Votum separatum

Nie

JÓZEFA HENNELOWA

 

Chwaląc tolerancję, a już zwłaszcza dyskutując o niej w sposób poważny, zawsze bardzo szybko dochodzimy do pytania o jej granicę. Bo taka istnieje. I od utrzymania jej zależy tyleż, co od samej tolerancji. Czytając niedawno w „Newsweeku” reportaż Małgorzaty Fiejdasz i Krystyny Romanowskiej o „Rodzinie wielorodzinnej” (nr 12) uświadomiłam sobie, że właśnie to pytanie pojawia się we mnie z całą jaskrawością. I że tego ukryć nie chcę. Stąd tytuł felietonu.
Autorki opisują nową sytuację społeczno-obyczajową, od pewnego czasu widoczną i w Polsce. Rozwiedzione małżeństwa nie rozpadają się – przeciwnie, przyjaźnią. Byłe żony z nowymi żonami (i vice versa), owszem, przyjaźń zachowują i byli małżonkowie między sobą, a najbardziej dzieci z kolejnych związków, najrozmaiciej w nowych ulokowane. Przedstawiająca to samo zjawisko parę miesięcy temu Kinga Dunin („Wysokie obcasy”) dorzucała tu jeszcze związki całkiem wolne, także pierwsze, drugie i trzecie, również wśród dorosłych już dzieci. Te zespoły, zaprzyjaźnione trwale, spędzają razem urlopy, pomagają sobie, a już przyjęcia rodzinne udają się wyjątkowo dobrze. I właściwie należałoby tylko się cieszyć, że zamiast fermentu jest zgoda, zamiast uczuć negatywnych, niszczących człowieka, dominują (po wielu wysiłkach i smutnych doświadczeniach, dodają autorki „Newsweeka”) uczucia pozytywne. Dlaczego więc chcę wypowiedzieć swoje zdecydowane „nie”?
Dlatego, że pozytywność tego zjawiska (a nie zamierzam nikomu wmawiać, że go nie ma) widzę jako wyłącznie powierzchniową. A pod nią wyrwę ogromną, coś jak chroniczne schorzenie, które nie pozostanie utajone i wcześniej czy później zagrozi. I to nie musi być ani obłuda zaprzyjaźnionych, bo jej może wcale nie być. Ani ich złudzenia co do siebie, bo w każdym wypadku jest to inaczej i z zewnątrz nie ma się do tego klucza. Tym brakiem, wyrwą nie do usunięcia, jeśliby miał to być jeden z „rodzinnych” modeli naszego czasu, jest właśnie nieobecność granicy dla tolerancji, której to zjawisko zdaje się jednym z wzorcowych wcieleń. Nieobecność granicy dla tolerancji wyraża się chyba najprościej w zwrocie: „to przecież wszystko jedno”. W tym wypadku „wszystko jedno”, czy dziecko jest z rodzicami, czy z nowym układem związku matki albo ojca, czy przyjaźnią obdarza się i zaprasza do wspólnoty aktualną kochankę syna i byłego kochanka córki, czy ich małżonków, czy przy rodzinnym stole pojawia się teściowa dziecka z nowym partnerem zamiast męża (kiedyś teścia dziecka), czy sama. Itd., itd. Jeśli nawet dla aktualnie zgadzających się na takie układy osób owo „wszystko jedno” okupione zostało kiedyś cierpieniem i wysiłkiem, to w pewnym momencie wielu członków wspólnoty albo o tym zapomni, albo w ogóle przeżyje jako oczywistość – i to ta oczywistość zostanie nowym modelem, propozycją życiową całkiem do przyjęcia. W tym „wszystko jedno” zgubi się bezpowrotnie coś, co od wieków nazywane było wiernością i cenione tak bardzo wysoko. Jeśli pogodzilibyśmy się z takim sposobem na „życie rodzinne”, to pojęcie „wierność” można będzie spokojnie wykreślić ze słownika.


Józefa Hennelowa

 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl