Regionalna, czyli ogólnopolska
ANDRZEJ KACZMARCZYK
Trwa kolejny akt dramatu wokół telewizji publicznej. Tym razem przedmiotem gry są ośrodki regionalne. Stawka – jak i we wszystkich dotychczasowych odsłonach – jest wysoka.
Spór i bój o telewizję publiczną toczy się od rozwiązania Państwowej Jednostki Organizacyjnej, jaką był Radiokomitet, czyli PRL--owska struktura organizacji TVP. Spór – o jej upolitycznienie, tzw. misyjność, finansowanie i organizację. Bój – o wpływy, miejsca w radach nadzorczej i programowych, w zarządzie, w ośrodkach regionalnych i w redakcjach (szczególnie redakcjach informacji). Z kolei sama TVP toczy walkę o utrzymanie dominującej pozycji na rozwijającym się polskim rynku telewizyjnym. Walkę coraz trudniejszą na skutek dramatycznego spadku ściągalności abonamentu i coraz płytszego rynku reklamowego. W samej TVP trwa zaś konflikt między ponad trzydziestoma związkami zawodowymi a zarządem o miejsca pracy i pomiędzy oddziałami regionalnymi a centralą o czas antenowy, pieniądze, a może i samo przetrwanie.
Jest o co się spierać i walczyć. Dla ponad 90 proc. Polaków telewizja jest głównym źródłem informacji. Równocześnie I i II program TVP są jedynymi dostępnymi w całym kraju bez pomocy satelity czy kablówki. TVP to także prawie 6 tys. pracowników oraz od 3 do 5 tys. stałych współpracowników. TVP to 12 oddziałów terenowych, dwa programy ogólnopolskie, TV Polonia i regionalna „trójka”. Telewizja publiczna to też duże pieniądze: 25 proc. udziału TVP w rynku reklam to tyle, co zarobią pozostałe stacje telewizyjne w Polsce.
Wojna o teren
Miejscem obecnego aktu spektaklu (a ten ma, co znamienne, konstrukcję muzycznego ronda) jest teren. Trwają zwolnienia grupowe (1000 osób). 3 marca ruszyła nowa TVP 3 Regionalna o profilu informacyjno- -publicystycznym. Na rządowych biurkach leży wreszcie projekt nowelizacji ustawy o telewizji i radiofonii, w którym przewiduje się utworzenie Polskiej Telewizji Regionalnej SA, spółki córki TVP SA. Autorem propozycji jest Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, a popierają go władze TVP. Tymczasem związki zawodowe, Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i część polityków ostrzega, że oznacza to kolejną w Polsce centralizację, zamknięcie oddziałów terenowych i koniec idei publicznej telewizji lokalnej.
Tak opisane pole walki ukazuje może liczne pola konfliktu, ale jest jeszcze w miarę czytelne. Diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach. By je poznać, należy przestudiować oficjalne dokumenty zarządu i związków zawodowych, odbyć kilka oficjalnych rozmów telefonicznych i udać się na telewizyjny korytarz. Korytarz bowiem w telewizji publicznej jest ważniejszy nawet od programu. To nie tylko ciąg komunikacyjny, ale prawdziwy barometr nastrojów. Szczególnie ożywiony w okresie zmiany ramówki, końcówki kadencji zarządu i zapowiadanej reorganizacji.
Po korytarzach przechadzają się panie z administracji i kierownicy produkcji z naręczami dokumentów tej wysoce zbiurokratyzowanej firmy. Tu dziennikarze, operatorzy i oświetleniowcy czekają na samochód, wolną kamerę czy maszyny do montażu. Na zawieszonych w korytarzu tablicach ogłaszane są informacje o zwolnieniach oraz – w odpowiedzi na nie – wrogie dyrekcji oświadczenia związkowców. Tam też publikowane są decyzje o nowej ramówce. A dla dziennikarzy opłacanych w systemie honoracyjnym ramówka to być albo nie być. Masz audycję – masz pieniądze. Nie masz audycji – „jesteś zniknięty”.
Z korytarza największego ośrodka
Dla „ludzi korytarza” w oddziałach terenowych od lat każda zmiana to wróg. Mają powody, by tak sądzić. Mieszczący się na Krzemionkach ośrodek krakowski jest największy w kraju i, zdaniem zarządu, najdroższy. Tu usłyszę: „W połowie lat 90. lista audycji lokalnych miała 70 pozycji – teraz mniej niż 20”; „Ludzie tracą etaty, bo podobno nie ma dla nich pracy. Tyle że potem jako współpracownicy robią to samo, tylko już bez składek na ZUS i prawa do urlopu oraz płatnego chorobowego”; „Poprzedni dyrektor ośrodka ciągle mówił, że nie ma pieniędzy na programy, bo Warszawa nie daje. A potem okazało się, że zaoszczędzone pieniądze odesłał do centrali, za co dostał premię”.
Janusz Cieliszak, rzecznik prasowy TVP, tłumaczy to tak: „Oddziały terenowe kosztują nas połowę wpływów z abonamentu. Owszem, zwalniamy ludzi, ale sam oddział krakowski ma więcej etatów niż cały Polsat. Średnia wieku w TVP jest wysoka. Potrzeba nam nowej krwi. Część zwolnionych zostaje jako know how – wiedzący, jak się to robi”. Potwierdza przy tym, że od roku 1994 zatrudniono 2 tys. osób.
O zwolnieniach można napisać osobną książkę. Z jednej strony TVP zatrudnia na etatach 10 razy więcej ludzi niż inne stacje w kraju razem wzięte. Z drugiej, „na korytarzu” słyszę anegdotę: „Znasz K. Ceniony montażysta. Taki, co i news poskleja, i teatr telewizji zrobi. Wzywa go kierownik i mówi, że go zwolni. Dlaczego mnie – pyta K. – przecież należę do najlepszych. No właśnie – słyszy – ciebie i tak wezmą na zlecenia. No i założyliśmy związek”.
Otóż właśnie: związków zawodowych w telewizji publicznej jest 31. Część z nich jest ogólnopolska. Członków komisji zakładowych i rewizyjnych, podczas trwania kadencji i przez rok po niej, zwolnić można tylko dyscyplinarnie. Inny związkowiec opowiada: „Kiedy nadeszły wici o zwolnieniach, zebraliśmy nasz mały związek. Odwołaliśmy dotychczasowe władze i wybraliśmy do nich dotychczasowych szarych członków. I przez rok wszyscy byliśmy chronieni”.
Schody z pieniędzmi
Prawdziwe schody w zrozumieniu telewizji publicznej zaczynają się jednak, gdy rozmowa schodzi na pieniądze i ich wewnętrzną dystrybucję. Do dzielenia jest coraz mniej i to potęguje animozje pomiędzy centralą a oddziałami. Według GUS 94 proc. gospodarstw domowych posiada bądź radio, bądź telewizor, albo jedno i drugie. Jednak tylko 74 proc. przyznaje się do tego, a z nich ledwie połowa płaci abonament. Jeszcze gorzej jest z abonamentem, jaki powinny płacić firmy. W domu, niezależnie od ilości telewizorów, płaci się za jeden. Firmy powinny płacić za każdy posiadany odbiornik. A ile ich jest, kompletnie już nie wiadomo. Na dodatek w ostatnich trzech latach na skutek kryzysu nastąpił 20–30 proc. spadek obrotów na rynku reklamowym.
Temat kosztów utrzymywania oddziałów terenowych powraca więc teraz przy każdej okazji. Nawet podczas ogólnopolskiej konferencji prasowej promującej nową TVP 3 Regionalną, zorganizowanej równocześnie w 12 miastach i transmitowanej w wewnętrznej sieci TVP, Tadeusz Skoczek, odpowiadający w zarządzie za regiony, publicznie wypomniał ośrodkowi na Krzemionkach wysokość wydatków: „Spośród 300–350 mln zł na ośrodki, Kraków otrzymuje 50 mln”. Janusz Cieliszak dodał: „Byłoby dobrze, gdyby ośrodki samofinansowały się w 70 proc.”. „Przecież my się samofinansujemy – kontruje dyrektor oddziału w Krakowie Andrzej Jeziorek. – Abonament to 30 proc. naszego budżetu, 10 proc. pochodzi z reklamy, a resztę zarabiamy na produkcji dla Warszawy”.
Jak zrozumieć tę sprzeczność? Otóż dla Krakowa „nasz budżet” oznacza nie budżet TVP w ogóle, lecz budżet ośrodka. Produkcja na antenę ogólnopolską, tej samej przecież firmy, jest traktowana tu jak produkcja na zewnątrz. Dla centrali natomiast pieniądze przekazane ośrodkom na koszty stałe, program lokalny i zapłata za zamówione dla siebie programy, uznawana jest za koszty utrzymania oddziałów. Nieomal dotację. Tak więc dla oddziałów centrala to mało opiekuńczy rodzic, a dla centrali oddziały to kosztowne i niechciane dzieci.
Z budżetu lokalnego płaci się nie tylko koszty rozesłania z nadajników naziemnych „swoich”, czyli lokalnych audycji, ale również ogólnopolskiej części programu TVP 3. Z kolei Program 2 płaci za emisję lokalnych programów w Dwójce.
By sprawę finansów do końca rozjaśnić, warto dodać, że największemu ośrodkowi, jakim jest Kraków, prawie połowę dochodów z reklam, przynosi pasmo między godziną 17.30 a 18.30, czyli czas, gdy program regionalny można obejrzeć w Dwójce. Kłopot w tym, że docelowo programy lokalne mają z TVP 2 zniknąć, a oglądalność TVP 3 w innej porze jest na poziomie 1,6–3,6 proc.
Tę „prostotę” rozliczeń, gdzie ta sama złotówka raz jest przychodem, a raz wydatkiem, telewizyjne korytarze nazywają „teorią okrągłych i kwadratowych pieniędzy”. Żebym ją lepiej zrozumiał, opowiedziano mi taką historię: „Kilka lat temu w warszawskim budżecie wydzielono pieniądze na zakupy w ośrodkach regionalnych. Kwotę podzielono na poszczególne oddziały. Pieniądze na zakupy w Krakowie skończyły się w połowie roku. W efekcie brakło pieniędzy na cykliczną audycję. Zadzwoniłem do znajomego kierownika produkcji w oddziale w G., któremu zostały jeszcze jakieś grosze. G. oficjalnie przejęła produkcję, chociaż program dalej był robiony u nas. Różnica była taka, że teraz krakowska ekipa występowała nie jako etatowi pracownicy, lecz jako współpracownicy. My zarobiliśmy więcej, telewizja wydała mniej”. Opowieść ta streszcza sens kilkunastu innych, jakie usłyszałem.
Nowy – stary program
Od niedzieli można oglądać nowy profil telewizji publicznej: TVP 3. Ta regionalna telewizja nadaje przez 17 godzin dziennie. Wedle materiałów rozdawanych prasie podczas konferencji zapowiadających reformę, 5 godzin zajmować miały produkcje lokalne, a resztę – ogólnopolskie. Tymczasem w ramówce doliczyłem się tylko 4 godzin programu lokalnego. „Może być nawet mniej – tłumaczy Janusz Cieliszak – ale może być i 6 godzin”. I ta różnica wynika ze sposobu liczenia. Flagowym programem Trójki ma być bowiem Kurier – redagowany w Warszawie, cogodzinny ogólnopolski program informacyjny, z dużą ilością materiałów regionalnych.
Na razie sygnał TVP 3 z nadajników naziemnych pokrywa mniej niż połowę Polski. W Warmińsko-Mazurskim i Świętokrzyskim program lokalny można zobaczyć tylko w Dwójce. Tak samo w Wielkopolsce (poza Poznaniem i okolicami). Oferta Trójki jest natomiast dostępna dla rybackich kutrów na północ od Półwyspu Helskiego. Jednak według władz telewizji dzięki kablówce program dociera do 80 proc. Polaków. Jak to możliwe? Zdaniem rzecznika TVP telewizja kablowa jest „w wielu wsiach i miasteczkach”.
Rzecznik zarządu odrzuca tezę, że TVP prowadzi politykę faktów dokonanych i przygotowuje się do stworzenia proponowanej w nowelizacji ustawy spółki córki, Polskiej Telewizji Regionalnej SA: „Jest to raczej nasza odpowiedź na propozycje prywatyzacji, ucieczka do przodu”. Sam jednak słyszałem kilka tygodni wcześniej, jak Tadeusz Skoczek, było nie było członek zarządu TVP, na pytanie, czy jest to wstęp do prywatyzacji, wcale nie zaprzeczał. Sugerował nawet, że może tak. Los tej części ustawy nie jest zresztą przesądzony. Krajowa Rada, czyli sam autor, przyjęła ją minimalną większością.
Utrzymanie oddziałów regionalnych ma gwarantować ustawa. Nie ma jednak w niej mowy ani o ich wielkości, ani o rodzaju działalności. Na antenie lokalnej może więc pojawić się wszystko: a to turystyczny przewodnik po regionie, a to powtórka programu zakupionego w innym oddziale.
Paradoksalnie najlepszym zabezpieczeniem istnienia oddziałów zdaje się być największa choroba telewizji publicznej: jej upolitycznienie. W obronie oddziałów zgodnie występują bowiem posłowie i lokalni politycy, którzy chcą zapewnić sobie możliwość występów w telewizyjnym okienku – tym atrakcyjniejszą, że wedle zarządu TVP oglądalność TVP Regionalnej wzrośnie do 5 proc.
Tyle że w materiałach rozdanych dziennikarzom można przeczytać, że TVP 3 po 3 marca to „ta sama nie zmieniona struktura i ten sam zasięg” oraz „nowy zespół prezenterów i wydawców składający się z dotychczasowych dziennikarzy”.
Autor jest dziennikarzem Radia Kraków.
|