Zimbabwe: „wybory” prezydenckie i represje wobec opozycji


Władzy raz zdobytej Mugabe nie odda nigdy

Anna Husarska 



Mniej więcej wtedy, gdy prezydent Bush ogłaszał „oś zła”, czyli listę krajów będących zdaniem USA zagrożeniem dla światowego pokoju, jego odpowiednik z Zimbabwe, prezydent Robert Mugabe, obwieścił swoją własną „oś niechcianych”. Znalazły się na tej liście niektóre kraje Unii Europejskiej: ich obywatele nie mogą przyjechać do Zimbabwe, aby w charakterze zagranicznych obserwatorów monitorować tamtejsze wybory prezydenckie.


Lista Busha sprowokowała gwałtowne protesty w Teheranie, gniew w Bagdadzie i kolejne dziwne posunięcia Phenianu, a także werbalny spór na linii USA-Europa Zachodnia. Wydawało się, że w tym momencie „lista” Mugabe przejdzie niezauważona przez Brukselę. Być może odegrały tu rolę tradycyjnie łagodne obyczaje większości z państw „osi niechcianych” Mugabe, którą tworzą Dania, Finlandia, Szwecja, Holandia, Niemcy i Wielka Brytania. Trudno oczekiwać, by mieszkańcy Sztokholmu w proteście przeciw polityce prezydenta Zimbabwe publicznie palili flagę tego kraju, albo by studenci w Helsinkach wyszli na ulicę z okrzykiem: „Śmierć Wielkiemu Szatanowi Mugabe!”. 

SPÓŹNIONA REAKCJA UNII

Po wysłuchaniu, kto jest zaproszony do obserwowania wyborów – zapowiedzianych na 9 i 10 marca – a kto nie, kraje Unii postanowiły zignorować życzenia Mugabe i wysłać do Zimbabwe pierwszą grupę 30 obserwatorów pod przewodnictwem Pierre’a Schori, ambasadora Szwecji przy ONZ, który był już szefem takiej unijnej delegacji w Zimbabwe podczas wyborów w 2000 roku. Spodziewano się, że przynajmniej jego osoba zostanie zaakceptowana (w przeciwieństwie do „niedobrej” Szwecji): Mugabe i Schori znają się od 30 lat, kiedy ten pierwszy – wtedy działacz rodezyjskiego ruchu wyzwoleńczego – był podziwiany przez tego drugiego, polityka szwedzkiej partii socjaldemokratycznej. 
Tymczasem nic z tego. W połowie lutego sprawa stała się już zbyt osobista: po paru dniach kluczenia i lawirowania władze Zimbabwe odmówiły Schoriemu oficjalnej akredytacji obserwatora, traktując go jak zwykłego turystę – i ostatecznie wydaliły z kraju. 
Nie było już wątpliwości, jak powinna się zachować Bruksela. Chris Patten, komisarz Unii ds. wspólnej polityki zagranicznej, oświadczył przecież w programie BBC 28 stycznia: „Powiedzieliśmy Mugabe i jego współpracownikom: chcemy, by było jasne, że możemy wysłać naszych obserwatorów na wybory, że media lokalne i międzynarodowe mogą je profesjonalnie relacjonować, i że nie będzie dalszej eskalacji przemocy. Jeśli te warunki nie zostaną spełnione, z przykrością uznamy nasze konsultacje z wami za skończone i przejdziemy do sankcji”. 
Tak więc po tym, jak Mugabe powiedział „nie” unijnym „kontrolerom”, a Schori wsiadał do samolotu odlatującego ze stolicy Zimbabwe, Harare, stało się oczywiste, że sankcje muszą być wprowadzone. I tak się stało: zdecydowali o tym dwa dni później szefowie MSZ krajów Unii. Wprowadzone w trybie natychmiastowym „inteligentne sankcje” nie są klasycznymi ograniczeniami ekonomicznymi. Zakładają zakaz wjazdu do krajów Piętnastki dla czołowych 20 członków władz Zimbabwe (listę otwiera Mugabe, a jest na niej ośmiu ministrów, wśród nich zimbabweński Urban, czyli minister informacji Jonathan Moyo), zamrożenie ich osobistych kont w państwach Unii oraz zakaz eksportu z krajów UE do Zimbabwe broni i wyposażenia, które mogłyby być użyte do represji. 
W unijnych realiach taką decyzję można nazwać „odpowiedzią bardzo zdecydowaną”. Ale choć być może podratowała ona wiarygodność polityki zagranicznej Unii, to nadeszła zbyt późno, aby cokolwiek zmienić dla mieszkańców Zimbabwe. 

WYBORY POZA KONTROLĄ 

Nałożone sankcje nie są już w stanie niczemu zapobiec: nomenklatura Zimbabwe raczej nie zamierza podróżować – zajmuje się teraz głównie prześladowaniem opozycji. Poza tym było dość czasu, by nawet najbardziej gapowaty właściciel konta za granicą zdążył przenieść swój kapitał do bezpieczniejszej kryjówki. Władze mogły też wcześniej poczynić konieczne zakupy instrumentów represji. 
Ważniejsze, że równocześnie z decyzją o nałożeniu sankcji na Zimbabwe, Unia postanowiła wycofać całą grupę swoich obserwatorów, którzy według relacji Schoriego byli obiektem agresji oraz inwigilacji ze strony władz. Gdyby misja Unii pozostała, działania takie zapewne jeszcze by się nasiliły. Ale podejmując swą decyzję tak późno, Bruksela uniemożliwiła innym organizacjom (między- i pozarządowym) wcielenie w życie ich własnych zamierzeń. 
Bo tak czy inaczej, najważniejsza pozostaje kwestia monitorowania wyborów. Mimo prześladowań, a nawet morderstw na czołowych działaczach opozycji, tamtejszy „Ruch na rzecz Demokratycznych Zmian” (MDC) zdecydował się stanąć w wyborach i nawet przewodzi w sondażach. Ale bez rygorystycznego monitorowania wyborów przez niezależnych obserwatorów, lokalnych i międzynarodowych, Mugabe z łatwością odpowiednio „ukształtuje” ich wynik. Oczywiście prezydent może to zrobić także w obecności obserwatorów. Ale wtedy przynajmniej będzie to zauważone. 
Rząd Mugabe, próbując zapobiec szkoleniu miejscowych obserwatorów przez międzynarodowych ekspertów uchwalił prawo, które zakazuje zagranicznym organizacjom przeznaczania środków na edukację wyborczą. Z kolei osoby szkolone przez miejscowych ekspertów mogą być nawet aresztowane, jeśli reżim uzna ich za członków organizacji antyrządowych. To tyle, jeśli chodzi o niezależny lokalny monitoring.
A co do międzynarodowego monitoringu, to Mugabe pokazał, że rozumie jego wagę – i właśnie dlatego chce sam wybierać tych, którzy będą go kontrolować. Tak wiec jeszcze w styczniu określił swoją „oś przyjaciół”: tworzą ją, co nie dziwi, te kraje i organizacje, które mają interes w tym, żeby nie krytykować jego reżimu. Chodzi o Unię Afrykańską (przedtem znaną jako Organizację Jedności Afryki), złożoną z 14 państw Południowoafrykańską Wspólnotę na Rzecz Rozwoju (SADC) i Common Market for Eastern and Southern Africa. Mile widziane są też Wspólnota Gospodarcza Państw Zachodniej Afryki (ECOWAS) 
i Wspólnota Narodów (Commonwealth), oczywiście z wyjątkiem samej Wielkiej Brytanii. A ze Stanów Zjednoczonych dobre jest tylko Narodowe Stowarzyszenie Wspierania Kolorowej Ludności (NAACP).
 
ŚWIADKOWIE GWAŁTU

Świat nie powinien zapomnieć o zwykłych mieszkańcach Zimbabwe. Może jest już za późno na jakieś poważne kroki, ale trzeba zrobić wszystko, by zmaksymalizować pozytywne efekty monitorowania wyborów – jakkolwiek by one nie przebiegały. Wspólnota międzynarodowa powinna poinformować obserwatorów z „osi przyjaciół”, że jeśli nie będą odnotowywać nieprawidłowości, których będą świadkami, to zostaną potraktowani jako wspólnicy w fałszerstwie (i wspólnicy każdego innego przestępstwa reżimu, które popełni on w drodze do zwycięstwa). 
Po drugie, w Zimbabwe są niezależni Europejczycy (wśród nich 6 Norwegów), akredytowani przez Harare jako obserwatorzy. Także oni muszą być świadomi, jaki ciężar spoczywa na ich barkach i jak zaangażowana powinna być ich praca. Po trzecie, trzeba wyciągnąć wnioski z konfliktu o status (turysty czy obserwatora wyborów). Odmawiając akredytacji Schoriemu, minister spraw zagranicznych Zimbabwe Stan Mudenge dodał: „Każdy, kto przyjeżdża, przyjeżdża jako turysta, a my jeszcze nie zakazaliśmy turystyki w Zimbabwe”. 
Ano właśnie: „jeszcze” nie zakazali. Gdy Harare i Bruksela kłóciły się o wizę dla Schori’ego, rządowy dziennik „Herald” pisał: „Ci turyści, którzy interesują się oglądaniem wyborów, są witani równie ciepło jak ci, którzy chcą pooglądać słonie”, ale nie będą mieć dostępu do punktów wyborczych i miejsc, gdzie liczy się głosy. 
Wszystkie organizacje z krajów i organizacji spoza „osi niechcianych” powinny więc wysyłać swoich obserwatorów: należy zebrać ochotników (z turystycznymi wizami, z rezerwacjami na safari, na oglądanie słoni, obojętne), którzy będą dyskretnie obserwować wybory. Także media powinny wysyłać dziennikarzy (na „wyjazd turystyczny”), bo otrzymanie akredytacji reporterskiej jest prawie niemożliwe. Tylko w ostatnich dniach odprawiono z kwitkiem dziennikarzy prasowych z RPA i reporterów ze Szwecji. 
W Zimbabwe jest tak wiele prześladowań, że każdy może je dostrzec nawet bez akredytacji – w rzeczywistości czasem lepiej, by obserwatorzy nie nosili plakietki z nazwiskiem. „Turystyczni” obserwatorzy mogą być przydatni jako świadkowie notorycznego gwałcenia praw człowieka i represji wobec opozycji. Np. 18 lutego tysiące zwolenników rządu obrzuciło kamieniami Harvest House, siedzibę opozycyjnego „Ruchu”, a w Bulawayo policja aresztowała Davida Coltarta, prawnika i posła „Ruchu”, zarzucając mu strzelanie z broni w terenie zamieszkałym. Według rzecznika opozycji, Learnmore Jongwe, odkąd w parlamencie przegłosowano ustawę o porządku publicznym i bezpieczeństwie, 67 razy przerywano bądź odwoływano wiece Ruchu.
Obecność nieformalnych obserwatorów może pomóc w zmniejszeniu lęku mieszkańców Zimbabwe i wpłynąć na wynik wyborów. To prawda, tacy obserwatorzy nie będą, używając słów Mugabe, „formalnie zaakceptowaną” delegacją. Ale „formalnie zaakceptowany” nie może być też fakt, że prezydentowi Zimbabwe uchodzi na sucho fałszerstwo – po tym, jak przegonił wszystkich świadków swego przestępstwa. 


Autorka jest analitykiem politycznym w Międzynarodowej Grupie Kryzysowej (www.crisisweb.org); stale współpracuje z „TP”. 




78-letni Robert Mugabe rządzi Zimbabwe od 1980 r. Dawny bohater rodezyjskiego ruchu wyzwoleńczego okazał się dyktatorem – w Zimbabwe łamanie praw człowieka, prześladowanie opozycji i fałszowanie wyborów przez prezydenta i jego partię ZANU-PF jest nagminne. Rok temu bojówki Mugabe dokonały serii mordów na białych farmerach. Celem była nacjonalizacja ich majątków i zastraszenie społeczeństwa przed wyborami do parlamentu, ale rezultatem był spadek produkcji żywnosci. Zimbabwe, dawniej eksporter żywności, jest teraz odbiorcą pomocy humanitarnej z rąk Światowego Programu Żywnościowego. Już rok temu Międzynarodowa Grupa Kryzysowa sugerowała wprowadzenie sankcji przeciw rządowi Zimbabwe (patrz Anna Husarska „Koniec wojaży dla dygnitarzy”, „TP” 35/2001). 
Teraz, na kilka dni przed wyborami prezydenckimi, sankcje na Zimbabwe nałożyły też (oprócz UE) Stany Zjednoczone, motywując je „politycznym i humanitarnym kryzysem w Zimbabwe, wynikiem ciągłego łamania przez prezydenta Mugabe oraz członków jego rządu zasad rządów prawa”. Agencje donoszą o nasileniu prześladowań wobec opozycji i jej lidera, 49-letniego Morgana Tsvarinirai, głównego przeciwnika Mugabe w wyborach, którego oskarża się o zdradę stanu. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl