Przychodząc podawał często opisy potraw, spożywanych gdzie indziej (w miejscach istniejących przeważnie jedynie w jego wyobraźni), co miało „podwyższać” kulinarny poziom gospodyni domu. Od autora „Ferdydurke” Chądzyńscy dostali obraz nieznanego malarza prymitywisty, wiszący wcześniej do góry nogami. „Panoramo [!] di Sorrento” znajduje się dziś w warszawskim mieszkaniu pisarki i jest właściwie jedyną ocalałą pamiątką z tamtego okresu. Dla obdarowanych stanowił chyba dość istotną pamiątkę. Ustalili, że „przy każdej sprzeczce, gdy jedno podnosząc palec w górę rzuci »O« (od obraz), oboje musimy natychmiast zamilknąć. Tak trwało niemal do samego końca” – czytamy we wspomnieniach Chądzyńskiej.
– Była dla Gombrowicza estetycznym spełnieniem – mówi Rajmund Kalicki, tłumacz, znający dobrze argentyński okres życia Gombrowicza. – Bystrą i inteligentną osobą, a na te cechy on był niezwykle wyczulony. Opisane przez nią, czy wspomniane u Gombrowicza, drobne uszczypliwości, gierki – było w tym właściwie jakieś bratersko-siostrzane porozumienie, przeczucie pewnej wrażliwości, czegoś artystycznie wspólnego, co w nim było już niemal w pełni rozwinięte, a u niej miało dopiero nadejść. 
Wspomnienie o Gombrowiczu pióra Chądzyńskiej ukazało się w numerze specjalnym „L’Herne”, wydanym w Paryżu w 1971 roku; w Polsce drukowała je „Twórczość”. Uderza plastyczność opisu, umiejętność uchwycenia psychiki pisarza.

MUSI PANI PISAĆ


Dwa lata po śmierci męża Chądzyńska decyduje się na podróż do Europy. Tuż przed wyjazdem kupuje we francuskiej księgarni książkę nieznanego jej autora – debiut lyońskiego lekarza, wyróżniony Prix Renaudot. Lektura głęboko ją porusza: książka mówi o podróży i śmierci, jest jakby skierowana wprost do niej, dotyka bolesnych wspomnień choroby i śmierci męża. Wysłany od razu list i późniejsze krótkie spotkanie w Paryżu z autorem były początkiem znaczącej, pełnej niedopowiedzeń znajomości. 
To właśnie Jean Reverzy namówił Chądzyńską do pisania. Ale kiedy pierwsza jej książka ujrzała światło dzienne, pisarz już nie żył; w 1959 roku popełnił samobójstwo. „Rozchwianie i zamęt są stanem dla mnie naturalnym. Nie wiem, jak przetrwałem wszystko, co mnie spotkało, lub jakim cudem nie jestem jeszcze zupełnym wrakiem bez życia ni sił – pisał wcześniej do Chądzyńskiej. – Każde pisanie prowadzi do milczenia. Każda myśl, każde uczucie wyrażone i przetworzone przez literaturę, unicestwiają się wzajemnie, a przecież pełne samounicestwienie jest najpiękniejszym ludzkim celem”.
Po latach, w 1981 roku, ukazały się w Polsce dwie książki Reverzy’ego: „Odejście” i „Plac trwogi”. Obie w tłumaczeniu Chądzyńskiej.

„ŚLEPI BEZ LASEK”, CZYLI „ŚPIEW MUSZLI”


Swój debiut Chądzyńska pisała głównie po francusku, książkę w 1959 roku wydał Calmann-Lévy w Paryżu. Miała zmieniony tytuł, na okładce widniał pseudonim. Obu zmian zażądało wydawnictwo. Po latach podobna sytuacja powtórzy się w Polsce. Niedawnemu wznowieniu książki, znanej pod pierwotnym tytułem „Ślepi bez lasek”, nadano, wymyślony przez Mirę Michałowską, tytuł „Śpiew muszli”. Poprzedni był dla nowego wydawcy zbyt posępny...
„Jakaś Pani Chądzyńska z Argentyny opowiada świetne kawały o snobizmie i megalomanii Gombrowicza – zanotowała w 1960 roku Maria Dąbrowska w „Dziennikach”, podczas wizyty w Maisons-Laffitte. – Pokazuje swoją książkę, która wyszła pt. »Comme une ombre qui passe«, pod nazwiskiem Sophie Bohdan. Okazuje się, że wydawca jako warunek publikacji postawił, żeby nie było polskiego nazwiska. Przyjęła więc jako nazwisko imię męża”.
Książkę nominowano do prestiżowej Prix Femina, co w przypadku debiutu było wielkim wyróżnieniem. W nagłośnieniu książki pomaga Gombrowicz, ślady tego zachowały się w jego korespondencji z Jerzym Giedroyciem. „Widzę trzy kobiety, które by mogły napisać o niej w »Kulturze«, skoro Miłosz kręci nosem: Danilewiczowa, Czapska i Romanowiczowa – pisał w 1960 roku do Redaktora. – Bardzo Cię proszę Jerzy, zrób tak, aby jej rzecz nie została w »Kulturze« przemilczana, bo zresztą to jej się należy, a w Paryżu spory sukces miała, aż Rotszyldowie ją zaprosili na śniadanie”. Habent sua fata libelli...
„Ślepych bez lasek” zrecenzował w rok później na łamach pisma Jerzy Stempowski. W Polsce książka ukazała się niedługo po wydaniu francuskim. Została również dobrze przyjęta (w „Tygodniku Powszechnym” pisał o niej Marek Skwarnicki). 
– To bardzo ważna książka – mówi zaprzyjaźniona z Chądzyńską Danuta Sadkowska. – Mówiąca głównie o jej, poplątanych bardzo, stosunkach z ojcem, o których pisze również w swoich wspomnieniach. To wyraz niebywałej szczerości – w tej pierwszej i w ostatniej książce, które dzieli kilkadziesiąt lat, te sprawy są opisane tak podobnie...
Nathalie Sarraute zachęcała ją do dalszego pisania. – Pamiętam dokładnie, co powiedziała: niech Pani pisze, tak jak Pani mówi. Pani wspaniale mówi o ludziach – wspomina Chądzyńska spotkanie ze sławną francuską autorką.
– Jako pisarka była już wtedy osobowością w pełni uformowaną i wykrystalizowaną, to książka o wyjątkowej dojrzałości – dodaje krytyk Wacław Sadkowski. – Rzadko się spotyka takie debiuty.
Po latach powstaną kolejne: „Chemia”, „Skrzydło sowy”, „Wstęga pawilonu” i wiele innych, również dla młodzieży. – Uwielbiam literaturę psychologiczną, choćby Ingeborg Bachmann – mówi Zofia Chądzyńska. – Interesuje mnie człowiek i jego problemy, nie jałowe dyskursy. W każdej mojej bohaterce jest jakaś odrobina mnie samej.

CORTÁZAR


Kiedy zdecydowała się ostatecznie na powrót do Polski, podarowano jej przed wyjazdem książkę nieznanego wcześniej pisarza. Zachwyciła ją do tego stopnia, że po przyjeździe do Paryża zatelefonowała do autora, prosząc o prawo przekładu. „Gra w klasy” ukazała się ostatecznie w 1968 roku. Julio Cortázar stał się „jej” autorem, jak napisała we wspomnieniach – „przyszłym losem”. Od niego wziął swój początek boom literatury iberoamerykańskiej w Polsce.
– Nie sposób dzisiaj wyobrazić sobie Cortázara w jakiejś innej polszczyźnie – mówi tłumaczka Krystyna Rodowska. – W latach 60. istniał głód innego języka niż ten z okresu „małej stabilizacji”. Język Cortázara, ale i Borgesa, którego także zresztą tłumaczyła, ogarniał obszary rzeczywistości, nie znajdujące swego opisu w tamtym czasie.
– Cortázar oryginalny jest słabszy niż po polsku – uważa Rajmund Kalicki. – W tłumaczeniu Chądzyńskiej jest jakaś stylistyczna błyskotliwość, swada, która po hiszpańsku nie istnieje, język oryginału jest właściwie potoczny.
„Obiektywizuje życie i postawy wobec niego w sposób, który leży na linii naszych poszukiwań – tłumaczyła Chądzyńska popularność „Gry w klasy” w Polsce. – Dzięki temu, że do końca coś się nam w niej wymyka, że nigdy nie staje się naprawdę przeczytana, wiąże nas ze sobą na zawsze, jak wszystko co nie spełnione” – pisała w posłowiu do książki.
– Dała Cortázarowi w Polsce rozgłos, którego w Argentynie z pewnością nie miał – mówi Kalicki. 
Cortázar kilkukrotnie przyjeżdżał do Polski, byli zaprzyjaźnieni. Ona także odwiedzała go we Francji. Kiedy umarł, niespodziewanie zresztą, w 1984 roku, Chądzyńskiej zabrakło kogoś bardzo bliskiego. I tak już pozostało, również teraz, w świecie zmieniających się – także literackich – mód. „Im więcej widzę w księgarniach Whartona, tym czulej myślę o Cortázarze” – napisała we wspomnieniach.

SZTUKA PRZEKŁADU


Przekładała również innych autorów. „Raport Brodiego” i „Twórcę” Borgesa, „Dialog lustra” Marqueza, „Pożegnania” Onettiego, „Plugawego ptaka nocy” José Donoso.
– Dobry przekład wymaga nie tylko absolutnej biegłości, mistrzostwa rzemieślniczego, ale też szczypty uniesienia – mówi Wacław Sadkowski. – Czegoś, co podpowiada rozwiązania językowe, wykraczające ponad największą nawet pomysłowość czysto rzemieślniczą. Chądzyńska jak gdyby domyślała się tych intencji pisarza, których nie zdołał w pełni wypowiedzieć w oryginale.
Jej przyjaciółka Emilia Bielicka, także tłumaczka, dobrze zna metodę pracy Chądzyńskiej. Na początku istnieje pierwsza wersja, pisana „żywiołowo”, potem ponowne spojrzenie „z dystansu”, bardziej dogłębne. Bez odrobiny zmęczenia tym, co się tłumaczy, z tą samą świeżością, co na początku. To podobno rzadka cecha u tłumaczy...
– W „Grze w klasy” stworzyła odrębny język, wymyśliła go jakby dla tej książki. Brzmiał naturalnie, a z drugiej strony nie było przedtem takich wyrazów i zwrotów – mówi Danuta Sadkowska. – Także w życiu codziennym nie sposób przewidzieć, jakich słów użyje. Często są to neologizmy, w każdym razie zawsze słowa, które najlepiej, najdosadniej nazywają to, co powinno zostać nazwane. 
Chądzyńska posiadła ogromny „słuch” językowy również jako pisarka. W książkach dla młodzieży uwieczniła slang młodzieżowy, obowiązujący w okresie ich pisania. Umiała rozróżnić język młodzieży żoliborskiej czy mokotowskiej. 
– Teraz zmiany następują szalenie szybko – mówi ze smutkiem. – We wszystkich dziedzinach nadużywa się wyrazów z angielskiego, nie wiedząc dokładnie, co oznaczają. Angielski jest „do chrzanu”, a polski bez sensu, zwłaszcza wśród młodzieży. Nie twierdzę, że język ma stać w miejscu. Ale te zmiany wypaczają go w najgorszy sposób.

CIEKAWOŚĆ ŻYCIA


Małgorzata Baranowska wspomina, że gdy niedawno ukazał się specjalny numer „Le Monde” poświęcony minionemu stuleciu, zaraz zadzwoniła Chądzyńska: „Słuchaj, Małgosiu, czytałaś ty ten »Monde«? Nie? To ja ci przyślę. Nie możesz tego nie czytać”. – Telefonuje też często pytając, czy mam już książkę, która wyszła zaledwie kilka dni temu i nikt nie zdążył o niej nawet usłyszeć. A ona jest już w połowie i dzieli się wrażeniami. A przecież nie wychodzi prawie z domu i ktoś musi jej to sprowadzić...
Czyta również najnowszą literaturę. Gretkowska, Tokarczuk, młody Rudnicki. Ma swoje zdanie na ich temat, niezależnie od tego, czy książki jej się podobają. – To zupełnie co innego – mówi, pytana o swoje upodobania. Kiedyś był to choćby Kuśniewicz. A teraz? Skomplikowana sprawa...
– To budzi mój podziw – mówi Baranowska – bo tu nie chodzi tylko o czytanie, ale o coś więcej: o bycie ciągle w „środku życia”, nieustanną ciekawość świata.
Jaką jest osobą? Wedle zgodnej opinii znających ją ludzi, niezwykłą. 
– Moje życie ukształtowało się w czasie socjalizmu, wśród nudy i wszechogarniającej szarzyzny. Chądzyńska zawsze się wyróżniała. Życie z nią było ciekawsze i takie jest nadal – mówi Małgorzata Baranowska. Podczas jednej z zabaw sylwestrowych Chądzyńska uczyła ją tańczyć flamenco. – Oczywiście nic z tego nie wyszło. Ona za to tańczyła w sposób, który porażał. Ma to „coś”, jakiś rytm, miłość życia, temperament. 
– Gdyby żyła w XVII czy XVIII wieku, byłaby pewnie markizą – mówi Rajmund Kalicki. – Osobą o celnej i ciętej ripoście, która wszystko zauważa, choć nie zawsze komentuje. Czasami uśmiechnie się i to wystarcza. Jest zupełnie czarująca...
I wiecznie młoda. Skończyła właśnie dziewięćdziesiąt lat. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl