Głosy z Francji
Grass, czyli historia (francuska)
Jacek Kubiak
z Paryża
Tabu – to słowo pojawia się najczęściej we francuskich komentarzach
na temat nowej książki Güntera Grassa. I dyskusja tylko pozornie dotyczy literatury. Obalenie tabu przez powszechnie szanowanego tu Grassa interesuje Francuzów również ze względu na rozliczenia
z ich własną historią. Wyczuwa się, jakby Francja czekała na swojego Grassa, który wyciągnie na światło dzienne wspomnienia szkieletów poutykanych od lat po szafach.
Męczą Francuzów wspomnienia kolaboracji rządu Vichy i tortur w trakcie wojny algierskiej 1954-62. O swoje prawa upominają się „harkis”, czyli Algierczycy współdziałający z Francuzami. De Gaulle rzucił ich na pastwę zwycięzców, a ci, którym udała się przeprawa przez Morze Śródziemne, zostali pariasami. Do sumień Francuzów przemawiają też przymusowo przesiedlani w latach 60. mali Reuniończycy. Ówczesny premier Debré wymyślił, że można przesiedlić dzieci z wyspy Reunion do Francji, by zaludnić co bardziej wyludnione departamenty; ci ludzie, teraz 40-latkowie, skarżą dziś państwo o niezgodne z ich wolą przesiedlenie. A rodziny tych dzieci oszukiwano, obiecując umieszczanie maluchów w zastępczych, dostatnich rodzinach. Faktycznie byli wykorzystywani jako mali niewolnicy.
Co te ludzkie tragedie mają wspólnego ze storpedowaniem „Wilhelma Gustloffa” i z losami Tulli Pokriefke, jej syna i wnuka? Otóż to, że też były przez dziesięciolecia tematami tabu na forum publicznym. Sugestywny obraz tysięcy ciał, pływających w wodach Bałtyku, przypomina Francuzom fotografie zmasakrowanych przez Algierczyków „harkisów” – za cichym przyzwoleniem Paryża.
Tak jak Niemcy głośno nie mówili – przynajmniej od lat 60. – o losie pasażerów „Wilhelma Gustloffa”, tak Francuzi nie wspominali losu „harkis”. Ani lewica, ani prawica nie miały interesu w rozgrzebywaniu historii. François Mitterrand, zanim zjednoczył francuską lewicę, był w końcu wysokim urzędnikiem proniemieckiego rządu Vichy, a potem ministrem sprawiedliwości, przyzwalającym na stosowanie tortur w Algierii. Prawicowy rząd Michela Debré zaplanował i wykonał przesiedlanie małych Reuniończyków. Za spokój polityków płacili zwykli ludzie. A że byli to Arabowie, Kabyle i sieroty z wyspy Reunion, tym łatwiej było utrzymać tabu. Podział na lewicę i prawicę nie istniał, gdy w grę wchodziła kolektywna pamięć Francuzów. Dlatego dziś z wielką uwagą śledzi się w Paryżu niemiecko-niemieckie dyskusje o tym, kto ma „prawo” do pamięci o uciekinierach z Prus Wschodnich: prawica i ziomkostwa, czy lewica, uwikłana w NRD-owskie kłamstwa.
Losy Niemców uciekających przed Armią Czerwoną w latach 1944-45 to dla Francuzów odległa historia z nieznanych krain. Bałtyk kojarzy się im z białymi niedźwiedziami i wieczną zmarzliną, a Gdańsk z przykrym wspomnieniem, że w 1939 r. nie chcieli za niego umierać. Dlatego choć wydarzenia z roku 1945 znane są przeciętnemu francuskiemu inteligentowi już z „Blaszanego bębenka” – zarówno książki Grassa, jak i filmu Schloendorffa – to nie często bywają tematami rozważań. Natomiast wspólne zdjęcie de Gaulle’a i Adenauera w katedrze w Reims i uściski dłoni Mitterranda i Kohla to dwie ikony, z których Francuzi są szczególnie dumni, słusznie zresztą. Grass mąci ten obraz, przypominając, że to „ludzie ludziom zgotowali ten los”, a później sami, niezależnie od partyjnych barw, nie potrafili uporać się z nienawiścią, obłudą i milczeniem.
Tłumaczenie powieści Grassa wyjdzie nad Sekwaną w październiku. Prasa wspomina też o planach utworzenia muzeum Grassa w Gdańsku. To niewątpliwie dobry moment, aby udostępnić francuskiemu czytelnikowi również „Hanemanna” Stefana Chwina – ten ważny polski głos o przełamywaniu tabu i o (czasem trudnej) narodowej przeszłości.
|