A mój syn

Problemy osobiste i światowe

JACEK PODSIADŁO

 

A mój syn ma dziś wolne, bo od czasu do czasu przysyłacie listy komen-tujące moje poczynania w tej rubryce i dziś zajmę się dwoma z nich. Tylko dwoma, bo piszecie długie epistoły. Zresztą z oczywistych względów i te dwa zacytuję tylko we fragmentach.
Pani Maria Polak odezwała się po lekturze „Trzeciego ucha, trzeciego policzka” („TP” nr 39): „Piszę, bo w moim bliskim otoczeniu zdarzyła się identyczna historia. Ośmioletni synek koleżanki dostał antybiotyk »dozwolony od lat 12«. To także była sobota, a więc konsultacja z zaprzyjaźnioną lekarką-pediatrą, po czym Matka napisała donos do ZOZ z kopią do Izby Lekarskiej. Imienny, z czytelnym podpisem. Na moją zdziwioną uwagę, że mnie by się już nie chciało, odrzekła: »No i dlatego macie taki burdel, jaki macie«. Ostatnie 20 lat moja koleżanka mieszkała w Anglii. Panie Jacku, ona ma rację! Pan znalazłszy się w takiej sytuacji sklął lekarza i napisał felieton. A czy napisał Pan donos? Nie? Bo to nieładnie? No to ten lekarz dalej będzie przepisywał leki bez słowa wyjaśnienia i dalej będzie chamem. Powściągnie swoje chamstwo tylko w wypadku, kiedy będzie musiał tłumaczyć się z niego przed zwierzchnikami”. 
Jeśli chodzi o leki, to wiele z nich jest od dawna aplikowanych dzieciom na Zachodzie, u nas muszą przejść przedtem kilkuletnią procedurę dopuszczającą – takie są przepisy i stąd adnotacja „od 12. roku życia”. Lekarz na pewno wie o możliwości zastosowania leku u dziecka, wystarczyłoby wyjaśnić to jednym zdaniem opiekunom. Ale po co?
Właśnie tak, o to jedno zdanie chodzi. Ale nieczytelność lekarskich decyzji dla pacjenta ma już w Polsce ugruntowaną tradycję, znakomicie symbolizowaną przez słynny „lekarski” charakter pisma, czytelny tylko dla samego lekarza. Niepojęty jest dla mnie natomiast sens tej „procedury dopuszczającej”: albo już wiadomo, że lek można dzieciom podawać bez obaw i należy to odnotować w ulotce, albo jeszcze nie wiadomo, a wtedy każdy rodzic odbierze taką receptę jako eksperyment na jego dziecku. Z pewnością ma Pani rację, że napisanie „donosu” nigdy nie zaszkodzi, choć wątpię, czy zawsze pomoże. Poza tym, większość służb publicznych tak funkcjonuje, że chcąc w każdym przypadku uchybienia przepisom czy chamstwa składać skargę, rychło wszyscy zostalibyśmy felietonistami. (Na marginesie: zauważyła Pani tę regułę, że zdarzające się w przychodniach publicznych traktowanie pacjenta per noga jakoś się nie zdarza w gabinetach prywatnych?) Zresztą uważni czytelnicy „TP” zauważyli pewnie przed dwoma tygodniami, że lekarz będący bohaterem felietonu również domagał się skargi zamiast felietonu. Powołał się nawet w liście do redakcji na fakt, iż jest praktykującym katolikiem. Ponieważ jednak najwyraźniej nie respektuje ósmego przykazania, prowadzenie z nim dialogu, choćby polemicznego, wydaje się bezcelowe. 
Chętnie za to pospieram się z Panem Krzysztofem J. Nowakowskim. Pan Krzysztof pije. Pije do felietonu „Śmierć i igrzyska” („TP” nr 43): „Ten pana felieton! Pisze Pan ładnie. Podoba mi się forma. Gorzej z treścią. Pragnę uprzejmie przypomnieć, że zamieszcza Pan w tygodniku nie tylko powszechnym. Również dla czytelników myślących i posiadających wiedzę o świecie. Niestety fakt ten ulatuje pańskiej uwadze. Może nadal jest Pan pod wpływem wizyty w sklepie »Żabka w wiadomym celu«.
Najmocniejsi jesteśmy w snuciu opowieści przy legendarnych kawiarnianych stolikach. W opowiadaniu facecji. A szczególnie wspominaniu, kto i gdzie się wyrzygał. To już nie jest zabawne. Szczególnie w czasie, kiedy dzieją się takie rzeczy jak w USA”.
Tu wątek wywodu pana Krzysztofa na chwilę wymsknął mi się z ręki, bo, dalibóg, o rzyganiu jeszcze w „Tygodniku” nie pisałem. Z dalszego ciągu listu nieśmiało wnioskuję, że chodzi o bezsensowność pisania lekkich felietonów w sytuacji, gdy terroryści atakują Amerykę i każdy pismak ma obowiązek prezentować swą wiedzę na temat złożonych problemów współczesnego świata, a nie zajmować się swoimi wizytami w sklepie. Albowiem mój korespondent kontynuuje: „Kiedy sprzeczałem się z gen. Kuo Ming Fa na temat tego, co się działo i czasami jeszcze dzieje w Chinach, widziałem smutek na jego twarzy. A czy zgodzicie się aby w państwie, które liczy 1320 000 000 ludzi, wybuchły niepokoje społeczne? W których rezultacie miliony Chińczyków przekraczałyby granice innych państw? I waszego, i waszego?! Czy wy w ogóle rozumiecie, co się w tej Azji dzieje? Nie wiedziałem, co odpowiedzieć”.
Chyba wiem, czemu Pan nie wiedział. Dał się Pan nastraszyć. Ten sam chwyt stosuje gen. Jaruzelski, kiedy broniąc stanu wojennego straszy Ruskimi. A na mniejszą skalę, ale też ten chwyt stosuje np. sąsiad, który w odpowiedzi na zwróconą uwagę, że nie powinien tak niemiłosiernie tłuc swoich synów, odpowiada: „Mogę ich nie tłuc, ale wtedy oni mogą panu okna powybijać, bo to łobuzy i trza ich krótko trzymać”. Prawidłowa odpowiedź na pytania chińskiego generała, choćby miał to być bluff, powinna może brzmieć: „Zgodzimy się”? Pan jednak, zdaje się, opowiada się za opcją tej tam powolnej liberalizacji i demokratyzacji. Ożywmy wymianę gospodarczą z Chinami, pozwólmy im zrobić olimpiadę, a potem może popuszczą z torturami i wypuszczą trochę więźniów. A ja bym chciał, żeby najpierw skończyły się tortury, a potem zaczęły igrzyska. Pan widzi smutek na twarzy generała, a ja widzę cierpienie na twarzach więźniów. Oczyma wyobraźni, oczywiście, wszak nie jestem tak niebywale bywałym człowiekiem, jak Pan: „Zrządzeniem losu znalazłem się w Belgradzie, w czasie wojny w Bośni. Z mojego obserwatorium w byłej Jugosławii widać było jasno, że tej wojny można było uniknąć! Jakoś szare komórki naszych obecnych sojuszników okazały się bardziej szare. Ten ich umiarkowany przywódca błagał w okresie Dayton, aby sprawę Kosowa włączyć do obrad. Amerykanie odmówili. I zaopatrywali w wojenne materiały kosowskich muzułmanów. I szkolili dowódców. Niestety, oni zawsze wpadają w pułapki, które zastawiali na kogo innego. To dlatego, że inni ludzie nie chcą podejmować jakichkolwiek trudów w rozwiązywaniu światowych problemów. Inni ludzie wolą w formie felietonowej rechotać z problemów lub rzekomej głupoty innych. 
Poznałem Albańczyków. Poznałem Serbów i Chorwatów. Pierwsi nie są tak fajni, jak się ludziom wydaje. Drudzy nie są potworami. Trzeci mają za sobą okres współpracy z faszystowskimi Niemcami i liczne okrucieństwa na Serbach i Żydach. I co ciekawe, to im Zachód pozwolił stworzyć jednorodne państwo, po etnicznych czystkach. Albańczyków poznałem do tego stopnia, że władze jugosławiańskie pozwoliły mi na posiadanie broni”.
No, tu już się Pan strasznie rozindyczył. Chyba jednak wolę mój rechot od pańskiego gulgotu. Co ja poradzę, że zaprosili mnie na łamy „Tygodnika”, a do Dayton nie? Albańczyków znam raptem trzech. Wojny omijam zaś z daleka, bo nie lubię. Piszę w swoim tekściku o żałobie i o medialnym kociokwiku po amerykańskiej tragedii, a Pan daje mi wykład z sytuacji na Bałkanach. Na szczęście potem zmienia Pan temat: „Tak naprawdę martwi mnie co innego. Oto nasze elity są oskarżane o niedostatki swojego działania w masach i zajmowanie się sobą. Zgadzam się tylko w niewielkim stopniu. Elity zaniechały myślenia, jak sprawnie powiększać swoje szeregi. Mamy tylko 8% ludzi z wyższym wykształceniem. I o to mam pretensję do elit. Że się zajmują własnymi sprawami lub sobą, to nic złego. Tak się dzieje na całym świecie. Gorzej, że to zajmowanie się sobą nie ma praktycznego znaczenia w chwili, kiedy ta świadoma (rzekomo) i oświecona grupa społeczna raczej się kurczy, niż powiększa. 
Pan i jego koledzy w sposób bez wątpienia fajny piszecie dla tej grupki [przepraszam, że przerywam, ale ja nie mam kolegów – JP]. I, o zgrozo, nie zauważacie, jak 98% głąbów i chamów nadaje ton w naszym kraju! I z tymi ludźmi idziemy do Unii E. Brawo! [Przepraszam, że przerywam, ale z brawami to ostrożnie, bo Panu obrzękną prawice]. Parafrazując poetę: »Kiedy wykupią dom, dom, w którym mieszkasz – Polskę« – na dalszy ciąg zabrakło mi konceptu”.
Znam parafrazę tego grafomańskiego wierszyka, której autorowi starczyło konceptu na dłużej. Andrzej Poniedzielski dokończył to kiedyś tak:

Ty ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi. Oddaj im:
bagnet, broń...
Szkoda drzwi!


W tym miejscu nie od rzeczy będzie może patriotyczne przypomnienie, że i Polaczkowie, choć nie Chorwaci, mają za sobą okresik współpracy z faszystowskimi Niemcami. Okresik dlatego, że, jak wiemy, Hitler się do tej współpracy nie bardzo palił. Ale podczas aneksji Czechosłowacji co powiedziały mu polskie elity? A niech pan anektuje, panie Hitlerze, na zdrowie, a jakby się przy okazji udało wyskrobać dla nas Zaolzie, to byśmy byli bardzo wdzięczni. 
Nie wiem, czy pretensje pana Krzysztofa do elit o niedostatek działalności oświeceniowej też mam brać do siebie. Na wypadek, gdyby tak, oświecam, iż Chińczyków piszemy dużą literą, „bez wątpienia” niewątpliwie rozdzielnie, a rzygamy przez rz. Pora na pointę listu. 
„Ja też mam synów. I w ich wychowaniu popełniłem kupę błędów. A skąd miałem wiedzieć, jak się to robi? Od mojego Ojca? Toż on został opuszczony przez swojego. I też nie wiedział, jak to robić. Nauczyłem ich jednak, że świat jest skomplikowany i bywa okrutny, zaś ludzie zwyczajnie głupi. Teraz im się to przydaje. Ale też swoim zachowaniem przyczyniłem się do tego, że stali się takimi twardzielami, że już mnie nie potrzebują. Ja zaś żyję w samotności i bywa, że się ożywiam wyłącznie, jak coś wybuchnie lub kogoś rozerwie. Tak mnie już wytresowały media.
P.S. Napisałem hymn szambowników. To jest niedoceniana grupa ludzi ze służb specjalnych. Czy przesłać Panu?” 
Dziękuję za list, miejscami złośliwy, ale przynajmniej szczery. Niewątpliwie bardzo się różnimy, Panie Krzysztofie. Kiedy Pan się ożywia, ja zamieram. Pan rozmawiał z gen. Kuo Ming Fa, był w Belgradzie i posiada czy posiadał broń, a ja trzy razy nie. Przepraszam, że swoimi felietonami nie rozwiązałem jeszcze ani jednego światowego problemu. Hymnu szambowników proszę nie przysyłać. Proszę za to pozdrowić swoich twardzieli. I niech będą delikatni, kiedy jakiś mięczak stanie im na drodze. Nie tylko dlatego, że może to być mój syn.


Jacek Podsiadło
 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl