Komentarze

 


Jacek Kubiak I człowiek sklonował człowieka

Wojciech Pięciak Cena wolności

Józefa Hennelowa Norma, która zniknie

Jan Strzałka Czeczenia: zwrot Putina

Agnieszka Sabor „Irreligia” w Brukseli

 

 




  
I człowiek sklonował człowieka

Amerykańska prywatna firma biotechnologiczna Advanced Cell Technology (ACT) ogłosiła w minioną niedzielę, że jej naukowcy przeprowadzili pierwszy zabieg terapeutycznego klonowania człowieka. Celem nie było sklonowanie osobnika naszego gatunku, lecz poznanie pierwszych etapów rozwoju ludzkich sklonowanych zarodków, które miałyby posłużyć medycynie do zastępowania tkanek zużytych z powodu starości lub choroby (np. rakowych, diabetycznych, czy zdegenerowanych z powodu choroby Parkinsona czy Alzheimera). Podobny zabieg przeprowadzono już trzy lata temu w Korei, lecz w przeciwieństwie do badań ACT nie dostarczono wówczas jego naukowej dokumentacji.
Przypomnijmy, że klonowanie polega na wszczepieniu jądra komórkowego, zawierającego materiał genetyczny dawcy, do nie zapłodnionej komórki jajowej pobranej z jajnika kobiety i pozbawionej uprzednio własnego materiału genetycznego. Tak utworzony zarodek zostaje pobudzony sztucznie do rozwoju i przechodzi kolejne podziały komórkowe w probówce. Gdy osiągnie stadium pęcherzyka, zbudowanego z kilkudziesięciu komórek, można albo wszczepić go do macicy kobiety, albo nadal hodować w laboratorium. Pierwszy wariant prowadzi do klonowania reprodukcyjnego (tak sklonowano owcę Dolly), drugi pozwala mnożyć komórki zarodkowe prawie identyczne z komórkami dawcy, bez tworzenia organizmu ludzkiego.
Zgodnie z nauką Kościoła każdy ludzki zarodek jest istotą ludzką, a klonowanie, nawet jeśli ma służyć do produkcji komórek ratujących zdrowie i życie człowieka (dokładniej: dawcy jądra komórkowego) jest sprzecznym z etyką manipulowaniem ludzkim życiem (patrz: esej biskupa Franza Kamphausa o skutkach technologii genetycznej na stronie 10 – red.). Równocześnie chodzi o niewątpliwy postęp, obiecujący nowe metody leczenia i przedłużania życia. Zarodkowe komórki macierzyste sklonowanego osobnika mogą bowiem zastąpić każdą tkankę dawcy jądra komórkowego, podczas gdy dorosłe komórki macierzyste (których pobranie z organizmu nie nastręcza problemów etycznych) nie są w stanie dać wszystkich pożądanych tkanek. Dlatego mimo krytyki Kościoła nie rezygnuje się z klonowania. 
Ten spektakularny postęp nauki okupiony jest jednak zniszczeniem wielu komórek jajowych – ACT udały się 3 z 19 transplantacji jąder komórkowych – oraz instrumentalizacją ciała kobiet (dawczynie za słoną opłatą przechodzą terapię hormonalną i zabieg pobierania oocytów). Także sklonowane kilkukomórkowe zarodki po trzech dniach rozwoju zginęły, złożone na ołtarzu nauki. A prace ACT budzą obawę z innego jeszcze powodu: skoro można klonować ludzi w celach terapeutycznych, to nic już – poza przepisami prawnymi i etyką – nie stoi na przeszkodzie klonowaniu reprodukcyjnemu. To niewątpliwa zachęta dla szarlatanów, marzących o klonowaniu ludzi dla zdobycia sławy. 

 

Jacek Kubiak

 




Cena wolności

Trzystu polskich żołnierzy zasili na początku stycznia kierowane przez Stany Zjednoczone siły sojusznicze, po 11 września prowadzące „globalną wojnę obronną” przeciw międzynarodowemu terroryzmowi i wspierającym go reżimom. To nie tylko wyraz solidarności z Ameryką i wypełnienie zobowiązań. Wysłanie żołnierzy – wkład skromny, odpowiadający możliwościom (choć w oddziałach z pierwszej linii, czyli siłach specjalnych, Polaków będzie prawie tylu co Niemców) – to również racja stanu; także nasz kraj mógłby stać się obiektem agresji, jak o włos nie stały się niedawno Czechy (plan zamachu na praską rozgłośnię Radia Wolna Europa). Jest to również kontynuacja, choć w zmienionych warunkach, tradycji udziału w walce o „cudzą wolność”, co w tym przypadku znaczy przede wszystkim bezpieczeństwo, nie tylko Amerykanów. Bezpieczeństwo od perspektywy, że kolejny samolot zamieni się w latającą bombę. Na ile to oczywiście możliwe, bo raczej nie wróci już dawny klimat „końca historii”, który na krótko wywołały rok 1989, upadek komunizmu i gospodarcza prosperity (badania opinii, prowadzone w niektórych krajach Zachodu, sugerują wręcz, że dla ludzi dwudziestoparoletnich 11 września i jego skutki stały się „przeżyciem pokoleniowym”).
Prezydent i rząd, przy poparciu całej niemal opozycji podjęli decyzję słuszną politycznie i moralnie. W jej konsekwencji krewni czy znajomi niektórych z nas wezmą udział, być może, w operacjach bojowych, w Afganistanie lub w innej części świata, np. w Iraku – który jest jednym z głównych producentów broni biologicznej na świecie, a w latach 90. wspierał działania terrorystyczne przeciw USA. 
Z perspektywy mieszkańców Szczecina czy Rzeszowa decyzja władz Rzeczypospolitej wydawać się może abstrakcyjna. Zapewne tak, jak 6 czerwca 1944 roku czymś może jeszcze bardziej abstrakcyjnym wydawać mogła się dla farmerów z prowincjonalej Indiany i Minnesoty wiadomość, że ich osiemnastoletni synowie wylądowali właśnie na jakiejś normandzkiej plaży. W końcu nie istniała jeszcze telewizja, poprzez którą bin Ladenowie tamtych czasów mogliby rozgłaszać swoje chore wizje i grozić światu bronią atomową. 

 

Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 


Norma, która zniknie

Gospodarze radiowych „śniadań” dla polityków nie zaprzestają zapraszać na 
nie lidera Samoobrony, jeszcze ciągle wicemarszałka sejmu RP, traktując jego kolejne skandaliczne wypowiedzi i zachowania kompromitujące parlament polski, jako ciekawy temat do wspólnych z nim rozmów. A inni politycy zaproszenia do tego samego towarzystwa po staremu przyjmują, najwyraźniej nie znajdując w tym układzie nic dla siebie krępującego. Ważne, by samemu jeszcze raz zaistnieć. Norma wstydu wyparowuje z mediów tak jak z polityki, stopniowo, ale wyraźnie. Znaki otrzeźwienia docierają już wprawdzie, ale ciągle jeszcze nie dość jednoznaczne, by nabrać optymizmu na przyszłość. 

 

Józefa Hennelowa

 

 

 

 

 

 

 

Czeczenia: zwrot Putina

Kiedy Władimir Putin poparł Amerykę w jej walce z islamskim terroryzmem, Zachód przestał dręczyć Kreml żądaniami pokojowego rozwiązania konfliktu w Czeczenii i kwestią łamanych tam przez Rosję praw człowieka. Mając wolną rękę, Putin nie rozpoczął jednak kolejnej ofensywy, ale negocjacje: pierwsze od lat spotkanie przedstawicieli Rosji i Czeczenii odbyło się na moskiewskim lotnisku, komunikaty o jego przebiegu były mgliste, a czeczeńscy uczestnicy nie kryli rozczarowania, gdyż Moskwa uzależniła dalsze rozmowy od tego, by Czeczeni oddali broń. Mimo to Rosjanie uznali negocjacje za konstruktywne i chcą je kontynuować. 
Dlaczego Putin stał się gołębiem pokoju? Kiedy chciał wygrać wybory i rozpętywał kolejną wojnę w Czeczenii, w Moskwie wylatywały w powietrze bloki (o co oskarżano Czeczenów) i jego program wyborczy mógł streszczać się w haśle: „terrorystów czeczeńskich należy utopić w kiblu”. Za dwa lata znów wybory, a poparcie dla wojny na Kaukazie maleje. Wola pertraktacji dyktowana jest więc myślą o reelekcji: Putin do władzy doszedł dzięki wojnie, teraz chce zachować funkcję jako ten, który położył kres walce. Tylko z jakim efektem? W 1996 r. Jelcyn też parł do ugody z Czeczeńcami, ale gdy ponownie został prezydentem, zmienił zdanie. Historia może się powtórzyć, choć nie musi: Putin zdaje się lepiej od Jelcyna rozumieć, jakim zagrożeniem jest niestabilny Kaukaz.

 

Jan Strzałka 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Irreligia” w Brukseli

Wystawa polskiej sztuki współczesnej „Irreligia” w Brukseli to bardziej nieporozumienie niż skandal. Wystawiono razem prace o różnej wartości – artystycznej i duchowej. Pomieszano głębokie przeżycie, artyzm, polemikę, publicystykę, hucpę i bezsprzeczną profanację. Obok obrazu „Biczowanie” Marka Sobczyka, wynikającego z poszukiwań religijnych (dzieła pięknego, choć błędnie zinterpretowanego przez zachodnią publiczność) pojawiła się rażąca i bezmyślna instalacja „Termofory” Roberta Rumasa (wielkie worki z wodą, z których jeden przytłacza figurę Madonny). 
Nie wszystko na tej wystawie było profanacją, ale to, co nią było, odbierało wartość całości. Nie chodzi o to, aby zabronić sztuce dyskutowania z religią. Ale dyskutować trzeba mądrze. Tymczasem ta chaotyczna wystawa nie mogła zaowocować poważną debatą; zamiast tego znów objawił się polski kompleks prowincjonalizmu. Czyżby chodziło o wpisanie się w modny, obrazoburczy trend, wyznaczany np. działalnością Andreasa Serrano? Albo „zadośćuczynienie” za zamieszanie wokół „Zachęty”? A może cel był wyłącznie ekonomiczny? Okazało się jednak, że zachodni konsumenci sztuki są bardziej wrażliwi niż spodziewał się twórca wystawy: publiczność Brukseli uznała za profanację „artystyczne” zapędy kilku Polaków.

 

Jan Strzałka

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48, 2 grudnia 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl