Wojna w Afganistanie zmienia międzynarodową pozycję Iranu

Czas na otwarcie

ANNA KRASNOWOLSKA z TEHERANU

 

Zamachy z 11 września i wsparcie USA dla afgańskiej opozycji stały się katalizatorem zmian na Środkowym Wschodzie. W Afganistanie pojawia się wreszcie szansa na zmianę władzy i jaśniejszą przyszłość. W Pakistanie, głównym sojuszniku USA w regionie, realna jest groźba islamskiej rewolucji fundamentalistycznej. Także w Iranie, sąsiadującym od zachodu z Afganistanem, zmiany nabrały przyspieszenia – jednak w kierunku przeciwnym niż w Pakistanie.

Iran – pierwszy kraj, w którym rewolucja islamska doprowadziła 22 lata temu do powstania państwa wyznaniowego – do dziś postrzegany jest jako bastion muzułmańskiego fundamentalizmu i państwo szczególnie silnie wspierające islamski terroryzm. W istocie przed Iranem – którego społeczeństwo od śmierci Chomeiniego w 1989 r. próbuje uporać się z dziedzictwem rewolucji i wypracować bardziej przyjazny ustrój – rysują się dziś pewne perspektywy. Tylko czy Irańczycy potrafią je wykorzystać?

REŻIM I PIŁKA NOŻNA
Na początku abana 1380 (koniec października 2001) Teheran nie wygląda na stolicę kraju, u którego granic toczy się wojna. Media obficie informują o nalotach na Afganistan, jednak nie jest to wydarzenie, które wywołuje gwałtowne emocje społeczne. W księgarniach pojawiły się przepowiednie Nostradamusa – ze zdjęciem Bin Ladena i płonących wież World Trade Center na okładce – oraz tłumaczone z języków zachodnich książki, wyjaśniające, skąd wzięli się talibowie i co to jest terroryzm. Nie widać jednak haseł propagandowych czy graffiti, związanych z atakami terrorystów i wojną w Afganistanie – ani oficjalnych, ani spontanicznych. 
Tematem, który w ostatnich tygodniach wzbudzał w Iranie publiczne namiętności, były natomiast futbolowe eliminacje do pucharu świata (ostatecznie Iran po barażach z Irlandią nie awansował do mistrzostw – red.). Zamieszki, do których dochodziło po kolejnych meczach z Irakiem, Bahrajnem i Emiratami Arabskimi, przeradzały się w demonstracje polityczne. Do szczególnie ostrych zajść doszło po przegranym meczu z Bahrajnem. Według opozycyjnej gazety „Nouruz” w kilkudziesięciu punktach Teheranu pojawiły się duże grupy kibiców, które nie tylko dewastowały co się dało, wyładowując swą wściekłość z powodu rzekomego przekupienia reprezentacji narodowej przez duchownych, ale także wznosiły hasła jednoznacznie wrogie ustrojowi i najwyższym autorytetom religijnym. Okrzyk „Marg bar taleban” (śmierć talibom) wyrażał nienawiść nie tyle do – dziś już byłych – władców Afganistanu, co do ich rodzimych odpowiedników: duchownych fundamentalistów rządzących Iranem. 
Niektórzy obserwatorzy twierdzą, że w czasie zajść pojawiały się także hasła antyarabskie – oraz że bodaj po raz pierwszy od rewolucji na ulicach Teheranu wybuchały koktajle Mołotowa. Policja użyła gazów łzawiących, kilka tysięcy młodych ludzi trafiło do więzień. Podobne zajścia miały miejsce w Szirazie, Isfahanie, Qomie, Karadżu – i praktycznie we wszystkich większych miastach. W samym Teheranie rozruchy miały miejsce przede wszystkim w północnych, bogatych dzielnicach. Kibicami nie byli więc ludzie z marginesu, lecz – wolno tak przypuszczać – dzieci z zamożnych domów i studenci renomowanych uniwersytetów. 
Irańczycy przepowiadają, że ich reżim padnie za sprawą piłki nożnej...

BEZ AGRESYWNEJ RETORYKI
W Iranie ton relacji prasowych dotyczących wojny w Afganistanie jest różny, w zależności od orientacji gazety. Prasa konserwatywna w swych doniesieniach kładzie nacisk na ofiary cywilne i zniszczenia, oraz na brak jednomyślności w koalicji antyterrorystycznej. Gazety opozycyjne cytują doniesienia zachodnich agencji, często bez komentarza – przychylne wobec działań amerykańskich nastawienie daje się niekiedy wyczytać między wierszami. 
Ogólnie jednak uderza wyważony ton i brak agresywnej retoryki antyamerykańskiej, która przez lata królowała w tutejszych mediach. Widać też zmianę w nastawieniu do afgańskich uchodźców, traktowanych zazwyczaj z pogardą i obarczanych winą za wszystkie patologie społeczne. W prasie pojawiają się obszerne reportaże, po raz pierwszy chyba pozwalające irańskiemu czytelnikowi dowiedzieć się czegoś więcej o Afganistanie i przyjaznym okiem spojrzeć na jego mieszkańców – w dużej części mających ten sam co Irańczycy język, kulturę i religię. Na polepszenie wizerunku uchodźców wpłynąć też może wchodzący właśnie na ekrany film wybitnego irańskiego reżysera Mohsena Machmalbafa „Safar-e Qandahar” (Podróż do Kandaharu) – zbeletryzowany dokument o sytuacji w Afganistanie pod rządami talibów.
Jednak nastawienie do środków przekazu jest w Iranie tradycyjnie nieufnie. Ludzie nie zadowalają się prostymi wyjaśnieniami, w każdej sprawie wietrząc drugie dno i ukrytych sprawców. Także na temat bieżących wydarzeń krążą różne wersje spiskowe, przypisujące szatańską w nich rolę nie tylko Żydom, ale nawet Brytyjczykom, pragnącym rzekomo odzyskać dawne wpływy kolonialne. Słychać też plotki, że sami Amerykanie uknuli zamach z 11 września, aby pod tym pretekstem dostać się przez Afganistan do kaspijskiej nafty i gazu. Zarazem częste są, i to nie tylko wśród intelektualistów, głosy trzeźwe, przyznające, że Iran ma swój udział w rozwoju światowego terroryzmu, a więc powinien ponieść konsekwencje. Niektórzy moi przypadkowi rozmówcy wyrażali nawet nadzieję, że kiedy Amerykanie rozprawią się z Osamą i talibami, a potem z Saddamem Husajnem, przylecą zbombardować siedziby irańskich mułłów („naszych talibów”).
 
SYGNAŁY DOBREJ WOLI
Jak na państwo, dla którego wrogość wobec Ameryki zawsze była jedną z naczelnych racji bytu i podstaw polityki zagranicznej, Iran zachowuje się po 11 września niezwykle powściągliwie. Przyczyn jest kilka.
Irańskie społeczeństwo na ataki terrorystyczne na WTC i Pentagon odpowiedziało falą zbiorowej sympatii wobec Amerykanów. Odbyło się co prawda kilka zorganizowanych przez władze manifestacji antyamerykańskich, jednak zmobilizowanie szerokiej opinii publicznej przeciw USA nie wydaje się w tej chwili możliwe. Przy silnej fobii i kompleksach – wywodzących się z czasów, kiedy Ameryka postrzegana była jako nowa potęga kolonialna, a szach Iranu jako amerykańska marionetka – w społeczeństwie irańskim istnieje głęboko zakorzeniony sentyment do USA. Mimo oficjalnej bariery, prywatne kontakty z Ameryką są intensywne. Trudno dziś znaleźć irańską rodzinę, która nie miałaby krewnych w Stanach Zjednoczonych, a Los Angeles jest dla Irańczyków mniej więcej tym, czym Chicago dla Polaków. Nawet jeśli podczas nabożeństw piątkowych na Uniwersytecie Teherańskim nadal padają okrzyki „Śmierć Ameryce”, to są one w coraz większym stopniu pozbawionym treści rytuałem.
Władze Iranu, głośno protestując przeciw operacji amerykańskiej w Afganistanie, równocześnie z zadowoleniem przyglądają się działaniom, mającym na celu eliminację reżimu talibów. W ostatnich latach Iran konsekwentnie popierał i zbroił opozycyjny Sojusz Północny oraz legalny, choć pozbawiony władzy rząd prezydenta Rabbaniego. Rządy wspieranych przez Pakistan talibów postrzegane były dotąd w Iranie jako narzędzie amerykańskiej dominacji w regionie: jako twór obcy, będący karykaturą ustroju islamskiego i mający służyć jego kompromitacji. 
Poza tym niestabilny sąsiad za wschodnią granicą był dla Iranu źródłem nieustających problemów. Jesienią 1998 o mały włos nie doszło między Iranem a Afganistanem do konfliktu zbrojnego po tym, jak talibowie z Mazar-e Szarif wymordowali grupę irańskich dyplomatów i dziennikarzy. Iran z dezaprobatą patrzył też, jak talibowie – głównie Pasztuni wyznania sunnickiego – dokonywali mordów na ludności perskojęzycznej (dziś hurtem określanej przez media jako „Tadżycy”) oraz na szyitach (w Iranie oficjalnym wyznaniem jest islam szyicki, w Afganistanie szyici są mniejszością). Zresztą zaraz po pojawieniu się w Afganistanie talibów w 1996 r. zaczęły stamtąd napływać do Iranu nowe fale uchodźców – oraz wielkie ilości narkotyków, które w Iranie są dziś plagą społeczną. Tak więc likwidacja reżimu talibów leży w irańskim interesie.
Sytuacja powstała po 11 września to dla Teheranu szansa na zyskanie prestiżu międzynarodowego i wyjście z izolacji politycznej i gospodarczej. Wymaga to jednak rezygnacji, przynajmniej częściowej, z dotychczasowych zasad polityki zagranicznej: wrogości wobec USA i Izraela oraz popierania organizacji terrorystycznych na Bliskim Wschodzie. 
Ale to w dużej mierze podważyłoby rację bytu fundamentalistycznego reżimu. Irańskie władze starają się więc zachować fasadę ideową, szukając równocześnie jakichś form współdziałania z koalicją antyterrorystyczną. Stąd niespójność reakcji irańskich w tym kryzysie. Stąd też nerwowa reakcja prezydenta Chatamiego na stwierdzenie Busha, że „kto nie jest jednoznacznie z nami, ten jest przeciw nam”. 
Irańczycy nie mogą poprzeć wprost działań amerykańskich. Wysyłają więc zaszyfrowane sygnały, które świat powinien umieć odczytać: Iran zgodnie z życzeniem USA uszczelnił granicę z Afganistanem, wpuścił na swój teren organizacje humanitarne, pomagające uchodźcom, a nawet obiecał udzielić pomocy medycznej rannym Amerykanom, gdyby tacy znaleźli się przypadkiem na jego terenie. 
Teheran szuka też pośredników, przez których mógłby utrzymywać kontakty z administracją USA, przede wszystkim wśród państw Unii Europejskiej. Chatami obstaje przy koncepcji, by walką ze światowym terroryzmem kierowały nie USA, lecz ONZ, bo udział w takiej koalicji byłby łatwiejszy do przyjęcia dla konserwatywnej części rządzących Iranem.

CHATAMI KONTRA KONSERWATYŚCI
Nie można jednak zapominać, że równocześnie wewnątrz aparatu władzy w Iranie toczy się ostra walka, a niekonsekwencje irańskiej polityki zagranicznej często są jej odzwierciedleniem. Ustrój Republiki Islamskiej jest przedziwną, niespójną hybrydą demokracji parlamentarnej i teokracji, reprezentowanej przez najwyższy autorytet teologiczno-prawny („Wódz Rewolucji”; obecnie jest nim ajatollah Ali Chamenei), dysponujący systemem własnych ciał doradczych, dublujących i skutecznie blokujących działania parlamentu, rządu i prezydenta. Od czasu pierwszego wyboru Mohammada Chatamiego na prezydenta (1997) i w miarę narastania oddolnej presji społecznej w kierunku reform demokratycznych i większego otwarcia na świat, rozdźwięk między tymi dwoma poziomami władzy staje się coraz głębszy.
Rzecz jednak w tym, że frakcja twardogłowych, skupionych wokół „Wodza Rewolucji” nie tylko ma w ręku tzw. resorty siłowe, ale także – jak twierdzą dobrze poinformowane źródła – zdołała stworzyć własne imperium gospodarcze, działające przez potężne fundacje religijne, w zarządach których zasiadają wysocy duchowni i ich rodziny. Struktury tych instytucji powiązane są blisko ze strukturami władzy i nie podlegają żadnej kontroli. Dlatego np. legalne władze Iranu nie mają mocy odwołania wyroku śmierci na pisarza Salmana Rushdiego, bo nie one wyznaczyły nagrodę na jego głowę. Z tego samego powodu prezydent i madżles (parlament) mają ograniczony wpływ na to, czy Iran będzie nadal finansować organizacje terrorystyczne (Hamas i Hezbollah), albo rozwijać swój program atomowy. A jak długo w Iranie istnieje system dwuwładzy, nie może on być obliczalnym partnerem międzynarodowym.
Rządzący Iranem konserwatywni mułłowie, przy całej swojej niechęci do talibów, nie kwapią się więc do odmrożenia stosunków z Ameryką, zerwanych po pamiętnej, ponad rocznej okupacji ambasady USA w Teheranie (listopad 1979 – styczeń 1981). Obóz Chatamiego próbuje przełamać lody, ale w miarę, jak przedłuża się obecność USA w Afganistanie, zadanie to może być coraz trudniejsze. Już widać działania konserwatystów, zmierzające do storpedowania wysiłków dyplomatycznych i podważenia wiarygodności prezydenta. Jeszcze zanim Sojusz Północny wkroczył do Kabulu, jedna z irańskich frakcji parlamentarnych wezwała rząd do przekonania Sojuszu, aby potępił amerykańskie bombardowania i utworzył wspólny rząd z talibami (oficjalne stanowisko irańskiego MSZ wyklucza możliwość udziału talibów we władzach Afganistanu). A niedawno w Teheranie rozpoczął się przy drzwiach zamkniętych proces 31 dysydentów, oskarżonych o próbę obalenia ustroju; grozi im od 10 lat do kary śmierci. 
Wszystko to dzieje się w czasie, gdy prezydent Chatami próbuje reperować wizerunek Iranu na sesji ONZ. Świat zachodni powinien więc mieć świadomość złożoności sytuacji wewnętrznej Iranu i – wykorzystując nowe możliwości – mądrze wspierać irańskich reformatorów.

Autorka jest iranistką, dyrektorem Instytutu Filologii Orientalnej UJ.

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl