Co oglądają nasze dzieci

Miś Uszatek na emigracji

JOANNA OLECH

 

Za Gomułki wszystkie ciastka były po 2 złote, a „Jacek i Agatka” o godzinie 19. Za Gierka ciastka nadal były po 2 złote, a „Bolek i Lolek” o 19. A teraz, panie... co to się porobiło – ciastka po 50 centów, a dobranocka hula po ramówce jak chce! Raz o 19.20; raz o 19.10, a jak mecz, to wcale... I co ja mam powiedzieć dzieciom?
W przededniu wyborów na ekranie w trakcie dobranocki pojawiło się logo Studia Wyborczego. Czy mnie pamięć myli, czy programów dla dzieci nie wolno przerywać reklamą? Czemu miało służyć emitowanie zajawki Studia Wyborczego, jeśli nie reklamie? Sport, polityka, spoty reklamowe... każda z tych dziedzin wydaje się szefom TVP ważniejsza od programów dla najmłodszych. Widocznie nigdy nie widzieli rozczarowania, złości i zawodu, jaki dzieci okazują, kiedy włączają telewizor o 19.00 i nie znajdują tam bajki. Za to jeśli uruchomią telewizor przed czasem – mogą sobie obejrzeć gołą babę i psychopatycznego mordercę w zwiastunie programów Jedynki.
Zostawmy jednak lamenty na boku. Redakcja pyta, co – jeżeli w ogóle – oglądać z dziećmi...


Marcelino Chleb i Wino


Kicz na religijnej osnowie. Cykl kreskówek oparty na micie o cudownym dziecku, które pojawia się na świecie raz na tysiąc lat i posiada dar zmieniania zła w dobro. Pomysł niezły, reszta koszmarna. Zapłakana kobieta (?) podrzuca niemowlę na progu klasztoru franciszkanów. Zakonnicy opiekują się chłopcem, ale widać niezbyt uważnie, bo malec uporczywie wymyka się do lasu. Pół biedy, kiedy Marcelino szwenda się po lesie i pomaga zwierzętom – te odcinki nie wykraczają poza zgrzebny, proekologiczny standard. Gorzej, gdy scenarzyści dają nura w jakieś mroczne, nie do końca zrozumiałe wątki mistyczne. Jeden z odcinków opowiada np. o tym, jak Marcelino próbuje wybawić z opresji swego przyjaciela Ducha i odkupić jego winy (!). Bez wahania postanawia oddać za niego swoje sześcioletnie życie i zostaje poddany wymyślnym torturom. Pierwsza próba charakteru dziecka polega na tym, że trwa niewzruszenie pod ścianą, w którą przeciwnicy ciskają nożami. Głęboka wiara sprawia, że wychodzi z tej próby zwycięsko i zostaje wystawiony na kolejną próbę, a mianowicie – rzuca się w przepaść naszpikowaną wbitymi na sztorc włóczniami (!!!). Czy ci scenarzyści Boga się nie boją? Do tej pory myślałam, że religijność dzieci sześcioletnich mierzy się tym, czy zmówiły pacierz i czy, wbrew zakazowi, nie wyjadają wisienek z tortu... Dla autorów tej paranoicznej bajeczki ofiara z sześcioletniego życia jako test religijności byłaby w sam raz!
Sposób, w jaki w tym serialu miesza się sacrum z profanum, jest głupi i nieprzyzwoity. Równocześnie autorzy chwilami porzucają ton pretensjonalnego moralitetu i bawią widza skeczami z gatunku „Koko i Friko”. Dodajmy do tego paskudne opracowanie plastyczne (Marcelino jest szpetnym karłem z grzywką ŕ la Adolf) – i oto mamy zwycięzcę w konkursie „Knot Sezonu”.


Przygody Myszki Miki i Kaczora Donalda


Z prawdziwą satysfakcją donoszę, że w cyklu „Przygody Myszki Miki i Kaczora Donalda” wznowiono stare kreskówki, które powstały jeszcze za życia Walta Disneya. Dzięki temu mogę oglądać te same filmy, na które w latach 60. wszystkie dzieci z sąsiedztwa zbiegały się przed jedyny w naszym bloku telewizor państwa Kowalików. Raz w tygodniu emitowano „Klub Myszki Miki”. W czołówce pojawiał się sam Walt Disney i gromada dzieci w czarnych „mysich” czapeczkach z uszami. Potem następował film przyrodniczy dla starszych i kreskówki dla młodszych dzieci. Po śmierci Disneya, czy raczej po jego hibernacji, naruszono kanon disneyowski. Stare kreskówki były niemal nieme. Bohaterowie z rzadka wypowiadali bardzo krótkie kwestie: „O rety! Co teraz? Co teraz?” – wołał Myszka (samczyk) Miki. Kaczor Donald odpowiadał nieartykułowanym bulgotem. W tle leciała charakterystyczna, swingująca muzyczka genialnie zsynchronizowana z ruchem postaci. Fabuła opierała się głównie na gagach w chaplinowskiej manierze i na żartach sytuacyjnych – tym samym była czytelna nawet dla przedszkolaków. Jeszcze dziś jestem pod wrażeniem liczby forteli, z pomocą których wiewiórki próbują zwędzić orzechy Donaldowi. Podziwiam perfekcyjną animację – doceni ją ten, kto widział scenę z Kaczorem Donaldem, który połknął pszczołę. Rozjuszony owad próbuje się uwolnić i wściekle miota się wewnątrz kaczora. Majstersztyk!
Ciekawe, czy Disneyowi spodobałyby się zmiany, jakich dokonano w koncernie. Stare produkcje, firmowane jego nazwiskiem, były poczciwe i dowcipne. Z tych nowych dowcip jakby się ulotnił, a bohaterowie zachowują się jak ćpuny amfetaminowe – są nadpobudliwi, hiperaktywni, hałaśliwi, zawsze na wysokich obrotach. Ponadto żyją życiem ekstremalnie niebezpiecznym, co pół minuty cudem uchodzą z życiem i unikają śmiertelnych zagrożeń. Nowe postacie wyglądają tak, jak nas do tego przyzwyczaił stary Walt, ale jeśli chodzi o osobowość, bliżej im do Terminatora. W miejsce safanduły Donalda pojawił się odpychający Sknerus, psychopatyczny Diodak, brygada RR i Gumisie – wszyscy obdarzeni ponadnormalnymi umiejętnościami i władający gadżetami HiTech. A mnie wystarczało, że Goofy poślizgnął się na mydle...
Mały Pingwin Pik Pok
Kukiełkowy serial animowany, zrealizowany w latach świetności łódzkiego „Semafora”. W niczym nie ustępuje podobnym produkcjom brytyjskim – staranna scenografia, ładne kukiełki... Nietrudno dostrzec podobieństwa do innego serialu, wyprodukowanego w latach 70. w tym samym studio – „Misia Colargola”, koprodukcji z Francuzami. Oba przedsięwzięcia łączy osoba reżysera – pana Tadeusza Wilkosza.
Scenariusz Pik Poka, napisany na podstawie książki Adama Bahdaja, spełnia wszystkie warunki programu dla małych dzieci – jest zabawny, ma prostą, czytelną fabułę i sympatycznych bohaterów. Od „Colargola” różni go brak efektownej muzyki i wpadających w ucho refrenów. Oglądajmy Pik Poka i Colargola – to ostatni bohaterowie rodzimych dobranocek. Od kiedy w telewizji nastał dyrektor Sławomir Zieliński – doktor Lecter polskiej animacji – nie wyprodukowano ani jednego serialu dla dzieci, co w konsekwencji pociągnęło za sobą upadek wszystkich wytwórni filmów animowanych. Polscy animatorzy emigrują na Węgry, gdzie produkcja kreskówek ma się dobrze. Telewizja tłumaczy, że filmy dla dzieci są zbyt drogie. Tymczasem serial o Colargolu był emitowany u nas siedemnastokrotnie (!!!). Ile programów może pochwalić się tak długim życiem na antenie?
Dyrektor Zieliński, czy mu się to podoba czy nie, wychował się na Koziołku Matołku. Rodzime dobranocki są częścią naszego dziecięcego doświadczenia. Bolek i Lolek, Gucio i Cezar, Tajemniczy Don Pedro... – to ikony dziecięcej popkultury wszystkich pokoleń powojennych. Trzeba dużo złej woli, żeby nie widzieć ich znaczenia dla zakorzenienia najmłodszych w rodzimej kulturze. Minie jeszcze parę lat i Miś Uszatek stanie się zbyt anachroniczny. A wtedy okaże się, że szuflady są puste.


Madeline


Bardzo francuska w charakterze, aczkolwiek zrealizowana przez Brytyjczyków kreskówka. W Paryżu stoi stary dom obrośnięty bluszczem. Mieszka w nim 12 dziewczynek. Każdego dnia o 9.30 bez względu na pogodę dziewczynki wyruszają na spacer pod opieką siostry zakonnej – Panny Clavelle. Wędrują przez Paryż, jakiego nie ma – miasto bez samochodów (ale i bez powozów konnych), miasto parków i skwerów, małych piekarni i kawiarenek, gazowych lamp... Autorzy serialu użyli zabawnej sztuczki – sceneria nawiązuje do czasu bezpowrotnie minionego, Madeline i jej przyjaciółki to pensjonarki w słomkowych kapeluszach i czarnych sznurowanych bucikach. Tymczasem ich przygody i perypetie są jak najbardziej współczesne, a Madeline to niespokojny duch – dziewczynka odważna i niezależna, typ dobrze wychowanej rebeliantki. Lubi ryzyko, wdrapuje się na drzewa i płoty. Puenta serialu zawsze sprowadza się do tego, aby podkreślić wagę przyjaźni. Odwaga Madeline, jej pogoda ducha i chęć niesienia pomocy plus wsparcie, jakiego udzielają jej serdeczne przyjaciółki – gwarantują sukces każdego przedsięwzięcia. Bądź przyjazny, pogodny i zaangażowany – zdają się mówić twórcy serialu.
Opowieści o 12 pensjonarkach wyróżnia uroda plastyczna kadru – pewna zamierzona „nieporadność” rysunkowa tworzy styl nie do podrobienia. W amerykańskiej animacji króluje irytująca dosłowność, japońskie kreskówki zdominowała Manga. Na szczęście europejskie filmy rysunkowe realizowane są z troską o walory artystyczne.


Kacper


Bardzo ładna plastycznie bajka dla dzieci najmłodszych, zrealizowana z poszanowaniem percepcyjnych możliwości przedszkolaka. Liczba postaci jest ograniczona, narracja prosta i czytelna. Przyjazny, ciepły klimat. Kacper to pomarańczowy pies, mieszkający w wiklinowym koszyku. Za cały majątek służy mu kocyk w kratkę, papucie ozdobione mordką misia i Pan Skarpetek – przytulanka z pomidorowym nosem. Kacper przyjaźni się z szarym psem o imieniu Tygrys i ze Świnką, siostrą prosiaczka Arnolda. Przygody Kacpra i jego kumpli nie są specjalnie emocjonujące – raz jest to pranie kocyka, innym razem odpalanie rakiety-zabawki... W kadrze pojawiają się tylko te postacie i sprzęty, które służą anegdocie. Nie ma drugich planów, historyjka rozgrywa się na neutralnym białym tle. Kacper to jedna z tych kreskówek, które górują nad amerykańskimi rysunkową urodą. Każde ujęcie jest przemyślane. Jednym słowem, produkcja najlepszego gatunku. 
Niestety, muszę wspomnieć o dubbingu, który jest kompletnie chybiony. Małe zwierzątka mówią głosami seryjnych morderców. Ten zarzut dotyczy niemal wszystkich kreskówek spolszczonych w polskiej telewizji. A przecież na potrzeby kina powstają wspaniałe dubbingi, żeby wspomnieć choćby o „Shreku” czy „Mulan”.


Tęczowe rybki


Rysunkowa tandeta. Pomysł serialu oparty jest na prostej przebierance – to, co ziemskie, przebrane jest za podwodne. Zamiast dzieci – ryby, płaszczki, rekiny i koniki morskie. Zamiast Leo di Caprio – Leo di Carpio, zamiast Terminatora – Sumonator itp... Ryby jedzą hamburgery (dlaczego nie fishburgery?), śpią w łóżkach, oglądają telewizję, naprawiają centralne ogrzewanie, ćwiczą aerobic... Zamurowało mnie, kiedy na rozstaju podwodnych dróg zobaczyłam... wielki krzyż. Nie pytajcie mnie, jak daleko można się posunąć w antropomorfizacji ryb, bo, słowo daję, nie wiem!
Każdy odcinek serialu zwieńczony jest nachalnym morałem. „Im więcej dajesz, tym więcej otrzymujesz”, „Twoi przyjaciele lubią cię za to, jakim jesteś, nie za to, jakie prezenty dajesz”. To nie jest serial szkodliwy czy głupi – to jest serial nudny i szpetny. Smutno, kiedy musimy wybierać między szkodliwymi kreskówkami pełnymi przemocy, a nieszkodliwym moralizatorskim banałem.


Bob Budowniczy


Specjalność Brytyjczyków – kukiełkowe seriale dla najmłodszych. Noddy, Babcia, Strażak Sam, Listonosz Pat – wszystkie produkcje równie ładne i prawdziwie profesjonalne. Angielskie animacje wyróżnia szczególna dbałość o scenografię. Bob Budowniczy jest kolejnym tej dbałości przykładem. Wesołe dekoracje, miasteczka kolorowe niczym klocki Duplo, konsekwentnie przeprowadzony zamysł plastyczny... wszystko to czyni z produkcji brytyjskich czempiona europejskiej produkcji telewizyjnej dla dzieci. (Posiadaczy telewizji kablowej odsyłam do programu Milkshake emitowanego w brytyjskim paśmie 5 codziennie o 9.00. Polecam zwłaszcza Big Blue House. Scenografia zasługuje na Oskara!)
Bob jest właścicielem małej firmy budowlanej. Z pomocą gadających maszyn buduje, remontuje, naprawia... Pomaga mu w tym Marta – przyjaciółka i asystentka. Uczłowieczone maszyny mówią, czują, mają osobowość... I tak na przykład Dźwig jest tchórzliwy i boi się myszy. Rolę czarnego charakteru odgrywa Strach na wróble – przekorny i złośliwy. Bob i jego maszyny ciągle muszą ponosić konsekwencje wybryków Stracha, a mimo to traktują go pobłażliwie, bez agresji, jak nieszkodliwego maniaka.
Seriale kukiełkowe adresowane są do widzów najmłodszych – przedszkolaków. Stąd proste pomysły fabularne, niespieszna akcja, pogodny humor. Anglicy wystrzegają się żartów opartych na schemacie slapstickowym (jak na przykład rozjeżdżanie kota walcem drogowym na placek). Tu kiedy ktoś się wywróci, to go boli, a jak mu kubeł z wodą spadnie na głowę – to płacze. Lubię Anglików, bo polityczną poprawność swoich programów łączą z poczuciem humoru i pewną miłą nonszalancją, dzięki której nie popadają w belferski patos.


Fraglesy


Najsłabsza produkcja Jima Hensona. Program składa się z kilkunastu odsłon, a wszystkie rozgrywają się pod ziemią. Fraglesy wyprodukowano w latach 80., kiedy po latach lansowania landrynkowej estetyki przemysł zabawkowy zaczął produkować odpychające monstra, lalki o szpetnych buziach, plastikowe straszydła... Być może odpryskiem tej mody są Fraglesy. Muppetopodobne stworki z kolorową grzywką, żyjące w norach i podziemnych korytarzach, mają dziwnych sąsiadów – wyłysiałe szczury, odpychającego Żabola McMoocha, Wszechwiedzącą Wiedźmę Ple Ple, która jest niczym innym jak stertą śmieci i uschłych liści... Cały serial epatuje brzydotą. Jedyny człowiek, jaki się w nim pojawia, to zrzędliwy posiadacz psa Sproqueta, zamieszkujący suterenę. Dziwny, przewrotny program, niestety – dosyć ponury i pozbawiony humoru.


Czas na Muppety


Dobrze znany serial z udziałem Muppetów został poszatkowany na małe, pięciominutowe porcje. Dwa krótkie skecze plus piosenka z udziałem starych znajomych – Kermita, Piggy i wielu innych. Muppety wyróżniają się specyficznym rodzajem abstrakcyjnego humoru, który sprawia, że rodzice bez przykrości obejrzą dobranockę razem z dzieckiem. Każdemu według potrzeb – dzieciom melodyjne piosenki i błazeństwa ulubionych bohaterów, rodzicom inteligentne żarty. Jim Henson w swoim najlepszym wcieleniu.


W Jeżynowym Grodzie


Kapitalny serial produkcji... (jakże by inaczej!) BBC. Z pewnością spodoba się dziewczynkom. Bardzo angielski, stylizowany na wiktoriańskie bajki Beatrix Potter i Kennetha Grahame’a, z udziałem małych zwierzątek. Prymulka i Fredzio to dwie zaprzyjaźnione myszy. Mieszkają po sąsiedzku i dużo czasu spędzają razem – nierzadko kłócąc się i dokuczając wzajemnie. Fredzio chełpi się swoją siłą i odwagą, Prymulka próbuje mu dorównać i śmiało podejmuje ryzykowne zabawy. Podróż strumieniem na pokładzie żaglówki stanowi dla małych myszy prawdziwe wyzwanie.
Prymulka, podobnie jak jej mama i wszystkie sąsiadki, nosi długie, kwieciste sukienki z perkalu i krochmalony fartuszek. Żadna szanująca się mysz nie wyjdzie na ulicę bez słomkowego kapelusza ozdobionego kwiatami. Panowie są bardziej nonszalanccy – na co dzień biegają w niebieskich farmerkach i kraciastych koszulach, najelegantsi noszą płócienne tużurki (nie na darmo wśród twórców serialu obok scenografa pojawia się projektant kostiumów!). Myszy mają ruchliwe noski i oczy jak czarne paciorki. Ich domy zapełnione są prostymi, pożytecznymi sprzętami, łóżka nakryte wesołymi kołdrami z kolorowych skrawków. Te imbryki z herbatą, przydomowe ogródki, szmaciane chodniki i ciasteczka domowego wypieku... wszystko składa się na atmosferę prowincjonalnego ładu i bezpieczeństwa. Dodajmy do tego wiktoriańskie cnoty i poczucie humoru – a powstanie wyspiarski kanon bajek dla dzieci. Razem z dziećmi niecierpliwie oczekuję kolejnych odcinków!


Mysia


Proste jest piękne! Moje córki czekają na piątkową Mysię niczym ich matka przed laty na czwartkową Kobrę. Lubimy Mysię, Edwarda i Cyryla za urodę, wdzięk i prostotę, której daremnie szukać w Kid Fox i Cartoon Network. W odbiorze sztuk plastycznych najwięcej szkód wyrządził przesąd, że o klasie dzieła stanowi jego pracochłonność i stopień dopracowania detalu. Najbrzydsze filmy animowane to te, w których namalowano pierwszy plan, drugi plan, trzeci plan... plus dwa tuziny postaci – jednym słowem ilustratorzy urobili sobie ręce po łokcie, a wszystko na darmo, bo efekt artystyczny żaden. Kacper i Mysia są dowodem na to, że kreskówki dla dzieci mogą (może wręcz powinny) być proste, byle z głową narysowane i oparte na inteligentnym scenariuszu.



J
oanna Olech jest grafikiem, autorką książek dla dzieci (m.in. „Dynastii Miziołków).

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl