Komentarze

 


Mateusz Flak Sport i cała reszta

Andrzej Łukowski Azjatycka podróż Busha: geometria geopolityki

Krzysztof Burnetko Kiks za kiksem, zmiana za zmianą

 




  
Sport i cała reszta

Igrzyska, igrzyska i... po igrzyskach – niestety, albo może na szczęście. Przez te dwa tygodnie w Salt Lake City nie zabrakło wspaniałych sportowych emocji, czasem wzruszeń. Były konkurencje mało popularne, ale widowiskowe (skeleton, freestyle, snowboard równoległy). Był przede wszystkim turniej hokejowy, stojący na bardzo wysokim poziomie i zaskakujący (sensacyjna porażka Szwedów z Białorusią). Podziwialiśmy triumfy Szwajcara Simona Ammanna czy Norwega Ole Einara Bjoerndalena, zdobywcy aż czterech złotych medali w biatlonie. Cieszyliśmy się z dwóch medali i dużego sukcesu (jednak!) Adama Małysza, a także z nielicznych udanych występów innych Polaków – Jagny Marczułajtis, Janusza Krężeloka i Andrzeja Bachledy. A najbardziej cieszyliśmy się zapewne – tak, biję się w pierś, bo to mało chwalebne odczucia... – z upadku Svena Hannawalda i ogłupiałej miny jego trenera Reinharda Hessa. 
Zmagania sportowców okazały się również tłem dla ukrytego „bohatera” XIX Zimowych Igrzysk Olimpijskich: skandali. Bo w Salt Lake City sport przegrał – przynajmniej medialnie – z dopingiem, polityką i nieczystymi układami. Dla nas w Polsce wszystko zaczęło się od typowego „polskiego piekiełka”: kąśliwych uwag niektórych polityków pod adresem Lecha Wałęsy, który dostąpił zaszczytu wnoszenia flagi olimpijskiej podczas ceremonii otwarcia igrzysk, jako przedstawiciel Europy. 
Międzynarodowa afera wybuchła natomiast, kiedy złoty medal w łyżwiarstwie figurowym przyznano Rosjanom, a nie parze Sale-Pelletier z Kanady, co zdaniem (prawie) wszystkich im się należało. Międzynarodowy Komitet Olimpijski przeprowadził śledztwo, francuska sędzia, której głos zadecydował o werdykcie przyznała, że wywierano na nią presję i kilka dni po zakończeniu rywalizacji na lodzie podjęto decyzję bez precedensu – poszkodowani Kanadyjczycy dostaną drugi, dodatkowy złoty medal!
Co nastąpiło potem, wiadomo: dyskwalifikacja utytułowanej rosyjskiej biegaczki Larysy Łazutiny, oburzenie na rzekomą niesprawiedliwość sędziów, histeryczne reakcje i groźba bojkotu igrzysk przez Rosję (do czego na szczęście nie doszło), wreszcie przyłapanie na dopingu trzykrotnego złotego medalisty Johanna Muehlegga (Hiszpana pochodzenia niemieckiego) i dwóch rosyjskich biegaczek w ostatnim dniu igrzysk. Sportowcy i ich opiekuni protestują, olimpijscy działacze i sędziowie rozgrywają swoją dziwną i niejasną grę, dziennikarze piszą o skandalu. A w zawodach biatlonistów biegną sami „astmatycy”, którzy dzięki swojej przypadłości (wszyscy wiedzą, że udawanej) mogą zażywać różne „lekarstwa”...
Być może za cztery lata, przy okazji następnej zimowej olimpiady w Turynie, nikt już nie będzie o tych wydarzeniach pamiętać. Być może wspominać będziemy tylko minimalne zwycięstwo Niemców w skokach i piękny pojedynek hokeistów USA i Rosji. Na razie jednak pozostaje ogromny niesmak i niechęć do wszystkiego, co olimpijskie.

 
Mateusz Flak

 


 

 

 



Azjatycka podróż Busha: geometria geopolityki

Prezydentowi Stanów Zjednoczonych nie udało się przekonać chińskiego przywódcy Jiang Zemina do przyjęcia amerykańskiego punktu widzenia w wielu ważnych kwestiach bezpieczeństwa – odnotowały nie bez satysfakcji rosyjskie media po zakończeniu wizyty George’a W. Busha w Pekinie. Rosji zależy na tym, aby Chiny trzymały jej stronę w sprawie protestu wobec amerykańskich planów zbudowania nowego systemu obrony przeciwrakietowej. 
Ale chodzi nie tylko o tę konkretną sprawę. Subtelna gra w trójkącie Waszyngton-Moskwa-Pekin toczy się o to, kto ma w tym towarzystwie najwięcej do powiedzenia w globalnej rozgrywce. To gra o prestiż. I Rosja, i Pekin opowiadają się za stworzeniem „wielobiegunowego” modelu podejmowania decyzji, który miałby ograniczyć „jednobiegunową hegemonię” Stanów Zjednoczonych. I w tym względzie są sojusznikami. Oba państwa wspierają się też wzajemnie w odpieraniu amerykańskiej krytyki w dziedzinie łamania praw człowieka – Rosja krytykowana jest za Czeczenię, a Chiny za prześladowania przeciwników politycznych, członków sekt i mniejszości narodowych. 
Warto jeszcze zaznaczyć, że o ile w kwestiach polityki bezpieczeństwa, rozprzestrzeniania broni masowego rażenia czy statusu Tajwanu stronie chińskiej i amerykańskiej nie udało się tym razem zbliżyć stanowisk, to nie ucierpiały na tym interesy gospodarcze. A to one w ostatnich latach utrzymują stosunki chińsko-amerykańskie na wysokim poziomie. W tym względzie Rosja jako trzecie ramię tego trójkąta nie ma wiele do powiedzenia.
Znamienne jest to, że zaraz po zakończeniu wizyty Busha Jiang Zemin zadzwonił do Władimira Putina i opowiedział mu o przebiegu rozmów z amerykańskim przywódcą, a rosyjskie agencje skwapliwie doniosły, że podczas uroczystej kolacji przywódca Chin rozmawiał z doradcą prezydenta Busha, panią Condoleezzą Rice po rosyjsku. Najwidoczniej językiem porozumienia na linii Pekin-Waszyngton moskiewska dyplomacja chciałaby usilnie uczynić rosyjski.


Andrzej Łukowski

 


 

 

 

 

 

 


Kiks za kiksem, zmiana za zmianą

Ustawę o policji zmieniano jak dotąd 26 razy – a pochodzi ledwie z 1990 r. Bywa i gorzej: ustawa o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu niepełnosprawnych doczekała się 17 nowelizacji, a prawo o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym – 21. Oba te akty uchwalono zaś niespełna 5 lat temu. Tylko w 2000 r. parlament 13 razy majstrował przy fundamentalnym dla obrotu gospodarczego i bezpieczeństwa prawnego obywateli kodeksie postępowania cywilnego. A w roku 2001 na prawie 150 przyjętych ustaw ponad połowę stanowiły nowelizacje. Niektóre ustawy są przerabiane i to kilkakrotnie, już w tym roku, w którym je uchwalono.
Dane te, ujawnione w ubiegłym tygodniu podczas zorganizowanej przez rzecznika praw obywatelskich konferencji „Legislacja w praktyce”, świadczą o skali sztukowania polskiego prawa, a tym samym o jego niespójności. Ale to nie wszystko. Znane są przypadki dostosowywania kluczowych rozwiązań ustrojowych do aktualnych i czysto politycznych interesów większości parlamentarnej (metoda liczenia głosów wyborczych zmieniana była zarówno przez ekipę AWS i UW, jako i przez nieformalną koalicję SLD-Samoobrona), czy łamania procedury ustawodawczej (choćby poprzez wykorzystywanie Senatu do wprowadzania całkiem nowych rozwiązań pod płaszczykiem poprawiania jedynie tych przyjętych przez Sejm). 
Do tego dochodzą zwykłe buble prawne, uchwalane w powadze parlamentu Trzeciej Rzeczpospolitej, a wynikające czy to z kalkulacji, czy wskutek ignorancji i zadufania posłów i senatorów. Efektem jest zarówno mnóstwo przednich anegdot, jak kolosalne straty dla budżetu, osłabienie zaufania obywateli do prawa oraz upadek autorytetu państwa. 
Co robić? Na rychłą zmianę zwyczajów i poziomu parlamentu liczyć trudno. Pomóc jednak może niedawna reforma jego regulaminu (ma ona m.in. zdyscyplinować prace nad projektami i ukrócić radosne inicjatywy legislacyjne pojedynczych posłów). Wiele zależy od legislacyjnej aktywności rządu oraz determinacji szefów będącej u władzy koalicji w dyscyplinowaniu własnych posłów i senatorów. Najlepiej, gdyby – jak to w rozwiniętych demokracjach – projekty ustawodawcze pochodziły głównie od Rady Ministrów, a parlament, miast pisać samemu ustawy bądź przerabiać projekty rządowe, przyjmował je tylko bądź odrzucał. 
Coraz większego znaczenia nabiera też weto prezydenta i sprawność działania Trybunału Konstytucyjnego. Warto wreszcie sięgnąć do pomysłu powołania silnie umocowanego ustrojowo, niezależnego i fachowego centrum legislacyjnego. Mogło ono nie tylko opiniować wszelkie projekty (tak rządowe, jak poselskie i prezydenckie), ale też może proponować własne. Kłopot jest jeden: na taki organ muszą zgodzić się parlamentarzyści.

  
Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 9, 3 marca 2002

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl