Sprawa kardynała Groëra

WOJCIECH PIĘCIAK

 

Sprawa ta wywołała w latach 90. najpoważniejszy kryzys w austriackim Kościele, doprowadzając w nim niemal do rozłamu. Dziś widać, że można jej było uniknąć, gdyby uważniej wsłuchiwano się w ostrzeżenia, a potem, kiedy doszło do kryzysu, Kościół nie reagował tak opieszale. Skutki niezwykle drastycznej „sprawy Groëra” – która podzieliła wiernych i biskupów, i którą katolicki publicysta Fritz Csoklich nazwał kościelnym „procesem samozniszczenia” – ciągną się do dziś.


W roku 1985 na emeryturę odchodził kardynał Franz König. Wieloletni arcybiskup Wiednia, przez dziesiątki lat wspierał Kościoły za „żelazną kurtyną” i działał na rzecz dialogu z różnymi środowiskami (m.in. liberalnymi) oraz z innymi religiami; był też przewodniczącym watykańskiego Sekretariatu ds. Niewierzących. Po odejściu człowieka o tak wielkim formacie intelektualnym oczekiwania wobec następcy siłą rzeczy były ogromne. 
W 1986 r. Jan Paweł II mianował arcybiskupem ks. Hansa Groëra, benedyktyna (o zakonnym imieniu Hermann). Było to zaskoczenie. Groër, już emeryt (rocznik 1919), miał poglądy bardzo tradycjonalistyczne. Wieloletni nauczyciel w szkole klasztornej, dał się poznać jako sprawny organizator ruchu pielgrzymkowego i animator kultu maryjnego w klasztorze Maria Roggendorf (filii opactwa w Göttweig), gdzie kierował „Legionem Maryi”. Groër ożywił opustoszały klasztor i stał się postacią charyzmatyczną dla skupionego wokół niego środowiska, przyciągając kandydatów do kapłaństwa. 
Oczywiście, biskup nie musi być profesorem filozofii. Ale trudno było o większy kontrast z poprzednikiem. Nominacja nie spotkała się z entuzjazmem ani wiernych, ani części duchowieństwa. Interpretowano ją jako sygnał z Watykanu. Tym bardziej, że w ślad za nią poszły podobne nominacje.

OSKARŻENIE

Na początku 1995 r. Groër wydaje list pasterski, w którym piętnuje moralność seksualną Austriaków. Wkrótce do tygodnika „Profil” zgłasza się dawny uczeń Groëra z czasów, gdy uczył on w przyklasztornej szkole, i oskarża arcybiskupa, że kilkanaście lat wcześniej wykorzystał go seksualnie; oskarżyciel miał wówczas 13 lat, a molestowanie trwać miało 4 lata. „Profil” publikuje artykuł. Oskarżenie nie ma aspektu prawnego (przedawnienie), ale etyczny – i wywołuje wybuch emocji, w Kościele i poza nim. 
W pierwszym odruchu biskupi wyrażają solidarność z kardynałem Groërem (został nim w 1988 r.), odrzucają oskarżenie jako „oszczerstwo, jakiego nie było od czasu nazistowskich procesów duchownych pod pozorem ich homoseksualizmu” (tak mówili wiedeńscy biskupi pomocniczy Christoph Schönborn i Helmut Krätzl) i ponownie wybierają go przewodniczącym Episkopatu; oskarżenie zbiega się z tymi wyborami. Nie wierzą w zarzuty, a gwałtowność reakcji – kościelne instytucje i media zalewają telefony i listy – tłumaczą tym, że Groër jest od początku krytykowany za swój tradycjonalizm. Sugeruje się, że były uczeń Groëra jest niezrównoważony psychicznie. 
Kulminacja następuje w Wielkanoc 1995 roku. Do protestów dołączają świeccy katolicy, także umiarkowani, domagając się, by arcybiskup odpowiedział na zarzuty. Ten jednak oznajmia krótko, że zarzuty są nieprawdziwe, a on sam stał się ofiarą kampanii oszczerstw – po czym milknie, na dokładnie trzy lata.
Niektórzy biskupi zaczynają jednak mieć wątpliwości i Episkopat się dzieli. Po stronie Groëra staje (i trwa do końca) bp Kurt Krenn z St. Pölten, znany z ostrego języka i konserwatywnych poglądów (w swej diecezji zakazał np. dziewczętom posługi ministrantek). Kilku innych biskupów, w tym Johann Weber (Graz), Egon Kapellari (Klagenfurt), Reinhold Stecher (Innsbruck) i Andreas Laun z Salzburga (notabene związany z Opus Dei) żąda od Groëra wyjaśnień. Ten milczy.
Reaguje Watykan, choć połowicznie: w Wielki Czwartek, gdy trwa jeszcze konferencja Episkopatu, Jan Paweł II mianuje Christopha Schönborna, biskupa pomocniczego Wiednia, koadiutorem, czyli posiadającym prawo do sukcesji po Groërze. Taki gest interpretuje się w Kościele jako odebranie władzy: kierowanie diecezją przechodzi w ręce koadiutora. Po tej wiadomości Groër ustępuje ze stanowiska przewodniczącego Episkopatu, ale pozostaje formalnie arcybiskupem Wiednia. 
Podczas konferencji prasowej, na którą przybywa tłum dziennikarzy krajowych i zagranicznych, bp Weber (nowy przewodniczący Episkopatu) mówi, że on sam otrzymał już około tysiąca listów i telefonów. Istnieje niebezpieczeństwo, mówi biskup, że sprawa uderzy nie tylko w wizerunek Kościoła, ale w wiarę: w diecezji Webera (Styria) w kwietniu 1995 liczba wystąpień z Kościoła skacze o 38 proc. w stosunku do 1994 r. Ale poza tym Kościół nie robi nic.

ZGORSZENIE

We wrześniu 1995 Groër – który osiągnął właśnie wiek emerytalny przewidziany dla biskupów – ustępuje z funkcji (kierowanie diecezją obejmuje Schönborn) i wycofuje się w cień. Jednak nie do końca: rok później zostaje przeorem klasztoru w Maria Roggendorf. Zarzuty pozostają niewyjaśnione, a Groër nadal sprawuje liturgiczne funkcje biskupie. Tymczasem zbliża się termin kolejnej papieskiej wizyty w Austrii, przewidzianej na czerwiec 1998. Napięcie znowu rośnie. Pod koniec 1997 r. ustępujący z racji wieku bp Stecher z Innsbrucka wydaje oświadczenie, w którym w ostrych słowach krytykuje „autorytarny styl” kierowania Kościołem przez Jana Pawła II.
W styczniu 1998 pojawiają się kolejne oskarżenia wobec Groëra: nie tylko o molestowanie nieletnich, ale także o namawianie współbraci w zakonie do stosunków homoseksualnych. Benedyktyn Udo Fischer z Göttweig oświadcza, że sam był ofiarą Groëra. Fischer twierdzi, że w 1985 r. ostrzegał opata, iż Groër molestuje współbraci. Okazuje się, że podejrzenia o skłonności homoseksualne i pedofilskie Groëra od dawna nie były w opactwie tajemnicą. Ale opat miał nie reagować; mówiło się, że ta sytuacja była przyczyną odejścia niektórych zakonników, a nawet samobójstwa jednego z nich. Dlaczego nikt nie reagował – wtedy oraz rok później, gdy Groër został biskupem? Na te pytania nie ma odpowiedzi.
Pod wpływem nowych oskarżeń w styczniu 1998 opat z Göttweig dymisjonuje Groëra z funkcji przeora w Maria Roggendorf. Krenn zaś odbiera probostwo o. Fischerowi. Nawet krytycy Krenna przyznają, że formalnie miał takie prawo, ale istotny jest kontekst: Fischer występuje jako rzecznik kilkunastu osób, domniemanych ofiar Groëra. Opat z Göttweig protestuje przeciw decyzji Krenna, wierni z parafii zbierają tysiące podpisów w obronie Fischera. 
Pojawiają się pogłoski, wedle których wielu benedyktynów z Göttweig potwierdza fakt składania im przez Groëra propozycji seksualnych. Inni świadkowie twierdzą, że Groër molestował nieletnich podczas spowiedzi. Jeszcze inni przypominają sobie dziwne sytuacje z przeszłości z udziałem Groëra, który jako lider „Legionu Maryi” miał wykazywać szczególną sympatię do młodych chłopców (drastyczne szczegóły niech będą czytelnikowi oszczędzone). Opat prosi Watykan o przysłanie nadzwyczajnej wizytacji apostolskiej do Göttweig.
Jest luty 1998. Schönborn przybywa do Watykanu, aby odebrać kapelusz kardynalski – i niemal mija się w korytarzu z Groërem. Według jednej wersji to Krenn, mający wielu znajomych w Watykanie, załatwił mu prywatną audiencję u Papieża akurat w tym czasie. Według innej wersji Groëra wezwano, by nakłaniać go do przerwania milczenia. Ale Schönborn, który dzień wcześniej po raz kolejny apelował do Groëra o wyjaśnienie zarzutów, o jego obecności w Rzymie dowiedział się po przylocie na rzymskie lotnisko od dziennikarzy – i z trudem pohamował wzburzenie. Co więcej, Groër (któremu towarzyszy sekretarz Krenna) jest obecny na uroczystości jako członek kolegium kardynalskiego. Schönborn nie tylko udziela mu braterskiego pocałunku, jak wszystkim, ale też całuje go w pierścień – jako tego, który go wyświęcał na biskupa. 


DECYZJA

Tymczasem w Austrii wrze. Biskup Salzburga Georg Eder – o poglądach tradycjonalistycznych, sympatyk Opus Dei, który po swej nominacji wywołał w Austrii skandal stwierdzeniem, że AIDS to kara Boża – oświadcza, że „nie zamierza dłużej milczeć” i jako pierwszy mówi o „dowodach” przeciw Groërowi. Po powrocie z Rzymu Schönborn prosi oficjalnie Groëra – zaznaczając, że konsultował to z Watykanem – by zaprzestał wykonywania czynności związanych z godnością biskupa, jak np. bierzmowanie.
A pod koniec lutego Schönborn i kilku innych biskupów wydają bezprecedensowy dokument: oświadczają, że doszli „do moralnej pewności”, iż zarzuty wobec Groëra o molestowanie uczniów i współbraci „zasadniczo odpowiadają prawdzie” i żądają od niego przeprosin. Organizacje świeckich przyjmują dokument „z wielką ulgą”. W Göttweig trwa wizytacja (wizytator przesłuchuje zakonników). Jej wyniki będą lakoniczne: stwierdza się, że „dalsze kroki zależą od Papieża”. 
Na początku marca Watykan – nieprzypadkowo w tym właśnie momencie – ogłasza, że powołuje Schönborna do Kongregacji Nauki Wiary (przez pewien czas mówi się nawet, że Schönborn może być kiedyś papabile). W pierwszych dniach kwietnia Schönborn, Eder i Weber jadą do Rzymu; mówi się, że w Watykanie zapadła już decyzja – „w duchu sprawiedliwości i miłości”. 
W połowie kwietnia – niemal dokładnie w trzy lata od rozpoczęcia afery – nuncjatura w Wiedniu rozsyła oświadczenie Groëra. Przerywając milczenie, były arcybiskup prosi „Boga i ludzi o przebaczenie”, dodając jednak: „jeśli wziąłem winę na swoje sumienie”. Więcej nie udało się odeń uzyskać. Reakcje wiernych i opinii publicznej na tak sformułowane przeprosiny są łatwe do przewidzenia. Biskupi oświadczenia nie komentują.
W następnych latach Hans Hermann Groër, stary i chory na raka, wycofuje się do prowincjonalnego klasztoru cystersek. Na czas wizyty Papieża w Austrii w 1998 – podczas której kard. Schönborn będzie mówić o całej sprawie z głębokim ubolewaniem, a bp Krenn demonstracyjnie wymieni imię Groëra na papieskiej Mszy – wyjedzie do Niemiec. Tymczasem polaryzacja w Episkopacie, zwłaszcza konflikt między Krennem a resztą biskupów, głównie Schönbornem, pogłębia się – i trwa do dziś.

KATALIZATOR

Ale „sprawa Groëra” nie ogranicza się do tego jednego wątku: działa jak katalizator w kraju, gdzie w wielu środowiskach katolickich od lat narasta niezadowolenie. Po części charakterystyczne dla Zachodu, po części mające przyczyny wewnętrzne: Groër był jednym z kilku biskupów o poglądach tradycjonalistycznych, których mianował w Austrii Jan Paweł II (był wśród nich też Krenn). „Kilka nominacji wywołało pewien niepokój, gdyż zostali mianowani biskupi, którzy – można było odnieść takie wrażenie – raczej hamują niż posuwają naprzód zmiany posoborowe” – przyznawał bp Krätzl w rozmowie z „TP” (nr 24/1996).
Jeszcze latem 1995 grupa wiernych zaczyna zbierać podpisy pod apelem-referendum pod hasłem „My jesteśmy Kościołem”; w ciągu następnych miesięcy podpisuje się pod nim pół miliona Austriaków (co dwunasty). Apel zawiera pięć postulatów, a jego celem ma być „wywołanie dialogu” o najważniejszych zdaniem pomysłodawców problemach Kościoła. Swoją formą apel odwołuje się do obecnej w austriackim prawie państwowym instytucji Volksbegehren („wyrażenie woli przez lud”): grupa obywateli może poprzez zebranie odpowiedniej liczby podpisów zgłosić albo odrzucić jakiś projekt. Akcję nazwano Kirchenvolks-begehren: „wyrażenie woli przez Lud Boży”. Postulowano: silniejsze współdecydowanie wiernych przy obsadzaniu stanowisk w Kościele, w tym biskupów; swobodę wyboru dla księży, czy chcą żyć w celibacie; pozytywną zmianę w nastawieniu Kościoła wobec seksualności; równouprawnienie kobiet w dostępie do urzędów, w tym kapłaństwa, i „powrót do źródeł Kościoła, czyli do głoszenia Dobrej Nowiny zamiast duszpasterstwa strachu”. 
Większość biskupów, początkowo krytycznych lub powściągliwych, uznaje z czasem, że apel to „sygnał do reformy” (potem idea przenosi się z Austrii na inne kraje Zachodu). Jesienią 1995 biskupi uchwalają, że referendum należy traktować poważnie, i że są przekonani, iż inicjatorzy i sygnatariusze stanowią część Kościoła oraz są zaangażowanymi chrześcijanami, a nie wrogami z zewnątrz. Inaczej zresztą chyba biskupi postąpić nie mogą: Kościołowi w Austrii grozi po prostu rozłam.
Próbując moderować sytuację, Episkopat powołuje forum „Dialog dla Austrii”, traktując ruch jak partnera, nawet jeśli trudnego. Wątpliwości wobec tej decyzji ma kilku biskupów; otwarcie i głośno protestuje Krenn. Kiedy jesienią 1998 podczas wizyty ad limina biskupi przedstawiają Papieżowi na piśmie sprawozdanie z życia Kościoła – w tym pozytywne ich zdaniem efekty tego dialogu – Krenn oświadcza, że nie uczestniczył w przygotowaniu dokumentu. Schönborn odpowiada, że to nieprawda. Krenn ripostuje, że „kłamcy” powinni „trzymać gębę na kłódkę”.

„UTRACONA NIEWINNOŚĆ”

W dokumencie przedstawionym Papieżowi znalazło się zdanie: „Inaczej niż w krajach anglosaskich, konflikt ten (wokół Groëra – red.) potraktowano najbardziej niezręcznie, jak tylko było można, gdyż nie udało się uzyskać współdziałania między obwinionym, Episkopatem i instancjami rzymskimi. W ten sposób u większości członków Kościoła rosło niezadowolenie”. Okoliczności sprawiły, że doszło do „zwiększonego zainteresowania mediów”, podczas gdy „wiele pozytywów, które dzieją się po tysiąckroć razy w codziennym życiu Kościoła, nie spotkało się niemal z zainteresowaniem”. W sformułowaniu znalazła się więc i samokrytyka, i delikatna krytyka Watykanu, że długo nie reagował na słane znad Dunaju prośby o pomoc.
Istotnie, z perspektywy czasu aż trudno uwierzyć, że popełniono tak wiele błędów czy zaniechań, i że tak długo Watykan i Kościół austriacki sprawiały wrażenie sparaliżowanych sytuacją, jakby w nadziei, że sprawa sama ucichnie. 
Od tego czasu Kościół w Austrii i Watykan włożyły wiele wysiłku w wewnętrzne pojednanie. Ale co pozostało po tych kilku latach, to utracona wiarygodność oraz wrażenie obłudy i podwójnej moralności – zarówno w oczach ludzi spoza Kościoła, jak i wielu wiernych. 
Pozostało też nadwątlone zaufanie do Stolicy Apostolskiej. I podziały, które ujawniły się wokół „sprawy Groëra”. Być może ta wewnętrzna pluralizacja i tak by się dokonała. Bp Krätzl mówił w 1996 roku „Tygodnikowi Powszechnemu”: „Kościół katolicki musi nauczyć się tego, czego my właśnie uczymy się dziś w Austrii: tolerowania faktu, że są w nim obecne różne opcje”. Być może w ciągu tego krótkiego czasu spokojna i pobożna Austria – traktowana dotąd jako ostoja katolicyzmu w krajach niemieckojęzycznych – symbolicznie „dołączyła” do innych krajów, gdzie w ciągu minionych dekad kwestionowano autorytety i instytucje (w Niemczech, Szwajcarii, Holandii, Francji, Włoszech itd.). Ale wszystko mogło się chyba odbyć inaczej. 
A w każdym Kościół nie musiałby – jak skonstatował katolicki tygodnik „Die Furche” – „utracić niewinności”.

Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl