Ze wspomnień (197)

MICHAŁ KOMAR

 

O lek handlował biletami pod kinem „Moskwa”. Był niski, zwinny i miał długie ręce. Nazywano go Hieną, ponieważ atakował znienacka, kolanem w podbrzusze, odskakiwał na bezpieczną odległość, przyglądał się leżącemu z wesołym zaciekawieniem, by po chwili doskoczyć i kopnąć w twarz, raz albo więcej. Kiedy ofiara traciła wolę życia, Olek wzruszał się i wydawał z siebie chichotliwy spazm. Lubiłem go. Wiedział o tym. Odwdzięczał się miejscówkami na pokazy premierowe, za darmo. Potem zniknął na jakiś czas. Mówiono, że brał udział w jakiejś bijatyce z nożem w ręku i został aresztowany. Wrócił po roku, osowiały jakiś, niemrawy. Ja już wtedy studiowałem. Poprosił o pomoc. Czy nie mógłbym porozmawiać z panem Jankiem? Pan Janek był jego kuratorem. Nie znałem pana Janka. Hiena chwycił mnie za rękę: – Proszę, pogadaj... Miał rozległy krwiak na lewym policzku i opatrunek na łuku brwiowym.
Pan Janek czekał na mnie w kawiarni „Świtezianka”. Mała głowa, potężne bary i pięści wielkości bochenka chleba lubelskiego. Mówił cicho, wyraźnie, wpatrując się pościerane knykcie. A więc idzie o Olka, tak? Skarży się? Ja wiem, że się skarży. Inaczej być nie może. To potrwa jakiś czas. Musi potrwać. A potem wszystko już będzie w porządku. – Co będzie w porządku? – zapytałem. Pan Janek uśmiechnął się pogodnie i wyjaśnił, że będzie tłukł Olka tak długo, aż ten nabierze dobrych manier.
Zacząłem protestować. Tak nie wolno. Olek to przecież żywy człowiek. Jednostka ludzka. Niepowtarzalna. Stworzenie myślące i czujące. Na swój sposób wrażliwe. Czyż nie lepiej wytłumaczyć, przekonać...? – Przecież tłumaczę i przekonuję... – odpowiedział pan Janek – a on nic, stawia się, jest bezczelny. – To co ma zrobić? – zapytałem. – Ma być grzeczny! – wyszeptał pan Janek. – Ma być grzeczny! Nie kryjąc ironii zapytałem, czy grzeczność wystarczy. Przecież to tylko pozór. Olek może udawać, że jest grzeczny, ze strachu przed pięściami pana Janka, ale w istocie będzie nadal podstępnym łotrem i nikczemnikiem. Pan Janek oświadczył, że udawanie całkowicie mu wystarczy. Niech Olek udaje. Reszta pana Janka nie obchodzi.
Byłem oburzony. Pan Janek dopił kawę. – Pogadać ogólnie to sobie możemy kiedy indziej... A jeśli idzie o Hienę, to albo będzie udawał, albo mu nogi z d... powyrywam – powiedział na pożegnanie.
Minęło trzydzieści pięć lat. Czytam u Kanta w „Antropologii w ujęciu pragmatycznym”: „Pozór dobra u innych nie jest dla nas bezwartościowy; z tej gry naśladowczej, która wzbudza szacunek, być może nań nie zasługując, może zrodzić się powaga”. 
Panie Janku, gdzież pan?

Michał Komar 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl