O nieistniejącym już, a kiedyś podwójnym tabu w Polsce

„Ujrzałem wypędzonych na własne oczy”

STEFAN CHWIN

 

W połowie lat osiemdziesiątych razem z grupą polskich pisarzy zostałem zaproszony do Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku. Ponurego gmachu strzegli funkcjonariusze tajnej policji w cywilu. Partia po zniesieniu stanu wojennego złagodziła właśnie kurs wobec intelektualistów. Gdy weszliśmy do sali na piętrze, partyjny dygnitarz wyjął z kasy pancernej kasetę wideo i w geście dobrej woli włączył telewizor. Tak właśnie po raz pierwszy zobaczyłem „Blaszany bębenek”, zakazany film Volkera Schloendorffa, oparty na powieści Güntera Grassa, którego ostatnie sceny przedstawiały deportację Niemców z Gdańska w roku 1945. Najnowsza książka Grassa, która właśnie ukazała się w Niemczech, byłaby w tamtych czasach dziełem zakazanym w równym stopniu. Zatopienie przez radziecką łódź podwodną statku „Wilhelm Gustloff” z tysiącami niemieckich uchodźców na pokładzie było szczególnie niebezpiecznym tematem.
O wypędzeniach Niemców z Gdańska Polacy wiedzieli oczywiście dużo wcześniej. Moja matka dobrze zapamiętała ludzi z walizkami, czekających godzinami w deszczu na starym peronie dworca we Wrzeszczu (niemieckim Langfuhr) na ostatni pociąg, który nocą odjeżdżał do – jak wtedy mówiono – „wschodniej strefy okupacyjnej”. Powiedzmy jednak wyraźnie: w czasach mojego dzieciństwa i później mało kto w Polsce współczuł wypędzonym Niemcom i interesował się ich losem. Przeciwnie: nie tylko komunistyczna propaganda, lecz i zwykli ludzie uważali, że Niemcom należało się to bolesne doświadczenie za Auschwitz i Treblinkę. 
Moje osobiste doświadczenia były jednak szczególne. Któregoś dnia w latach sześćdziesiątych do mojego mieszkania w Gdańsku na ulicy Poznańskiej (dawniej Lützowstraße) zapukało dwoje siwowłosych ludzi, którzy – jak się później okazało – mieszkali tu do stycznia 1945 roku. Moi rodzice rozmawiali z nimi na migi, więc niczego nie dowiedziałem się o ich losach. Po raz drugi już się w naszym mieszkaniu nie pokazali. Zapewne umarli gdzieś pod Hamburgiem czy Frankfurtem. Ale ta wizyta zostawiła w mojej pamięci niezatarty ślad. Ujrzałem wypędzonych na własne oczy.
O prawdziwych losach niemieckich uchodźców z Pomorza, Mazur i Śląska Polacy nie mogli się dowiedzieć przez z górą czterdzieści lat. Komunistyczna propaganda przedstawiała wypędzonych jako organizacje „pogrobowców Hitlera”, szykujących się do powrotu na dawne ziemie niemieckie z zamiarem odebrania Polakom wszystkiego. Ale Polacy nie mogli też głośno mówić o losach swoich rodaków wypędzonych przez Armię Czerwoną ze wschodnich terenów dawnej Polski na Śląsk, Pomorze i Mazury, które Niemcy musieli opuścić. Oba tematy były niemal w równym stopniu tematami tabu.
Dopiero słynny list biskupów polskich do biskupów niemieckich ze słowami „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” sprawił, że wielu młodych Polaków po raz pierwszy dowiedziało się o krzywdach, jakie spotkały Niemców deportowanych z Gdańska, Olsztyna czy Wrocławia za Odrę. Większość jednak przyjęła ten list bardzo źle. Był to dla nich prawdziwy szok. Ale ziarno zostało zasiane.
Wpływ Kościoła katolickiego i niechęć do propagandy komunistycznej odegrały istotną rolę w zmianie spojrzenia Polaków na Niemców wypędzonych z „ziem zachodnich”, chociaż zmiana ta nie była dla nich łatwa. W 1966 roku w dniu przyjazdu do Gdańska kardynała Stefana Wyszyńskiego, za Stalina więzionego przez komunistów, władze ustawiły na ulicach antyniemieckie tablice. Widniały na nich fotografie polskich księży, zamordowanych w niemieckich obozach koncentracyjnych i wielkie zdjęcia gdańskiego biskupa Carla Marii Spletta, który w czasach Hitlera zakazał spowiedzi po polsku. Na moich oczach tłum, wracający ze spotkania z Prymasem, kamieniami rozbił te tablice na kawałki. Była to pierwsza demonstracja antykomunistyczna, jaką widziałem w życiu.
Prawdziwe zainteresowanie losem niemieckich uchodźców pojawiło się jednak w Polsce w chwili, gdy powstał niezależny od partii ruch wydawniczy. Kto poza cenzurą pisał o losach Polaków deportowanych przez Stalina z Wilna i Lwowa do Gdańska i Wrocławia, otwierał drogę tym, którzy chcieli pisać o losach Niemców wypędzonych z Gdańska i Wrocławia za Odrę. Ważną rolę odegrał też polski przekład „Blaszanego bębenka”, w końcu lat siedemdziesiątych opublikowany w podziemnym wydawnictwie NOWA.
Ale były też głębsze powody zainteresowania losem wypędzonych. W jakimś momencie Polacy ujrzeli w wypędzonych Niemcach i w wypędzonych Polakach ofiary Jałty, bo przecież – jak zaczęto o tym mówić – o losach jednych i drugich naprawdę decydowali Stalin, Roosevelt i Churchill, choć, oczywiście, to sami Niemcy, napadając na Polskę w 1939 roku, uruchomili mechanizm przemocy, który doprowadził do wypędzeń. Właśnie poczucie wspólnoty pojałtańskiego losu zmieniało wiele w polskim obrazie wypędzeń. 
Na zmianę spojrzenia na niemieckie wygnanie wpłynęła też zmiana polskiego spojrzenia na historię. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w szerokich kręgach polskiego społeczeństwa, zniechęconych do komunistycznej propagandy „walki i pracy”, pojawiło się zainteresowanie „historią cywilną”, której tematem było niebohaterskie, codzienne życie zwykłych ludzi, uczestniczących w wielkich wydarzeniach dziejowych, jak Powstanie Warszawskie czy okupacja. W polskiej świadomości Niemiec był przede wszystkim żołnierzem, budzącym respekt, nienawiść i lęk. Tymczasem na fali tych zainteresowań odkryto także istnienie niemieckiego cywila. Dotąd w polskich książkach czy filmach występował on zwykle jako postać komediowa, lekceważona, a nawet pogardzana. Było to ważne odkrycie, bo z takiej perspektywy wypędzenie Niemców jawiło się nie tylko jako operacja polityczno-represyjna dokonana na rozkaz Wielkiej Trójki, lecz także jako zwykłe tragiczne doświadczenie ludzkie. Zainteresowanie zaczęła też budzić cywilna „historia kobiet”, ignorowana przez oficjalną historiografię. Zapewne dlatego tak ciepło przyjęto w Polsce książkę Christiana Grafa von Krockow „Czas kobiet”, przejmującą relację o losach Niemek uciekających z Pomorza przed Armią Czerwoną. Coraz częstsze zaś przyjazne wizyty dawnych gdańszczan, wrocławian czy olsztynian w powojennym Gdańsku, Wrocławiu czy Olsztynie rozpraszały lęk przed organizacjami wypędzonych.
Na to, jak Polacy zaczęli po roku 1989 myśleć o niemieckim wygnaniu – dotyczy to również mojej twórczości – silnie wpłynęło także powszechne w Polsce współczucie dla ofiar deportacji i czystek etnicznych w byłej Jugosławii. 
Scena zatonięcia niemieckiego statku z uchodźcami z Gdańska, storpedowanego jak „Wilhelm Gustloff” na Bałtyku przez radziecką łódź podwodną, znalazła się w mojej powieści „Hanemann”, którą napisałem na początku lat dziewięćdziesiątych. Ale na moim spotkaniu autorskim w Düsseldorfie pisarz niemiecki, który w dzieciństwie uciekał z oblężonego przez Rosjan miasta na podobnym statku, zaatakował mnie, że zajmuję się nie swoimi sprawami.
W tej chwili temat niemieckich ofiar wypędzeń nie jest już w Polsce żadnym tabu. Zauważyłem nawet, że od polowy lat osiemdziesiątych młodzi Polacy interesują się dużo bardziej losem niemieckiej ludności, deportowanej z Gdańska za Odrę, niż Niemcy interesują się losem polskich wygnańców z Wilna, Lwowa czy Wołynia, którzy w roku 1945 zajęli miejsce wypędzonych w Gdańsku. Nie widzę w tym żadnego specjalnego problemu, choć oczywiście odrobina współczucia choćby dla mojego ojca, który – jak setki tysięcy Polaków, wypędzonych przez Rosjan z własnego domu na wschodnich terenach dawnej Polski – z konieczności osiedlił się w gdańskim mieszkaniu, z którego wypędzono rodzinę niemieckiego listonosza, byłaby budującym zakończeniem długich dziejów wzajemnej niewiedzy i nieporozumień.



STEFAN CHWIN (ur. 1949), pisarz i historyk literatury, mieszka w Gdańsku. Tekst ukazał się pierwotnie w „Die Welt” z 21 lutego.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl