O podciąganiu się

MICHAŁ KOMAR

 

Czytajcie „Baudolino” Umberto Eco! 
Czytajcie – bo to powieść pouczająca, groźna i śmieszna. Opowiada zaś o tym jak mit (legenda, zmyślenie, kłamstwo, plotka) staje się w sprzyjających okolicznościach historycznych (politycznych, militarnych, gospodarczych) faktem o dalekosiężnych konsekwencjach dziejowych. Rzecz dotyczy wysiłków i marzeń Fryderyka I Barbarossy, listu księdza Jana i na koniec rzezi Konstantynopola – a pełno w niej żartobliwych zwrotów akcji, podniosłych myśli i scen mrożących krew w żyłach. Bawiłem się świetnie.
Bawiłem się świetnie aż do chwili, gdy w tygodniku „Wprost” nr 46 z 18 listopada 2001 ukazał się artykuł Jacka Borowskiego pt. „Antypowieść Eco”. Zapamiętajcie, drodzy Państwo, to doniosłe wydarzenie: po raz pierwszy w dziejach literatury polskiej przedmiotem krytyki stał się nie brak wiedzy pisarza, lecz jej nadmiar. Jest to przewrót na miarę kopernikańską. Czytam w artykule Borowskiego m.in., że „dawka materiału faktograficznego, jaki funduje czytelnikowi pisarz w »Baudolinie« jest zatrważająca. Niemal cały czas mamy do czynienia z nową interpretacją znanych lub – co gorsza – nie do końca znanych faktów”. Zdaniem Jacka Borowskiego pisarz włoski dręczy onieśmielonego czytelnika i jak „belfer każe mu siedzieć cicho i za karę, że ten nie potrafi zinterpretować tekstu Konopnickiej, z uporem maniaka tłumaczy biedakowi zawiłości na poziomie Joyce’a”; i dalej: „...niemożność rozsmakowania się w piętrowych aluzjach semiotyka dostrzegają najwięksi fachowcy. Po ukazaniu się książki we Włoszech prof. Andrzej Litwornia, wykładający na uniwersytecie w Udine, ostrzegał na łamach »Rzeczpospolitej«, że autor zdaje się zapominać, że nie wszyscy są do tej zabawy wystarczająco przygotowani. Ostrzeżenie to było skierowane do czytelnika włoskiego (sic!), nieporównanie bardziej wrażliwego na aluzje Eco. A co ma zrobić czytelnik polski (...) Część terminów używanych ze swadą w »Baudolinie« nie występuje nawet w »Słowniku Tradycji« Kopalińskiego”. I teraz Jacek Borowski prowadzi do konkluzji: „Okazuje się, że trudno w Polsce znaleźć kogoś, kto z marszu ubawiłby się wszystkimi igraszkami mediewistyczno--semiotycznymi profesora”. 
Oczywiście – piszę to z rozbawieniem – Jacek Borowski łże. Łże bezczelnie. Z faktu, że i jemu, i profesorowi Litworni lektura „Baudolina” przyszła z trudnością sięgającą nie-rozumienia tekstu nie wynika przecież, że „trudno w Polsce znaleźć kogoś”, kto w sprawie powieści Eco ma inne zdanie. Jestem gotów podać nazwiska dziesięciu moich znajomych i przyjaciół, którzy cenią ten utwór. Jest nas zatem jedenastu. O dziewięciu więcej niż Borowski i Litwornia („najwięksi fachowcy”) razem wzięci. Jesteśmy większością. I choć większość – to nie twierdzimy wcale, że wszyscy Polacy będą cieszyć się rozumieniem powieści Eco. Twierdzimy natomiast, że człowiek nie dość pojętny czy nie dość wykształcony nie powinien chełpić się swą ignorancją – jak to czyni Borowski; co więcej – twierdzimy, że brak wiedzy winien być raczej powodem wstydu niż dumy.
Autor z „Wprostu” miał – jak sam wyznaje – wielkie kłopoty z rozumieniem tekstu Eco. Nie był do lektury wystarczająco przygotowany. Tu nowa interpretacja znanych faktów, ówdzie wzmianki o faktach nie do końca znanych, obco brzmiące terminy, całkiem obce pojęcia, tak obce, że nawet w słowniku Kopalińskiego ich nie znajdziesz. Domyślać się więc należy, że wedle recenzenta „Wprostu” dzieło wybitne to takie, które mówi o faktach do końca znanych posługując się starymi interpretacjami przy pomocy swojsko brzmiących terminów. Oczywiście na kłopoty Jacka Borowskiego i, być może, prof. Litworni rada jest prosta: zanim zaczniecie decydować o potrzebach i zainteresowaniach czytelników – idźcie, panowie, do biblioteki i troszkę sobie poczytajcie, może się przyda! Mnie jednak idzie nie o ból duszy recenzenckiej Borowskiego, lecz o promowany przezeń koncept, wedle którego obecność w kulturze winna redukować się do przeżuwania lekkostrawnej papki. W ostateczności całkowicie rozpaczliwej i ostatecznej zezwala się na użycie słownika Władysława Kopalińskiego! (któremu najniższe hołdy składam – bez związku z dyrdymałami wypisywanymi we „Wproście”). 
Być może Borowskiego tak nauczono w szkole lub na uniwersytecie. Że nie wie nic o Barbarossie, i jeszcze mniej o Księdzu Janie... że nie rozumie sensu dialogu między Baudolinem a Niketasem Choniatesem, łacinnikiem a ortodoksą... Źle to świadczy o jego nauczycielach. Ale jeszcze gorzej o nim samym. Bo w kulturze – w Kulturze! – jest taka zasada, fundamentalna zasada, którą można nazwać dzielnością czy też ciekawością poznawczą, taka cnota, no, taka cnota, co każe się samodoskonalić, podejmować trud przezwyciężania własnych przywar i niedostatków, a potem iść dalej... Bez tej cnoty nie da się zrobić niczego dobrego. Ani przeczytać książki. Ani zasadzić drzewa. Ani zbudować domu. Koniec rozbawienia.
Pyta na koniec Jacek Borowski: „Czy zatem nie powinno się tłumaczyć najnowszego dzieła Umberta Eco na język polski?” I odpowiada: „To postulat nazbyt radykalny”. Oddycham z ulgą. Jak to dobrze, że Borowski nie pisywał w latach 50.! Jakże by sobie pohasał po „Doktorze Faustusie”, po „Ulissesie”, bo tam też sporo nowych interpretacji znanych lub – co gorsza – nie do końca znanych faktów; wspomnienie zaś dawnych lat budzi we mnie myśl radykalną: Jackowi Borowskiemu proponuję, żeby zaczął się podciągać. A jak już się trochę podciągnie, to niech napisze esej o twórczości Marii Konopnickiej. Może wtedy zauważy, że głęboka interpretacja twórczości tej poetki wymaga wysiłków nie mniejszych niż rozumienie dzieła Joyce’a. Czekam.

Michał Komar 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl