Komentarze

 


Janusz A. Majcherek Dotacja i negocjacje

Krzysztof Burnetko Zaleczanie emerytalnego wrzodu

Marek Zając Na Bliskim Wschodzie bez zmian

Jacek Kubiak Czystość języka czy duże pieniądze

 

 




  
Dotacja i negocjacje

Po wielu przepychankach, udało się rządowi uzgodnić takie stanowisko w sprawie handlu ziemią rolną, które jest do przyjęcia w Unii Europejskiej. Tym samym ta przeszkoda w negocjacjach o członkostwie została usunięta. Naprawdę jednak nie odgrywały tu znaczenia konkretne interesy, a jedynie fobie i mity: Europejczycy łatwo ustąpili, bo polska ziemia jest im obojętna. Większy problem stanowią za to dopłaty bezpośrednie – jako że to one są kluczowym elementem unijnej polityki rolnej (CAP).
Polska usiłuje się dostać do UE w okresie, gdy tam nasila się krytyka CAP jako bezsensownej i kosztownej. Dla uniknięcia niegdysiejszej zmory nadprodukcji żywności, CAP ustala limity produkcyjne dla każdego rolnika, a dla skompensowania im zakazu ilościowego rozwoju działalności, przyznaje stosowne dopłaty. Utrwala to sytuację na wsi (zgodnie z intencjami organizatorów, głoszących kulturową wartość tradycji rolniczych) i pochłania połowę całego budżetu UE. Stąd też głosy o potrzebie nowej CAP. Skądinąd jednym z impulsów zmian jest perspektywa objęcia przez CAP polskiej wsi: w tym przypadku utrwalenie stosunków agrarnych oznaczałoby utrzymanie koszmarnego zacofania, a bezpośrednie dopłaty dla milionów polskich chłopów wymagałyby miliardów euro.
Trudno się dziwić, że polscy politycy chłopscy usiłują swoim wyborcom zapewnić jak najwięcej pieniędzy z unijnej kasy, póki są one przyznawane. Nie może to jednak oznaczać zgody na wstrzymanie przemian polskiej wsi, w tym utrzymywanie masy chłopów i ich gospodarstw.
Członkostwo w UE zapewni Polakom, oprócz innych korzyści i szans, także dostęp do funduszy strukturalnych, przeznaczonych na rozwój wszystkich polskich regionów, nie tylko wiejskich i rolniczych. To sprawa dla przyszłości kraju i polskiego społeczeństwa nie mniej ważna niż zapewnienie nowych źródeł dotacji polskim chłopom. Skorzystanie z tych możliwości wymaga jednak jak najszybszego członkostwa w UE oraz przygotowania w polskim budżecie środków na wymagane przez Unię współfinansowanie niezbędnych projektów infrastrukturalnych. Trzeba więc skoncentrować się na wygospodarowaniu tych pieniędzy, także przez rezygnację z niektórych dotychczasowych dotacji budżetowych. Partykularny i doraźny interes którejkolwiek grupy społeczno-zawodowej nie może hamować cywilizacyjnego awansu kraju.
 
Janusz A. Majcherek

 


 

 

 



Zaleczanie emerytalnego wrzodu

Minister pracy Jerzy Hausner ogłosił, że skarb państwa przejmie zobowiązania ZUS wobec otwartych funduszy emerytalnych. Szacuje się, że zaległości w przekazywaniu naszych składek przez ZUS sięgają 5,5 mld złotych (spłaci się je poprzez obligacje). Do tego dochodzi ok. 1,8 mld z tytułu odsetek (te uregulowane zostaną w gotówce). 
Tego, że to państwo – a więc my sami – będzie musiało kiedyś zapłacić za bałagan w ZUS, można się było spodziewać. W gruncie rzeczy oznacza to, że będziemy musieli raz jeszcze złożyć się na część swoich emerytur – tym razem pośrednio przez płacone podatki. 
Tak czy tak dobrze, że ktoś wreszcie podjął w tej kwestii jakąś decyzję. Utrzymywanie stanu niepewności (a o zadłużeniu ZUS wiadomo było od miesięcy) nie tylko utrudniało działalność funduszy i wywoływało obawy u przyszłych emerytów, ale mogło być też odczytane w ZUS jako przyzwolenie państwa na prowadzoną przez tę firmę finansową partyzantkę. Teraz ZUS wie już, że sielanka się skończyła – sygnałem takim jest m.in. warunek, że przejęcie długu zależne jest od uporządkowania systemu przekazywania składek. Oczywiście, zawsze istnieje możliwość recydywy. Choćby dlatego trzeba ukarać winnych dotychczasowych zaniedbań.
Minister Hausner zapowiedział też wprowadzenie ulg podatkowych od sum wpłacanych na dobrowolne ubezpieczenia emerytalne w tzw. III filarze. Jeśli już w Polsce nie sposób całkowicie zlikwidować rozmaitych ulg w podatku dochodowym, to akurat ta mogłaby uatrakcyjnić ów sposób zapewniania sobie godziwej przyszłości. To ważne, zważywszy na słabnące zainteresowanie III filarem (spada liczba chętnych na polisy i rośnie rzesza tych, którzy rezygnują z dopiero co przecież zawartych umów). A także dlatego, że dobrowolne ubezpieczenie jest świadectwem indywidualnej odpowiedzialności i wiary w rynek – tych zaś nigdy dostatek. 


Krzysztof Burnetko

 


 

 

 

 

 

 


Na Bliskim Wschodzie bez zmian

Niestety, coraz łatwiej pisać jest komentarze o wydarzeniach w Ziemi Świętej. Wystarczy metafora o „rozkręcaniu spirali przemocy” albo stwierdzenie, że „atak rodzi odwet, a odwet prowadzi do zemsty”. I można było publikować taki komentarz przez minione półtora roku. Ostatnie wydarzenia potwierdzają tę przerażającą logikę. Najpierw Izraelczycy zaatakowali obozy dla uchodźców palestyńskich w Balacie i Dżeninie – 30 zabitych. Palestyński odwet: w zamachach ginie 21 Żydów, w tym troje dzieci i dwoje niemowląt. Zemsta: izraelscy żołnierze wkraczają do obozów w Rafah i Dżeninie. Co najmniej kilku zabitych, w tym palestyński cywil, który próbował wynieść spod ostrzału swoje dziecko. Za tydzień zapewne znów przeczytamy, że spirala przemocy wykonała kolejny obrót, a szanse na kompromis zmalały niemal do zera.
Taktyka małych kroków w negocjacjach pokojowych sprowokowała wielką przemoc. Do regularnej wojny nie doszło chyba tylko dlatego, że jej wynik byłby przesądzony na korzyść Izraela, a ten musi liczyć się z opinią światową. Ale z drugiej strony to presja opinii publicznej – i palestyńskiej, i izraelskiej – jest dziś przeszkodą dla pokoju. To już nie problem polityki czy wojennej przeszłości Szarona, ani decyzji (czy raczej ich braku) ze strony Arafata. Ta „pełzająca” wojna przekształca się (a może zawsze nim była) w konflikt narodów.
Czy istnieje jakieś rozwiązanie? Dziś potrzeba na Bliskim Wschodzie ludzi, którzy poszliby pod prąd fatalizmu przeszłości, logiki odwetu, badań opinii społecznej, pod prąd polityki swoich arabskich sojuszników czy izraelskich jastrzębi. W 1979 r. egipski prezydent Anwar Sadat i izraelski premier Menachem Begin podpisali w Waszyngtonie porozumienie pokojowe. Mimo wszystko i mimo wszystkim. Dziś na Bliskim Wschodzie odwagi wystarcza tylko, by wysadzić się w powietrze na zatłoczonej ulicy. Może się to zmieni.

  
Marek Zając

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czystość języka czy duże pieniądze

Komórki macierzyste, klonowanie reprodukcyjne i terapeutyczne to terminy naukowe, które często dziś goszczą na łamach prasy. Trzej wybitni amerykańscy naukowcy: Bert Vogelstein – przewodniczący komisji przygotowującej raport na temat stanu badań nad komórkami macierzystymi, Bruce Alberts – przewodniczący Akademii Nauk USA i Kenneth Shine – szef Instytutu Medycznego przekonują w prestiżowym w tygodniku „Science”, że nazywanie klonowania terapeutycznego klonowaniem terapeutycznym jest niewłaściwe. Proponują, by zabieg nazwać „transplantacją jąder komórkowych”. Dwa lata temu brytyjski rząd w projekcie ustawy bioetycznej użył właśnie tego terminu do określenia klonowania. Wówczas na łamach równie prestiżowego „Nature” skutecznie przekonywałem, wraz z prof. Martinem Johnsonem z Cambridge, że użycie terminu „transplantacja jąder komórkowych” doprowadzić może do zakazu wielu typów badań na zarodkach, ale nie zapobiegnie samemu klonowaniu ludzi. Tego bowiem można dokonać np. przez podział zarodka, a więc bez transplantacji jąder. 
Apel w „Science” dotyczy również nowej ustawy bioetycznej, tym razem z USA. Autorzy nie ukrywają, że chcą oddzielić, terminologicznie choćby, klonowanie terapeutyczne od reprodukcyjnego. Proponują wyłączyć „transplantację jąder”, a więc klonowanie terapeutyczne, z ustawy zakazującej równocześnie klonowania – wówczas bez przydomka „reprodukcyjne”. Czy jednak kierowała nimi wyłącznie troska o czystość naukowego języka, a wydawca „Science” udostępnił trzy szpalty, bo i jemu czystość ta leży na sercu? Możliwe. Nie zapominajmy, że produkcja zarodkowych komórek macierzystych, czyli de facto klonowanie terapeutyczne, to ogromny biznes, który wymaga uśmiercania ludzkich zarodków. A przecież medycyna reparacyjna może posłużyć się dojrzałymi komórkami macierzystymi, które nie stwarzają problemów etycznych. Czy zamiast uprawiać bioetyczną pantomimę językową, nie należałoby skierować większość wysiłków i funduszy naukowych w kierunku badań takich komórek? Szkopuł w tym, że dojrzałymi komórkami nie da się handlować. Trzeba je za każdym razem uzyskać od danego pacjenta. Wygląda na to, że „Science” i jego czcigodni autorzy uprawiają nie tylko pantomimę, ale i zwykły marketing. 

  
Jacek Kubiak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 10, 10 marca 2002

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl