Debata o IPN czyli

Tajniki polskiej duszy

ADAM BONIECKI

 


Polecam badaczom „polskiej duszy” stenogram z sejmowej debaty o Instytucie Pamięci Narodowej (bo przecież była to debata nie tyle nad sprawozdaniem Prezesa IPN, co nad sposobem działania i naturze Instytutu) z 28 lutego. 
Jeśli posłowie do swoich wystąpień przygotowują się, a ich wystąpienia, przynajmniej w warstwie merytorycznej mają jakąś bazę, to trudno zrozumieć, dlaczego niektórzy z nich w tej debacie, dla zdyskredytowania działalności profesora Leona Kieresa i prowadzonego przezeń Instytutu mówili tak, jakby o niczym nie mieli pojęcia. Zbrodnie, które należy zbadać wymieniali po to, by podważyć zasadność badania innych zbrodni, nawet jeśli wymieniane przez nich są przedmiotem prac IPN. Grali na najniższych instynktach – jak antysemityzm, przypisywali Profesorowi Kieresowi wypowiedzi na temat udziału Polaków w zbrodni w Jedwabnem, których nigdy nie głosił. Polemizowano z tezami książki Jana Tomasza Grossa tak, jakby Instytut zajmował się weryfikacją tez książki, a nie rekonstrukcją wydarzeń. Posuwano się wręcz do stwierdzeń, że Instytut dostał się w obce ręce, określano Instytut jako wrogą Polsce instytucję itd. itd...
Ograniczyć, spowolnić jeśli nie całkowicie powstrzymać działalność IPN chcieliby ci, którzy się go po prostu boją. Ci, których napawa przerażeniem postępujące gromadzenie historycznych dokumentów. Ci jednak – jak sądzę – działają ostrożnie. Mówią o wysokich kosztach, kompetencji pracowników. Woleliby przyspieszyć działania IPN-u, może z nadzieją, że będą one wtedy mniej wnikliwe.
Dla badacza polskiej duszy jednak znacznie ważniejsi są ci, którzy nie przebierają w środkach. Którzy w zarzutach nie cofają się przed sugestią, że IPN wpadł w „obce ręce”. To ci, którzy są przekonani, że tożsamość narodową (religijną, rodzinną, każdą...) należy budować w oparciu o mity niewinności i niezasłużonych krzywd. Nawet jeśli wiedzą, że prawda jest inna, uważają, że prawdy tej nie należy głosić. Nigdy nie wybaczą owego 1% spraw, które dotyczą win Polaków. Nawet jeśli były, to trzeba udawać, że ich nie ma. IPN, prowadząc je, staje się „instytucją wrogą prawdzie o naszej polskiej historii”. 
Sesja sejmowa więcej niż o IPN powiedziała o „polskiej duszy”. Chociaż Prezes Instytutu odparł wszystkie zarzuty i wyjaśnił wątpliwości, obrońcy „dobrego imienia Polski” i tak pewnie pozostaną przy swoim, bo nie chodzi o argumenty ale o zagrożony „autoportret Polski”...
Kiedy na sali sejmowej ucichła wrzawa bitwy o pamięć i opadły dymy IPN ukazał się w nowym świetle, by nie powiedzieć blasku. Wystrzelano całą amunicję i żaden właściwie strzał nie uszkodził celu. Owszem, słuszność filozofii, stylu obranego przez IPN stały się jeszcze bardziej oczywiste.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl