Czy nieudolność prokuratury doprowadzi do... uwolnienia
Miloszewicia?
Proces pod złą gwiazdą
KLAUS BACHMANN
Skruszony przestępca tak nie wygląda. Slobodan Miloszević nie siedzi skulony na ławie oskarżonych: on tam rezyduje, jak szef dużego przedsiębiorstwa, który zza biurka karci niesfornych podwładnych. W roli karconych występują świadkowie:
„Proszę odpowiedzieć, tak lub nie – atakuje „Slobo”. – Zeznaje pan pod przysięgą!”
Siedem miesięcy po ekstradycji z Belgradu były prezydent Jugosławii jest bardziej pewny siebie niż na początku pobytu w więzieniu w Scheveningen.
„Uważam ten trybunał za fałszywy” – to były jego pierwsze słowa na sali sądowej, jeszcze podczas postępowania przygotowawczego. Posługiwał się wtedy płynną, choć nie zawsze gramatyczną i precyzyjną angielszczyzną, odmówił uczestnictwa w negocjacjach między prokuratorami, sędziami i
„amici curiae” na temat technicznych i prawnych szczegółów procesu twierdząc, że wyrok i tak już zapadł, a reszta służy jedynie mydleniu oczu opinii publicznej. Dlatego też nie korzysta z obrońcy. To z kolei skłoniło sąd do wyznaczenia trzech adwokatów, których jedynym zadaniem jest dbanie o to, aby prawa oskarżonego nie zostały uszczuplone wskutek braku obrońcy. Ci trzej to właśnie
„amici curiae”, przyjaciele sądu.
Dziś, po pierwszych dwóch tygodniach najważniejszego i największego procesu haskiego trybunału, ta troska wydaje się na wyrost. Miloszević broni się lepiej niż mógłby to robić zawodowy obrońca. Rozparty za swoim biurkiem, zastawia pytania-pułapki na świadków oskarżenia i wikła ich w sprzeczności. Gdzie ten obrażony na wszystkich oskarżony, który jeszcze kilka miesięcy temu jak niegrzeczny chłopak ostentacyjnie odwracał się w inną stronę, kiedy główna oskarżycielka, Szwajcarka Carla del Ponte, próbowała z nim rozmawiać podczas przerwy w obradach? Z
„tymi panami” (chodziło o „amici curiae”) też nie chciał mieć nic wspólnego, a to, że teraz rozmawia z jednym z nich, krytykowanym w Serbii za przyjęcie tej posady belgradzkim adwokatem (i niegdysiejszym obrońcą politycznych przeciwników Miloszevicia) Bronislavem Tapuskoviciem, świadczy raczej o dobrym samopoczuciu oskarżonego niż o jego uległości czy gotowości do ustępstw.
To nie o prawa Miloszevicia trzeba się martwić. Znacznie więcej powodów do zmartwień dają oskarżyciele. Coraz bardziej potwierdzają się obawy niektórych obserwatorów, że Carla del Ponte być może była odpowiednią osobą do wywierania presji na rząd Serbii, żeby wydał Miloszevicia, ale niekoniecznie do tego, aby przygotować gigantyczny proces z ponad trzystoma świadkami i ponad tysiącem zeznań, trwający przynajmniej dwa lata i obejmujący całą historię rozpadu byłej Jugosławii.
NIE PO KOLEI
Sprawa rozpoczęła się pod złą gwiazdą. Carla del Ponte w drugiej instancji skutecznie przeforsowała swoją koncepcję wytoczenia Miloszeviciowi jednego procesu i włączenia weń wszystkich trzech aktów oskarżenia, mimo że materiał miała gotowy tylko na jeden. Miloszević jest oskarżony o zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości podczas wojny jugosłowiańsko-chorwackiej, o zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości w Kosowie i dodatkowo o zbrodnie ludobójstwa w Bośni. Kosowski akt oskarżenia dotyczy jeszcze piątki oskarżonych, którzy nie zostali dotąd przekazani haskiemu trybunałowi, w tym obecnego prezydenta Serbii (nie mylić z prezydentem Jugosławii) Milana Milutinovicia. Akty dotyczące Bośni i Chorwacji obejmują tylko Miloszevicia. Decyzja, że wszystkie trzy oskarżenia obejmie jeden proces, oznaczała dla prokuratorów konieczność przedstawienia dowodów w odwrotnej kolejności: zaczynają od przesłuchania świadków kosowskich, a skończą na tym, na czym krwawy rozpad Jugosławii się zaczynał: na wojnie z Chorwacją.
Dla prokuratorów jest oczywiście obojętne, czy o winie oskarżonego przekonają sędziów w takiej czy innej kolejności. Ale ten proces ma o wiele większe znaczenie: służy też ujawnieniu prawdy o bratobójczych wojnach w b. Jugosławii, a w Serbii ma spowodować swoistą katharsis i rozpocząć proces pojednania. Nie wystarczy, by prokuratorzy dowiedli winę – muszą to zrobić w sposób przekonujący i zrozumiały zwłaszcza dla tych, którzy od początku podejrzewali, że w Hadze odbywa się po prostu akt zemsty zwycięzców nad zwyciężonymi – NATO, Wyzwoleńczej Armii Kosowa (UCK), Chorwacji i Bośni-Hercegowiny nad Serbią. Czy wobec tego dobrze jest zaczynać od konfliktu o Kosowo, w stosunku do którego Serbowie do dziś czują się bardziej ofiarami niż sprawcami: najpierw ofiarami konfliktu między kosowskimi Serbami i albańską większością, potem ofiarami bombardowań NATO i odwetu UCK? To nie jest dobry punkt wyjścia, aby uznać własną winę czy oddać sprawiedliwość ofiarom drugiej strony.
„To jest proces w sprawie winy jednego człowieka, a nie całej społeczności czy państwa – mówiła Carla del Ponte w swojej mowie wstępnej w pierwszy dzień procesu. – Tu nie chodzi o żadną zbiorową winę; osobiście całkowicie odrzucam to określenie”. Była to odpowiedź na wypowiedzi Miloszevicia i przedstawicieli serbskiej partii socjalistycznej, którzy wielokrotnie podkreślali, że
„Slobo” będzie bronił w Hadze honoru całej Serbii. Krytycy Trybunału uważają, że wyrok skazujący otworzy furtkę dla wysokich odszkodowań, które obecny następca prawny byłej Jugosławii – Federacja Serbii i Czarnogóry – musiałaby wypłacać poszkodowanym republikom, tzn. Chorwacji i Bośni. Obie republiki zaskarżyły już Jugosławię do Międzynarodowego Trybunału w Hadze m.in. o odszkodowania.
Równocześnie wielu Serbów uważa, że to przede wszystkim naród serbski padł ofiarą rządów Miloszevicia. W tej sytuacji oskarżyciele mają szczególnie twardy orzech do zgryzienia: nie wystarczy przekonać sędziów i doprowadzić do skazania oskarżonego – trzeba jednocześnie dbać o jasną, niezakłamaną wymowę całego procesu.
MILOSZEVIĆ–BAKALLI 1:0
Trudno dziś rozstrzygnąć, czy prokuratorzy rzeczywiście posiadają – jak zawsze twierdzili – niezbite dowody i dobrych świadków. 18 lutego prokurator Geoffrey Nice wzywa na pierwszego świadka Mahmuta Bakalliego, w czasach kosowskiej autonomii szefa Partii Komunistycznej w Kosowie, późniejszego przeciwnika Miloszevicia i doradcę przedstawicieli UCK podczas konferencji pokojowej w Rambouillet w 1999 r. Ma on wprowadzić sąd w stosunki panujące w Kosowie przed i po zniesieniu w 1989 r. autonomii, obowiązującej tam od 1974 r. Po raz pierwszy obecni w sądzie przestawiciele mediów serbskich i kosowsko-albańskich łapią się za głowę z tego samego powodu: dobrze wiedzą, że Bakalli, socjolog z Uniwersytetu w Prisztinie, nie jest orłem i na pewno nie nadaje się do tego, aby dać wszechstronny, wyczerpujący i w miarę obiektywny opis konfliktu między Serbami i zamieszkującą Kosowo albańską większością. Bakalli mówi coś o apartheidzie w Kosowie po zniesieniu autonomii, opowiada o tajnym nauczaniu Albańczyków i o tym, że przemówienie Miloszevicia w Gazimestanie w 1989 r. zostało przez niego, Bakalliego, odebrane jako zapowiedź siłowych rozwiązań i spowodowało zniesienie autonomii. Ale kiedy Miloszević bierze go w obroty, musi przyznać, że zniesienie autonomii nastąpiło trzy miesiące przed spotkaniem w Gazimestanie i za zgodą parlamentu kosowskiego.
Bakalli wikła się w sprzeczności. Opowiada o tajemniczym planie
„spalonej ziemi w Kosowie” serbskiego szefa służb specjalnych, ale jednocześnie przyznaje, że został on zarzucony przez tego samego szefa służb. Pytany przez Miloszevicia, dlaczego nie wspomniał o planie na spotkaniu z nim w 1989 r., Bakalli mógłby odpowiedzić, że nie miał do Miloszevicia zaufania i milczał. Zamiast tego mówi niepewnie:
„Nie wiem, właściwie mogłem to zrobić”. Tej szansy Miloszević nie przepuszcza:
„Widać, jak poważnie traktował pan ten plan”.
Przez moment wielu obserwatorom wydaje się jednak, że Geoffrey Nice, wzywając Bakalliego, dopiął swego. 5 marca 1998 r. policja serbska przeprowadziła rajd na kilka albańskich wiosek, podczas którego zginęło 83 ludzi, w tym cała, ponad czterdziestoosobowa rodzina Adema Jashariego, członka UCK w miejscowości Prekaz. O tym też Bakalli rozmawiał z Miloszeviciem – rajd spowodował wielki napływ młodych Albańczyków do szeregów UCK. Zeznanie Bakalliego potwierdza więc, że Miloszević wiedział o akcji, którą można zakwalifikować jako zbrodnię, aprobował ją i nie robił nic, aby masakrze zapobiec. W przypadku generała Radislava Krsticia, szefa sztabu bośniackich Serbów, dowodzącego szturmem na Srebrenicę, wystarczyło to do pierwszego wyroku Trybunału za ludobójstwo. Latem 2001 generał dostał 45 lat więzienia, mimo że nie udowodniono mu wydania rozkazu rozstrzeliwania muzułmańskich jeńców. Na podstawie zeznania Bakalliego można więc skazać Miloszewicza za Prekaz. Szkopuł w tym, że akt oskarżenia przeciw Miloszeviciowi nie obejmuje Prekazu, ponieważ wiosną 1998 starcia UCK z siłami serbskimi nie miały jeszcze charakteru otwartego konfliktu, wobec czego nie podlegają jurysdykcji Trybunału. Cały wysiłek poszedł więc na marne.
Według Carli del Ponte, łączącym wszystkie akty oskarżenia wspólnym mianownikiem (w języku prawników „joint transaction”) był plan utworzenia „Wielkiej Serbii”, łączącej wszystkie tereny Jugosławii zamieszkane przez ludność serbską, i pozbycia się z nich innych narodowości. Prof. Radoslav Stojanović, ekspert prawa międzynarodowego, krytyk Miloszevicia i komentator belgradzkiej „Politiki” odpowiada na to, że Chorwacja i Bośnia też miały w trakcie rozpadu Jugosławii swoje maksymalistyczne plany. Miloszević nie jest oskarżony o to, że w konflikcie serbsko-albańskim starał się zwyciężyć. Wobec tego prokuratura nie może sprawiać wrażenia, że oskarża b. prezydenta Jugosławii z pozycji albańskiego nacjonalizmu.
Wzywając jednak na pierwszego świadka Bakalliego, postkomunistycznego aparatczyka, tak samo przemalowanego na nacjonalistę jak Miloszević, i każąc mu przedstawić konflikt serbsko-albański z jednej tylko strony, prokuratura wywołała właśnie to fatalne wrażenie. Odtąd Miloszević będzie się starał kwestionować wiarygodność każdego kolejnego albańskiego świadka właśnie dlatego, że jest on Albańczykiem (czyli jest z definicji antyserbski).
Z następnego świadka wymusza przyznanie, że w wiosce atakowanej przez serbskie oddziały wcześniej przebywało kilka sotni UCK, którym miejscowa ludność dostarczała żywność i ubrania. Świadek, który w Kosowie stracił 16 członków 18-osobowej rodziny i który do dziś ma chore nerki wskutek pobicia przez serbskich policjantów, zrywa w końcu przesłuchanie. Przewodniczący trzyosobowego składu sędziowskiego Brytyjczyk Richard May zwalnia go mimo protestów Miloszevicia, dodając, że sąd uwzględni fakt, że przesłuchanie nie mogło zostać dokończone.
ŚWIADEK RATUJE PROKURATURĘ
Wydawałoby się, że oskarżyciele będą prowadzić przesłuchania świadków niezmiernie precyzyjnie, z wyczuciem dla sytuacji prostych albańskich chłopów, którzy nagle znaleźli się w tak stresującej sytuacji, w konfrontacji z człowiekiem, który w ich przekonaniu spowodował ich cierpienia.
Nic z tego. Widać, że świadkowie zgodzili się tu przylecieć (nikt nie może ich do tego zmusić), aby nareszcie wyrzucić te przeżycia z siebie, aby pomóc w ukaraniu winnych i aby całemu światu powiedzieć o swoich krzywdach. Ale dotąd żadnemu nie było to dane. Oskarżyciele wypytują ich tak, jakby mieli do czynienia z głupkowatymi podatnikami, którzy źle wypełniali zeznania podatkowe, sugerują odpowiedzi i w dodatku zadają zagmatwane pytania, na które, wskutek mało profesjonalnego tłumaczenia angielsko-albańskiego, dostają niejasne odpowiedzi, co Miloszević potem bezlitośnie wykorzystuje.
21 lutego prokurator Kristina Romano wzywa Fehima Elshaniego, albańskiego księgowego, który po zniesieniu kosowskiej autonomii stracił pracę i odtąd zajmował się rolnictwem. Opisuje on, jak po rozpoczęciu nalotów NATO w marcu 1999 serbskie oddziały przystąpiły do zapowiedzianego wcześniej odwetu na Albańczykach, paląc i ostrzeliwując z moździerzy najpierw sąsiednie wioski, a potem jego osadę. Opisuje też, jak Serbowie zgromadzili w jego wiosce 20 tys. uciekinierów z okolic, aby ich wypędzić do Albanii. Pewnej nocy Fehima Elshaniego zbudził huk: dom, wypełniony uchodźcami i rodziną Elshaniego, zatrząsł się w posadach. Podwórko było zasłane trupami, połowa dachu runęła na śpiących. Świadek mówi o olbrzymich zniszczeniach.
Pani prokurator, zakładająca, że był to atak serbskich moździerzy, nie zadaje pytania, czy pociski trafiły w ściany czy dach. Oskarżony natychmiast wykorzystuje to zaniedbanie. Czy świadek może wykluczyć, że huk pochodził od samolotu? Świadek wykluczyć nie może, bo dopiero się obudził. A samolot mógł być tylko natowski: wobec przytłaczającej przewagi Sojuszu w powietrzu żadna serbska maszyna nie zdołałaby bombardować czegokolwiek.
Akurat teraz uparty świadek ratuje źle przygotowaną prokuraturę: serbscy oficerowie filmowali potem rozwalony dom Elshanich, jako dowód tego, „co NATO z wami zrobiło”, ale on sam obstaje, że to nie było NATO. Czy podczas podróży do Prizrenia, dokąd świadek zawiózł rannych na swoim traktorze, widział, jak NATO bombardowało to miasto? Tak, widział, „ale to nie ma tu nic do rzeczy”. Że natowskie pociski też trafiły w ludność cywilną, że być może byli ludzie, którzy dlatego uciekli do Albanii? „To, co NATO robiło, nie było zamierzone. A nas do Albanii wygonili Serbowie. Pana ludzie”. W końcu świadek tak się zapiera, że odpowiada na pytania tylko, jeżeli sędzia powtarza je za Miloszeviciem.
Widać, że odziany w błyszczącą białą koszulę ze stójką i elegancki ciemny garnitur Fehim Elshani przyleciał do Hagi, aby stawiać czoło człowiekowi, którego wini za wypędzenie z ojczyzny, śmierć bliskich, zniszczenie wioski i domu – wszystkiego, co miał. Elshani ma mocne nerwy, nie daje się sprowokować i wie, o co tu chodzi. Zaciska zęby, odpowiada krótkimi, prostymi zdaniami i stara się nie okazywać emocji. Świadek nie został dobrze przygotowany – on się sam przygotował. Nie trzeba przerywać przesłuchania.
Kiedy Elshani wychodzi, staje się jasne, że jego zeznanie to dowód na to, że serbskie wojsko i policja, których mundury i uzbrojenie zidentyfikował skrupulatnie na zdjęciach, celowo niszczyły albańskie wioski i deportowały rodzimą ludność bez żadnej militarnej konieczności. Zgodnie ze statutem Trybunału, jest to zbrodnia wojenna.
Od takich zeznań do wyroku skazującego jest jednak jeszcze daleka droga. Przynajmniej jeden z podobno licznych chronionych i anonimowych świadków Carli del Ponte będzie musiał zeznać, że Miloszević wiedział o zbrodniach, ale nie uczynił nic, aby im zapobiec i nie ukarał sprawców.
Od miesięcy w Belgradzie trwa dziennikarska gonitwa za ludźmi, którzy mogliby być tymi świadkami. Zoran Lelić, były doradca Miloszevicia i członek prezydium Jugosławii w czasach negocjacji z Dayton, nie mówił ani tak, ani nie: „Nic nie podpisałem, a jeśli będę zeznawał, to z otwartą przyłbicą”. Biljana Plavsić, dawna prezydent Republiki Srpskiej w Bośni, która sama zgłosiła się do Trybunału i czeka w areszcie domowym w Belgradzie na proces, dementowała pogłoski, jakoby zamierzała wystąpić przeciw Miloszeviciowi.
Czy belgradzcy adwokaci „Slobo” mają rację, że Carlę del Ponte ten proces przerasta, jej tajemniczy świadkowie wycofują się, a ona sama nie ma dowodów? Zachowanie prokuratury wzmacnia takie wątpliwości. Jako świadków chciała ona przesłuchać własnych podwładnych, śledczych, którzy mieli streścić 1300 pisemnych zeznań świadków, zbieranych w Kosowie, których wiarygodności sąd jednak nie może zweryfikować. Miloszević: „To karygodny zabieg. Jak dalej tak pójdzie, oskarżyciele zaczną przesłuchać swoich fryzjerów i kierowców”. Wtórował mu amicus Steven Kay. Sędzia May przychylił się do krytyki i speszony Geoffrey Nice wycofał wniosek. Czy ktoś, kto jest tak pewny swojej sprawy, jak wydawała się Carla del Ponte w ostatnich tygodniach, musi się uciekać do takich chwytów? Kiedy May kazał wezwać następnego świadka, również podwładnego prokuratury i specjalistę od kartografii, Nice musiał prosić o przerwę, by go odnaleźć. Po zarządzeniu przerwy przez zdegustowanego sędziego, dziennikarka belgradzkiej „Politiki” zrobiła furorę, śmiejąc się, że „powinniśmy chyba oskarżycielom przyjść z pomocą, inaczej jeszcze uwolnią Miloszevicia”. Zdanie znalazło się w wielu relacjach z procesu.
*
W przeciwieństwie do prokuratury, sam oskarżony ma jasną i zrozumiałą strategię. Mimo że z werwą uczestniczy w przesłuchaniach i posłusznie trzyma się wskazówek przewodniczącego, nadal nie uznaje legalności Trybunału. „Kieruję moje słowa do publiczności i zamierzam wykorzystywać każdą okazję, aby przedstawić prawdę” – oświadcza. Ta „prawda”, to teza, że proces służy do obarczania winą całej Serbii, że on sam w przeszłości i dziś robi wszystko, by swój naród uchronić przed knowaniami wielkich mocarstw, że podczas tej walki Serbowie nie popełniali zbrodni, lecz bronili siebie samych, i że chodzi także o zamazanie win bośniackich Muzułmanów, Chorwatów, UCK i NATO za rozpad Jugosławii i za napaść na serbski naród.
Oskarżyciele Trybunału sami ułatwili mu tę linię obrony. Jesienią 1999 r. Carla del Ponte odmówiła wszczęcia śledztwa przeciwko krajom natowskim za militarnie nieuzasadnione zniszczenia cywilnej infrastruktury podczas nalotów, mimo że statut Trybunału przynajmniej teoretycznie daje taką możliwość. Teraz rozpoczęła proces z wątpliwym świadkiem, który albańskie racje próbował przedstawić z pozycji „niezależnego intelektualisty” (tak zaprezentował go Nice).
W przeciwieństwie do oskarżonego, oskarżyciele nie wydają się być świadomi, że ten proces ma nie tylko prawne znaczenie. W Serbii ogląda go dwie trzecie właścicieli telewizorów.
A to, co oni będą sądzić, ma równie zasadnicze znaczenie jak to, czy i za co Miloszević zostanie w końcu skazany.
Klaus Bachmann
|