Votum separatum

Trudno mi zrozumieć

JÓZEFA HENNELOWA

 

28 lutego miał miejsce w Sejmie sabat czarownic. Sprawozdanie prezesa IPN z ubiegłorocznej działalności instytucji wywołało obłędny atak ze strony posłów Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony. Lewica rządowa mogła tylko w cichości zacierać ręce, bo opozycyjni prawicowcy, powiewając sztandarami narodowo-katolickimi, nie upominali się bynajmniej o drastyczne ograniczanie przez rząd funduszy na działalność IPN, lecz nie przebierając w słowach atakowali prezesa właściwie za wszystko, co robi i czego ich zdaniem nie robi (choć sprawozdanie po kolei zadawało kłam tym ostatnim zarzutom), a wspólnym mianownikiem tego nieprawdopodobnego spektaklu było oczywiście Jedwabne i antysemityzm w stanie czystym. Trudno było tego słuchać, także wtedy, gdy profesor Kieres przystąpił do udzielania odpowiedzi, z najwyższą godnością i spokojem (nie wierzę zresztą, by jego poruszające słowa w ogóle dotarły do sumień nienawistników spod sztandarów Radia Maryja). Czego jednak nie potrafię zrozumieć, to faktu, iż wieczorem w serwisie informacyjnym katolickiej telewizji „Puls”, szczycącej się szczególnie wysokim poziomem swoich „Wydarzeń”, całe to smutne wydarzenie zostało gruntownie przemilczane – tak jakby wstyd zamykał usta zamiast skłaniać do przeciwstawienia się oszczercom i awanturnikom, i wzięcia w obronę i człowieka zasłużonego, i prawdy, na którą przecież media katolickie powołują się nieraz z jednoznacznym naciskiem.
Faktów, które w życiu publicznym coraz trudniej mi rozumieć, jest więcej. Pozwolę sobie dziś na dwa jeszcze sygnały, szczególnie poruszające. Jednym z nich było dla mnie skrytykowanie przez byłego ministra sprawiedliwości wyroku 25 lat więzienia wydanego ostatnio na parę dzieciobójców w Warszawie. Lech Kaczyński, wierzący od dawna w uzdrowicielską moc jak najsurowszych wyroków, i z tej okazji skorzystał, żeby jeszcze podgrzać coś, co zupełnie niesłusznie zwie się „społecznym poczuciem sprawiedliwości”, a jest najczęściej tylko tak ogromnie łatwym do wywołania odruchem zemsty nie znającej granic. Cóż to za pedagogika: zagrzewać zbiorowość, by sama ustanawiała się sędziami?
A sprawa druga jest zupełnie inna, z gatunku takich, które równie smucą, co są już zupełnie niezrozumiałe. Nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie, po co kilka osób z najwyższych pięter prawdziwej elity polskiej dało swoje podpisy pod nerwowym listem do Parlamentu Europejskiego, skarżącym polski rząd o odsunięcie debaty nad projektem liberalizacji ustawy antyaborcyjnej? Jest jakaś niepokojąca przepaść między twórczym dorobkiem tak podziwianych i szanowanych postaci a ich demonstracyjnym akcesem do poglądu, iż decyzja rządowa oznacza „swoisty handel prawami kobiet”, a do praw tych zaliczać by się miało „prawo do samostanowienia o swoim życiu”, realizowane przecież w tym wypadku kosztem życia drugiego człowieka. Smutno i już.

Józefa Hennelowa 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl