Czy w roku 2005 będziemy mieć tylko jeden wybór: SLD albo LPR/Lepper?
Platformy Obywatelskiej pożegnanie z polityką
Katarzyna Kolenda-Zaleska
Właściwie mogą mówić o sukcesie, właściwie wszystko się udało: weszli do Sejmu, mają ponad 50 posłów, są największym klubem opozycji. Ale po drodze coś się wypaliło. Nie mają już entuzjazmu, nie mają pomysłu, kim być. Nawet nie walczą o własny program. Zapowiadali, że
„wyzwolą energię w milionach Polaków”. Tymczasem teraz powinni się zająć wyzwalaniem energii – w sobie.
W pokojach klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej panuje cisza, którą przerywa szelest gazet i śpiew z komputera. Ktoś pokazuje z CD amatorski film z wesela. Politycy są nieobecni. Pracownicy klubu, pytani o projekty ustaw, które klub zamierza zgłosić do laski marszałkowskiej, odsyłają z pokoju do pokoju. Chyba dlatego, że projektów po prostu nie ma. W komputerze kulminacyjny moment wesela: toast za młodą parę. Gdy miesiąc temu Platforma świętowała rocznicę powstania, toasty też były. Ale zabrakło nastroju do świętowania.
Patrząc na sejmowy klub Platformy, rzuca się w oczy jedna cecha: oni nie są grupą. Są jak nowa klasa, stworzona z uczniów z różnych szkół. Każdy poseł chadza własnymi drogami, ma swoje sprawy i interesy. Nie integrują się. Każdy ma też własne ambicje. Donald Tusk chce być prezydentem Gdańska, Jan Rokita – Krakowa. Jerzy Hertel załatwia sprawy Warszawy, a Andrzej Olechowski wymieniany jest jako kandydat na jej prezydenta. Nie mają czasu, by poświęcać się grupie. Zresztą takiej grupy nie ma, bo Platforma to luźny zbiór kilku środowisk. Każde łączy układ towarzyski: łodzianie trzymają się razem, krakowianie i warszawiacy też. Byli członkowie Kongresu Liberalno-Demokratycznego czy Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego ufają tylko swoim. Rzadko wspólna sprawa scala ich w całość.
Maciej Płażyński próbuje jeździć, rozmawiać z ludźmi. To za mało. Platformie brakuje struktur w terenie, a nikt nie jest zainteresowany, by je tworzyć. Lokalni działacze, którzy organizowali
„prawybory”, rozpierzchli się. A organizacja struktur to żmudna praca. Niewdzięczna, o czym wie Krzysztof Janik, który takie struktury tworzył latami, gdy SLD było w opozycji. Trzeba jechać tysiące kilometrów po Polsce. Rozmawiać, spotykać się z ludźmi.
Takich grzechów zaniechania Platforma ma na sumieniu mnóstwo. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest, że ich lista rośnie, rachunku sumienia nie widać, nie mówiąc już o postanowieniu poprawy.
PLATFORMA JAK UNIA
W kampanii wyborczej Platforma obiecywała wiele przedsiębiorcom i przedsiębiorczym. Proponowała 15-procentowy podatek liniowy i wspieranie małych firm. Chciała być ofertą dla zaradnych i przebojowych. Przyciągnęła nie tylko biznesmenów. Także artystów, naukowców, młodzież.
Dziś nie słychać o polityce przyjaznej przedsiębiorczości. Platforma przestała mówić o gospodarce. A jeśli mówi, to głosem słabym. Jej propozycja nowelizacji kodeksu pracy pojawiła się dopiero teraz. To dopiero siódmy projekt ustawy, który Platforma składa w Sejmie. Pierwszych sześć nie miało nic wspólnego z gospodarką: dotyczyły samorządów, sądów i samych posłów. To pewnie też ważne. Ale trochę mało.
Tak, to prawda, po wyborach Platforma znalazła się w mało komfortowej sytuacji. Jest w klinczu: między rządem Millera, a radykałami z Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony. Platforma jest dziś trochę w sytuacji Unii Wolności po wyjściu z koalicji z AWS. Wówczas Unia, tak jak dziś Platforma, nie była w stanie określić swojego miejsca na scenie politycznej: odcinała się od rządu Buzka i zarazem głosowała za jego budżetem, a wyborcy coraz mniej rozumieli, czego chce Unia.
Dziś, choć o zbliżeniu z rządem Millera mowy być nie może, to jednak Platforma jest w podobnej sytuacji strukturalnej. Rząd chce ratować finanse państwa – czy Platforma może się temu przeciwstawić? Rząd chce sprawnie zakończyć negocjacje z Unią Europejską, wbrew swemu PSL-owskiemu koalicjantowi, i przekonać do integracji nie przekonanych – czy Platforma może być przeciw?
– Nie będziemy antyeuropejscy tylko dlatego, że SLD jest proeuropejskie – zżyma się Płażyński. W sytuacji, gdy Liga Polskich Rodzin i Samoobrona ze zwalczania integracji z Unią Europejską uczyniły swój główny oręż, a PSL jest
„za a nawet przeciw”, rządowi musi zależeć na poparciu Platformy. Ale Platforma, jak kiedyś Unia, może na tym stracić: no bo jak, jest z rządem czy jest w opozycji?
Macieja Płażyńskiego oburza zarzut, że Platforma jest nijaka. Po chwili mówi: – Doświadczenie Unii Wolności jest naszym doświadczeniem. Powinniśmy wyciągnąć wnioski z ich porażki i znaleźć sposób, by nie wpaść w tę samą pułapkę.
WALCZĄC Z WŁASNĄ NIEMOCĄ
Na razie okazuje się, że Platforma nie była przygotowana na konfrontację z populizmem i demagogią skrajnych ugrupowań. Nie potrafi się odnaleźć. Gdy trzeba zdecydowanie stanąć w opozycji do rządu, Platforma – tak jak wcześniej Unia Wolności – wybiera formułę merytorycznej dyskusji. Ale fachowy spór przegrywa z hasłami Ligi i Leppera. W ich wystąpieniach dominują emocje, u Platformy jest chłodna analiza szczegółu. Obserwacja sejmowych posiedzeń sprawia wrażenie, że to przede wszystkim Liga i Lepper są opozycją.
Platformę trudno nawet zauważyć. Jeśli już zabiera głos, to zamiast sporu wybiera formułę naukowego wykładu. Gdy Zyta Gilowska, znakomity fachowiec, referuje stanowisko klubu Platformy w sprawie podatków lub budżetu, skupia się na szczegółach, które z obecnych rozumie tylko ona i profesor Belka. To nie jest wystąpienie polityczne. Jest merytoryczne – zgoda, takie też powinno być – ale brak tu zacięcia polemicznego i klarownego języka, podkreślającego odrębność Platformy.
– Krzyk jest skuteczny na krótki czas. Ludzie szybko zmęczą się Lepperem czy antyunijną retoryką LPR – przekonuje Płażyński. – Nie możemy być wyraziści za cenę skrajności.
Ale taka alternatywa wydaje się fałszywa. Poza tym sami posłowie Platformy mówią, że ich klub niknie w Sejmie, liderem opozycji
„umiarkowanej” staje się Prawo i Sprawiedliwość. PiS nie razi skrajnością, ale też nie unika emocji i klarowności w prezentacji własnych przekonań. Żeby widzieć, czego chce PiS, nie trzeba sięgać do ulotek z kampanii wyborczej. Już jest złożony projekt zmian w kodeksie karnym, sztandarowy pomysł PiS. A poza tym – to Prawo i Sprawiedliwość, a nie Platforma, proponuje projekt ustawy o działalności kupieckiej.
Duża w tym wszystkim zasługa temperamentu Jarosława Kaczyńskiego, który po prostu lubi politykę. Bo Andrzej Olechowski chyba jej nie lubi. Właśnie, gdzie jest dziś Andrzej Olechowski? Nie wystarczy raz na miesiąc pojawić się w Sejmie i uczestniczyć w konferencji prasowej. O wyborców trzeba dbać. Platforma o nich zapomniała. To kolejne zaniechanie. Gdzie podział się tercet
„tenorów”, którzy podobno mieli nie tylko być atrakcyjni medialnie, ale też jednoczyć świeży elektorat Platformy?
„WĄGLIK” I MILCZENIE
Liderzy Platformy brak wyraźnego oblicza partii tłumaczą „politycznym wąglikiem”. Oczywiście trudno mieć do nich pretensje, że już na starcie część działaczy SKL na czele z Arturem Balazsem zgotowała im
„powtórkę z rozrywki”: dyskusje o „parytetach”, o „łączeniu przez podział”, odchodzeniu i przychodzeniu.
– Koniec z tym – twardo mówi Bartłomiej Sienkiewicz, współpracownik Płażyńskiego. – »Polityczny wąglik« został pokonany. Balazs nie będzie już bruździł, odzyskujemy siły. Teraz nikt już nie powie, że nie jesteśmy wyraziści. Wiemy, jaka jest nasza rola na scenie politycznej.
Jaka więc? – Będziemy walczyć z obumieraniem polskiej demokracji – pada krótka odpowiedź. Co to znaczy konkretnie? Odpowiedzi brak.
Za kilka miesięcy wybory samorządowe, pierwszy po parlamentarnych sprawdzian dla partii. Dla Platformy te wybory mogą być przykrą niespodzianką: może się okazać, że 13 proc. poparcia z wyborów parlamentarnych gdzieś się rozmyło. Tak jak wcześniej 17-procentowe poparcie dla Olechowskiego w rywalizacji do Pałacu Prezydenckiego.
Umiejętność bycia w opozycji jest politycznym sprawdzianem dla każdego. Albo po czterech
„latach chudych” wychodzi się wzmocnionym i wygrywa, albo pogrąża się w niebyt. Partia, która ma ambicje odgrywania jakiejś roli w polityce, wykorzystuje bycie w opozycji na pracę w terenie i budowanie silnych struktur oraz pozycji w elektoracie. Dlatego mówi zdecydowanym głosem i przedstawia swoje kontrpropozycje dotyczące problemów kraju i obywateli. Tym bardziej teraz, kiedy rząd boryka się z kryzysem finansów państwa i podejmuje drastyczne decyzje. O takiej sytuacji każda opozycja mogłaby marzyć.
Ale Platforma sprawia wrażenie, jakby była poza polityką. Jakby powstała wyłącznie po to, aby jej liderzy (ci, którzy zawczasu opuścili AWS i UW) mieli dalszą trampolinę do indywidualnej kariery, a nie aby realnie zmieniać Polskę, zwłaszcza gospodarkę.
Może to osąd niesprawiedliwy. Ale Platforma nie zrobiła nic, aby wyprowadzić obserwatora z takiego błędu.
Autorka jest dziennikarzem „Wiadomości” TVP.
|