Przyczyny islamskiego terroryzmu

Wstyd i przemoc

JOANNA TOKARSKA-BAKIR

 

Czy ktoś, kto zostawia swoim niemieckim gospodarzom list, w którym życzy im Bożego błogosławieństwa i długich lat w zdrowiu, byłby zdolny zabić zupełnie sobie nieznanych ludzi, też może na takie błogosławieństwo zasługujących?

W zgiełku, jaki wybuchł po zamachach terrorystycznych z 11 września, brakuje mi głosu Jamesa Gilligana, amerykańskiego psychiatry, długoletniego dyrektora harwardzkiego Centrum Badań nad Przemocą, którego przetłumaczona właśnie na polski książka „Wstyd i przemoc. Refleksje nad śmiertelną epidemią” zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Gilligan pisze tam między innymi: „Nawet najoczywiściej nieracjonalny akt przemocy, którego dopuściła się osoba niepoczytalna czy umysłowo chora, ma z jej punktu widzenia pewien sens, pewne racjonalne znaczenie i jeśli chcemy zapobiec takim aktom, to musimy to znaczenie zrozumieć”. Niech te słowa staną się moim alibi. Ulegając namowie Gilligana, by rekonstruować logikę szaleństwa, zanim ta logika sama nas nie zrekonstruuje, chciałabym – wycinkowo i prowizorycznie – zająć się analizą motywów zamachowców z 11 września. 
Analiza ta już na samym wstępie natrafia na zasadnicze trudności źródłowe. Brak nam tekstów, a jeśli nawet są – nie mamy do nich dostępu. Jest co prawda kilka wywiadów ben Ladena, odkąd jednak w obawie przed przekazywaniem ukrytych komunikatów władze amerykańskie zakazały swoim mediom publikowania jego przemówień, także i to źródło wysycha. Jesteśmy skazani na skróty, denerwujące omówienia, męczliwe przekłady. Nie potrafimy odróżnić pomówień od faktów, dokumentów od fałszywek. Nie znamy języka, którym mówią terroryści, a nawet alfabetu, w którym piszą. Chcąc dowiedzieć się czegoś o wrogu, bierzemy do ręki „Koran”, ale nawet w przekładzie pozostaje on niezrozumiały. Co znaczą te literki na początku rozdziałów? Dlaczego w tej świętej księdze tyle jest wojny i stanowienia prawa? Dlaczego wszystkie biblijne wątki są „tak dziwacznie poprzekręcane”? To, że identyczne zarzuty – o złośliwe przekręcanie świętej historii – kierują pod naszym adresem muzułmanie, wcale nie przychodzi nam do głowy.
Nie znając języka, nie możemy wobec niego stosować wszystkich tych technik lektury, którymi posługiwaliśmy się wczoraj, gdy uważaliśmy, że „prasa kłamie”, i którymi posługujemy się dzisiaj, gdy z góry wiemy, co prasa napisze. Nie mamy pojęcia, co znaczą arabskie imiona i nazwy, a jeśli uwzględnić, jak ważne jest dla muzułmanów słowo, szczególnie zaś imię własne, nie jest to wcale drobnostka. Jeśli już nawet poznamy znaczenie jakiejś nazwy, z niczym nam się ona nie skojarzy, tak więc powód, dla którego jakaś organizacja nosi miano „Klątwa i wygnanie”, inna „Bezpieczeństwo Ducha Bożego”, a jeszcze inna „Strażnicy Prawa” pozostanie przed nami zakryty. Nie wiemy, dlaczego katarska stacja, którą często transmituje CNN, nazywa się „Al Dżazzira”, nie mówiąc już o słowach tak podstawowych jak islam („poddanie się [Bogu]”) czy Koran („recytacja”). 


Wyjściem jest islam?


Z tych wszystkich powodów jesteśmy zdani na pastwę stereotypów, które z właściwą sobie szczerością unaoczniła Oriana Fallaci („Wściekłość i duma”). Stereotypowy obraz muzułmanina na wakacjach w Europie to karykatura tego, co uważamy za atrakcyjne i godne szacunku. Wyobrażamy go sobie jako prymitywnego hipokrytę, który wyrwał się na chwilę z klatki represyjnej religii i chce używać, póki nie urwie mu się film, albo nie skończą petrodolary. Obrazu tego nie nazwą stereotypem ci samokrytyczni Arabowie, którzy dla podobnych wyskoków ukuli określenie „przesiadać się z osła na samolot”. Uważają oni, że ich ziomkowie sami ciężko na ów stereotyp zapracowali, podporządkowując się mu, zanim komukolwiek zaświtało, aby go im narzucić. Z krytyki podobnych zachowań wziął się poniekąd muzułmański fundamentalizm. Obok kolonializmu to właśnie bezładna modernizacja i westernizacja sprawiła, że wielu muzułmanów uznało, że „skoro islam jest doskonały, a jego królestwo znajduje się w odwrocie, to dzieje się tak zapewne dlatego, że muzułmanie zbłądzili, odchodząc od fundamentów wiary” (Lisa Beyer, Roots of Rage, „Time”1.10.2001). Tak narodziło się znane z transparentów hasło „Wyjściem jest islam”, wciąż zabójczo atrakcyjne dla tych, których zmęczyło błądzenie w krainie wolności. Patrzę na zdjęcie Yasira Khana, dwudziestokilkuletniego brytyjskiego ochotnika, który zginął ostatnio od amerykańskiej bomby w Kabulu. Ubrany jest w czarny podkoszulek z napisem: „ISLAM. Ostateczne objawienie. Ostateczne przesłanie. Ostateczny system. Ostateczny podbój”. Trudno nie skojarzyć tego z innymi „ostatecznymi rozwiązaniami”.
Ale tu właśnie czyha uogólnienie. Trzeba uważać, by przy obfitości zarzutów, jakimi dysponujemy, nie wysuwać przeciwko zamachowcom zarzutów głupich. Właśnie dlatego, że byli fundamentalistami, trudno ich np. oskarżać o to, o co najbardziej lubilibyśmy ich oskarżać. Poza jednym, żaden z ludzi wymienionych na liście FBI jako sprawcy zamachów z 11 września nie prowadził się źle w znaczeniu, które my przypisujemy temu określeniu. Włoska policja twierdzi, że w ciągu trzymiesięcznego podsłuchiwania jednej z lokalnych grup terrorystycznych, w ich rozmowach nie padło nawet słowo o kobietach (J. Graff, „Hate Club”, „Time”, 5.09.2001). Taktykę kamuflażu („pić, palić, ubierać się po europejsku”), zalecaną podobno przez jedenastotomową „Encyklopedię dżihadu”, zamachowcy stosowali z umiarem i, wbrew temu, o czym niedawno trąbiły media, bynajmniej jej nie nadużywali. To wręcz przygnębiające, jak dobre ci „skromni chłopcy” pozostawili po sobie wspomnienia.
Nie zostawili natomiast żadnych pamiętników ani listów pożegnalnych (wyjątkiem jest tu Mohammed Atta, który w takim liście życzył sobie, by jego grobu nie odwiedzały kobiety). Wybrali życie ukryte, także ich intencje miały pozostać w ukryciu. To nowa praktyka wśród terrorystów, których żądania, odkąd przestali podpisywać się pod zamachami, „stały się tak bardzo osobiste i niejasne, że nikt nie może ich pojąć, nie mówiąc o ich zaspokojeniu” (komentarz redakcyjny „Time” po zamachu w tokijskim metrze, 3.03.1995). 
W relacjach ich rodzin i przyjaciół jak refren powraca ton niedowierzania, że w ogóle byli zdolni zrobić, co zrobili. Więc Atta, ten nieśmiały, potykający się o własne nogi niezdara, którego „z trudem można sobie było wyobrazić na rowerze”, naprawdę potrafił pilotować boeinga? A ten miły chłopiec z sąsiedztwa, który zawsze przywoził z podróży cukierki, miałby poderżnąć pilotowi gardło albo zadusić stewardessę? Niewiarygodne. Czy ktoś, kto zostawia swoim niemieckim gospodarzom list, w którym życzy im Bożego błogosławieństwa i długich lat w zdrowiu, byłby zdolny zabić zupełnie sobie nieznanych ludzi, też może na takie błogosławieństwo zasługujących? Czy student, który skrupulatnie płaci wszelkie rachunki, nawet te, którymi – jak opłatami za radio i telewizję w Niemczech – nie przejmują się żadni inni studenci, może popełnić seryjne morderstwo? Pytamy, jakbyśmy już zapomnieli tamtego „śmiesznego człowieka” z Oświęcimia, który po pracy brał dzieci na kolana, dobrze traktował psy i słuchał muzyki.


Portret pamięciowy


Kolejna pułapka w analizie motywów zamachowców z 11.09 wiąże się z wyobrażeniami o tzw. „osobowości terrorysty”. Niektórzy twierdzą – uważam, że przedwcześnie – że zdezaktualizował się tradycyjny portret psychologiczny, określający go jako „młodego, nie mającego nic do stracenia, fanatycznego, hermetycznie zamkniętego muzułmanina” (D. Van Biema „What Makes Them Thick?”, „Time”, 24.09.2001), z tragedią osobistą na koncie. Krytycy ci mówią, że współcześni islamscy radykałowie wcale nie są biedni, pochodzą z przyzwoitych, niepatologicznych rodzin, jeśli mieszkają w Europie, nie bywają emigrantami w pierwszym pokoleniu, w związku z czym odpada element frustracji społecznej jako zapalnika terroryzmu. 
Czy rzeczywiście? Czy kucharz, były piłkarz, student, dorywczo zatrudniany informatyk, dostawca żywności, a nawet właściciel pralni lub restauracji to naprawdę tak znakomite zajęcia? Czynnik społeczny można by wykluczyć dopiero wówczas, gdyby któryś z terrorystów osiągnął na Zachodzie faktyczny sukces i niezależność. Meczety i „instytuty religijne”, w których kwitnie radykalny islam, nie powstają w pięknych dzielnicach. 
W wyjaśnianiu motywów zbrodni wiele zależy od nas, od tego, ile sami możemy znieść, w związku z tym, jakiej właściwie prawdy szukamy. „Możemy rozkawałkować życie tych samobójców na subatomowe cząstki i ciągle nie uzyskać wyjaśnienia, które bylibyśmy w stanie zaakceptować” – napisał komentator „Time’a”, David Van Biema. Z dyskryminacją rasową, pogardą, biedą, kulturowym upośledzeniem naprawdę trudno jest coś zrobić; o wiele łatwiej odrzucić je jako motyw przemocy. W nędzy, która wyziera z kryjówek terrorystów, z ich bagaży i stylu życia, łatwiej dopatrywać się skutków ich własnego fanatycznego wyboru niż przyznać, że taki na przykład Atta, autor pracy dyplomowej o „Konflikcie między islamem i modernizacją, odzwierciedlającym się w miejskim planowaniu Aleppo”, nawet gdyby ta praca była bardzo wybitna, i tak nie zrobiłby kariery jako architekt w Niemczech. Tak samo jak nie zrobiłby jej w rodzinnym Egipcie, choć z zupełnie innych przyczyn. 
Wyjaśnienia, dlaczego to nie bieda, ale właśnie względna poprawa warunków powoduje nasilenie przemocy, podjął się James Gilligan, który pisze: „powód tego, że bezwzględny, czy też nawet względny wzrost dochodów biedoty niekoniecznie prowadzi do zmniejszenia się odczuwanego przez nią wstydu (i rozmiarów przemocy, za pomocą której stara się ona ten wstyd usunąć), odkrył Tocqueville, zauważając, że rewolucja francuska (i inne) może wybuchnąć nie wtedy, kiedy pogarszają się ekonomiczne i inne warunki życia biedoty, ale dokładnie wtedy, gdy zaczynają się polepszać (...). W chwili, gdy sytuacja biednych zaczyna się poprawiać, sama ta poprawa wyzwala »rewolucję podwyższonych oczekiwań«, ponieważ zmiana na lepsze dowodzi, że może być jeszcze lepiej. (...) A zatem wzrastają również aspiracje, ale o wiele szybciej i wyżej niż daje się je zaspokoić, a celem staje się dorównanie bogatszym. Ostatecznym tego rezultatem jest powiększanie się przepaści między tymi aspiracjami i możliwościami ich zaspokojenia, a intensywność uczucia wstydu odpowiada dokładnie wielkości tej przepaści”. 


Upokorzenie i wstyd


Upokorzenie i wstyd to zdaniem Gilligana kluczowe słowa w dociekaniu źródeł przemocy. Tak się składa, że stanowią one również leitmotiv etosu muzułmańskiego, tej osobliwej religii, która mimo że w swej nazwie ma „poddanie się”, w istocie nigdy nie przestała walczyć. Patrząc z dzisiejszego, europejskiego punktu widzenia, nie zawsze walczyła w słusznej sprawie (podboje), nie zawsze walczyła z własnej woli (krucjaty), nie zawsze też była tak jak dziś kojarzona z fanatyzmem. Świadczą o tym słowa Saladyna, zwycięskiego przywódcy Arabów, który wyparł krzyżowców z Jeruzalem: „Przyjrzyjcie się Frankom! – napominał on ziomków. – Popatrzcie, jak zaciekle biją się za swoją wiarę, podczas gdy my, muzułmanie, bez najmniejszego zapału przystępujemy do świętej wojny”. Zamiast rozważyć, dlaczego bieguny radykalizmu tak się dziś odwróciły, można oczywiście przyjąć, że islam jest religią ze swej istoty okrutną, wytwarzającą terroryzm tak, jak pszczoły wytwarzają miód. Ale czy wypada?
„Wierzycielami” etosu muzułmańskiego w chwili jego powstania, a poniekąd do dnia dzisiejszego, były judaizm i chrześcijaństwo, religie, z których islam wyrasta. Jeśli jego emancypacja miała w ogóle nastąpić, musiała zostać skorygowana, wzgardliwa z jego punktu widzenia, biblijna wersja legendy o ojcu Arabów, Izmaelu, synu Hagar i Abrahama. Przypomnijmy, że zgodnie z Biblią, Abraham miał syna z nałożnicą Hagar. Gdy Sara, przez wiele lat bezpłodna, powiła na starość Izaaka, zażądała wygnania pierworodnego Izmaela i jego matki na pustynię, na co Abraham zmuszony był przystać. W ojcowskich obowiązkach wyręczył go wówczas sam Bóg, ratując życie matce i niemowlęciu. Arabska wersja mitu różni się od judeochrześcijańskiej tym, że Hagar nie jest w niej żadną nałożnicą, lecz, obok Sary, jedną z żon patriarchy, który co prawda zostawia ją wraz z synem w dolinie Mekki (gdzie Bóg roztacza nad nimi pieczę i odkrywa święte źródło Zamzam), ale po latach odwiedza Izmaela, by wspólnie z nim wybudować Kaabę, pierwszą świątynię, poświęconą jedynemu Bogu. Muzułmanie, którym mówiłam, jak brzmi „prawdziwa” wersja genealogii Izmaela, po prostu mi nie wierzyli. Ich reakcja kazała mi się zastanowić, co właściwie mam na myśli, gdy o wersji biblijnej mówię, że jest „prawdziwa”.
Spór o matkę Izmaela można uznać za symboliczny dla statusu tej osobliwej religii. Skłócone między sobą dwie „religie siostrzane” zbyt skupione były na sobie, by wnikać w racje trzeciej, najmłodszej. Przykre, że niechęć ta ustępowała zainteresowaniu i ezoterycznej osmozie w zasadzie tylko pod panowaniem muzułmańskim – w Andaluzji i w Ziemi Świętej. Ale były to bardzo dawne czasy, po których nastąpiła trwająca do dziś ciemna era, dla której charakterystyczne są raczej oparte na urazie antymuzułmańskie enuncjacje Pascala. 


Parawan nieszczęścia 


Niezrozumiała dla Europejczyków, do dziś żywa na Bliskim Wschodzie pamięć o okrucieństwach krucjat (powraca ona w wypowiedziach Osamy ben Ladena czy wcześniej Ali Agcy; wyczerpujące studium tematu przynosi wydana u nas ostatnio praca Amina Maalufa, „Wyprawy krzyżowe w oczach Arabów”), nie przetrwałaby zapewne tak długo, gdyby ten rejon zaznawał w ubiegłym stuleciu lepszego losu. Na urazę nałożyło się narastające upokorzenie. Po upadku Imperium Otomańskiego kolonialne potęgi Francji i Wielkiej Brytanii wpisały Bliski Wschód w arbitralnie wyrysowane granice. Oliwy do ognia dolało odrodzenie się tu państwa Izrael. „Wielu Arabów i muzułmanów sądzi, że europejski kolonializm położył kres dziesięciu wiekom osiągnięć kulturowych – uważa John Esposito, dyrektor Centrum na Rzecz Dialogu Chrześcijan i Muzułmanów Uniwersytetu w Georgetown. – Teraz czują się bezsilni. Uważają, że Zachód ogląda się na nich tylko, gdy potrzebuje ropy. Zraniono ich tożsamość i poczucie własnej wartości” (Lisa Beyer, „Roots of Rage”, „Time”, 1.10.2001). Można się zastanawiać, czy to było dziesięć, a nie na przykład pięć czy siedem stuleci osiągnięć, można też wyliczać błędy, popełnione przez Arabów w relacji z Zachodem i Izraelem, ale z faktem zranienia jako takiego dyskutować trudno. 
Uraz nie zawsze staje się urazą, czyli patologią zranienia. O ile rana potwierdza tylko fakt, że człowiek jest kruchy i że powinien na siebie uważać, uraza jest jak blizna – nieczuły, zgrubiały naskórek, rodzaj pancerza. Podobnie jak „patologiczna niewinność”, uraza szybko staje się wymówką, by nie robić nic, a mimo to czuć się znośnie, a nawet odczuwać swoistą moralną wyższość. Do czasu. Dwa są tylko kierunki uwalniającej się prędzej czy później urazy: zabójczy lub samobójczy. Pomyślmy, jak wielka musi być frustracja islamskich terrorystów, skoro ich uraza eksploduje w obu kierunkach naraz.
Trafną analizę tła współczesnego islamskiego terroryzmu przeprowadził „człowiek stamtąd”, Hazem Saghiyeh, dziennikarz arabskiej gazety „Al Hayat”, wychodzącej w Londynie. Saghiyeh uważa, że jakkolwiek sentymenty antyamerykańskie w świecie muzułmańskim są uzasadnione (stronniczość Stanów Zjednoczonych w konflikcie izraelsko-palestyńskim; okrutne konsekwencje sankcji, nałożonych na Irak; wcześniej, w 1952 udział CIA w obaleniu demokratycznie wybranego rządu w Iranie i przywrócenie do władzy szacha, zaś w latach 90. porzucenie Afganistanu, po wycofaniu się stamtąd Sowietów), świat ten sam ponosi winę za sytuację, w której się znalazł. Dziennikarz określa ją jako „niezdolność do przezwyciężenia traumy spowodowanej przez kolonializm”. Ta niemoc i zaniedbanie wyraża się w nieprzemyśleniu relacji z nowoczesnością: „Wzbogaciwszy się na ropie potrafiliśmy importować z Zachodu najdroższe dobra konsumpcyjne, ale nie umieliśmy przezwyciężyć nieufności wobec zachodnich dóbr politycznych i ideologicznych: demokracji, sekularyzacji, państwa prawa, praw człowieka, a nade wszystko koncepcji państwa narodowego” (Hazem Saghiyeh, „It’s Not All America’s Fault”, „Times”, 15.10.2001).
Wyrzucając rodakom zwlekanie z potępieniem wrześniowych zamachów, także Edward Said, wybitny historyk pochodzenia palestyńskiego, autor słynnego „Orientalizmu”, mówił o tradycyjnym chowaniu się Arabów za parawanem nieszczęść. „Jak wielu z nas – pytał – umiało przyznać się do odpowiedzialności za ubóstwo, niewiedzę, analfabetyzm i represje we własnych krajach, kiedy uskarżaliśmy się na imperializm i syjonizm?” 


Za zasłoną 


W świecie arabskim argumentacja Saida i Sagiyeha trafia jednak na mur milczenia. Philip Lamy, antropolog z Casteton College w Vermoncie, rozpoznaje za tym murem strach. Arabowie – pisze – boją się, że modernizacja i globalizacja „wykorzeni ich język, ich religię, sposób, w jaki przywykli żyć, boją się, że narzuci im westernizację jako dominujący styl życia, kapitalizm jako główny system ekonomiczny, angielski jako dominujący język, turystykę jako najważniejszy przemysł ich krajów. To właśnie ich przeraża. I nie są to wcale obawy bez pokrycia” (za: D. Van Biema, „What Makes Them Thick?”, „Time”, 24.09.2001). W analogicznej diagnozie James Gilligan pisze: „Biorąc pod uwagę to, jak łatwo jest nakłonić żyjące w nędzy, rozpaczy i bez żadnej nadziei na poprawę swojej egzystencji masy ludzi do udzielenia poparcia jakiemukolwiek fanatycznemu ruchowi religijnemu, politycznemu, rasowemu czy etnicznemu, który mami je utopijnymi obietnicami w zamian za grabieże i ludobójstwo (...) dziwić się należy nie temu, że na świecie tak dużo jest przemocy, ale temu, że jest jej tak mało”.
Dwieście lat temu teoretyk amerykańskiej demokracji John Adams napisał o ubóstwie, że naraża ono żyjące w nim osoby nie na poczucie winy, lecz na poczucie wstydu. Sumienie człowieka ubogiego jest czyste, a jednak wstydzi się on. Dzieje się tak – wyjaśnia Adams – bo żądza wyróżnienia się, dorównania i przewyższenia innych, stanowi źródło ludzkich działań, ustępujące być może tylko instynktowi samozachowawczemu. Komentując uwagi Adamsa, Hannah Arendt zwróciła uwagę, że to wcale nie biały nędzarz zajmował w jego czasach najniższy szczebel społecznej drabiny. „Instytucja niewolnictwa – pisała – niosła za sobą cień jeszcze głębszy niż ubóstwo. To niewolnik, a nie ubogi biały był traktowany jak powietrze”. Być może dziewiętnastowieczna Ameryka uniknęła krwawej rewolucji wyłącznie dzięki istnieniu „wentyla” w postaci systemu kastowego, opartego na jeszcze większej dyskryminacji i upokorzeniu. 
A teraz zastanówmy się, kto w realiach świata muzułmańskiego jest odpowiednikiem czarnego niewolnika. Kto nie wie, powinien koniecznie zobaczyć film „Beneath the Veil” („Za zasłoną”), z narażeniem życia nakręcony w ubiegłym roku przez Sairę Shah w Afganistanie. 


Zmywanie wstydu


Ludzie zranieni nie dość że nie są święci, to jeszcze zachowują się irracjonalnie. Chcą przede wszystkim pozbyć się wstydu, jaki odczuwają w związku z raną. Mają obsesję zmywania tego wstydu. (O terrorystach, którzy w roku 1995 i 1996 w Arabii Saudyjskiej zamordowali 24 amerykańskich żołnierzy i 2 Hindusów, ben Laden mówi w wywiadzie: „Wysoko unieśli głowę narodu i zmyli część wstydu, który nas spowija”...) Przemoc „mówi” o wstydzie, który przekroczył granice czyjejś wytrzymałości – pisze Gilligan – i dąży do przywrócenia pogwałconej sprawiedliwości, a raczej tego, co przez taką sprawiedliwość rozumie.
Tragedia polega na tym, że ta szaleńcza, autodestrukcyjna strategia jest na swój sposób skuteczna. Skuteczność przemocy jako sposobu tłumienia wstydu ujawniają ludzkie reakcje na gwałt. Sądząc z upodobań telewidzów i kinomanów budzi on raczej zaciekawienie i respekt niż na przykład litość czy pogardę. „Nigdy wcześniej nie okazano mi tyle szacunku, jak wtedy, kiedy do kogoś celowalem – wyznał Gilliganowi pewien młody więzień. – Nie uwierzyłbyś, z jakim szacunkiem odnosi się do ciebie jakiś laluś, kiedy trzymasz go na muszce”. Dopóki religijni Żydzi z pokorą godzili się na dolegliwości diaspory, w oczach Zachodu byli co najwyżej „muzułmanami” – jak nazywano zobojętniałych więźniów obozów koncentracyjnych – i mogli tylko marzyć o swojej Palestynie. Zresztą zupełnie jak Palestyńczycy, dopóki nie rozpoczęli intifady. Czy Orianie Fallaci poświęcono by tyle uwagi, gdyby pisząc swój tekst nie sięgnęła po szokującą, pełną przemocy formę hate speech? W przerażających słowach zamożnego saudyjskiego yuppie, wyznającego: „Osama sprawia, że czujemy się żywi” (S. MacLeod, „Inside Saudi Arabia”, „Time” 15.10.2001), jest coś więcej niż tylko „typowa arabska zawziętość”, współczesna odmiana „typowej żydowskiej hucpy”. 
Ruth Benedict, antropolożka amerykańska, napisała kiedyś, że Japończycy celebrują wstyd tak, jak Amerykanie celebrują przemoc. Odkrycie Gilligana, że wstyd i przemoc są nierozdzielne, każe zrewidować pogląd nie tylko na Amerykanów, Japończyków czy Arabów, ale na naturę naszych najbardziej uporczywych konfliktów, na naszą własną naturę.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl