Votum separatum

A właśnie najpotrzebniejsi

JÓZEFA HENNELOWA

 

Wśród wielu prognoz, wyliczających, w jakich zawodach najrychlej i najdotkliwiej dotknie ludzi bezrobocie, wymieniana jest grupa, w której malejącą potrzebność uwierzyć wręcz nie podobna: nauczyciele i wychowawcy. Ależ oczywiście, wiem, że czysto administracyjnie i finansowo, przy zachowaniu nakazanej liczebności klasy szkolnej i znanych warunkach budżetu, a równocześnie przy utajonym oporze ZNP (chronienie starej, niesprawnej kadry) tak właśnie rzecz się ma. I wiem naturalnie, że mamy niż demograficzny. Szkoły i klasy mogą więc być o wiele mniej zagęszczone. Ale przecież nie przestaną być jedną z najważniejszych dla nas spraw. Potrzebność i znaczenie pedagoga, widzianego we właściwy sposób, jako autorytetu i przekaziciela wiedzy i wartości, pozostaje poza wszelką dyskusją. Co więcej: wiele wskazuje na to, że potrzebność ta będzie się potęgowała, rosła, stawała wręcz alarmowa. Dzieci opuszczone i dzieci z domów rozbitych albo chorych, dzieci nie chciane i nie kochane, dzieci ludzi bezradnych i pogubionych, dzieci wreszcie – to najpowszechniejsze – tych rodziców, którzy nie mają dla nich tyle czasu, ile mieć winni i nawet ile chcą, ale nie zdołają – te wszystkie dzieci i teraz, i na przyszłość wołać będą o to najwyższe dobro, jakim jest dla nich środowisko wychowawcze z prawdziwego zdarzenia. Szkoły przecież nie będą mogły być, jak w sporej mierze teraz, tylko salą treningową do wyścigu o sukces życiowy – szkoły winny obudować swoje powołania bycia drugimi domami, w których przygotowuje się do życia człowiek, a nie tylko wprawia w zawodowe tajniki przyszły pracownik. Jedną z najlepszych tradycji minionego wieku (i wcześniej) byli wielcy wychowawcy, twórcy i przewodnicy szkół i zakładów wychowawczych o długich tradycjach, konsekwentnym programie, przyciągające nie tylko dzieci, faktycznie ,,wyprowadzane na ludzi”, ale i dorosłych, realizujących autentyczne powołanie pedagogiczne. Jeszcze ciągle wychodzą monografie takich gimnazjów przedwojennych i takich nauczycieli. Kiedyś to była jedna z najważniejszych spraw społecznych i potem, w dwudziestoleciu, państwowych. Przypomnijmy sobie, ile w dziewiętnastym wieku, tym szykującym społeczeństwo do wyśnionej niepodległości, powstawało zgromadzeń zakonnych męskich i żeńskich o takim właśnie programie. Słowo urszulanka czy brat szkolny oznaczało równoważnik dobrego nauczyciela i wychowawcy, a generacje posyłały wiernie swoje dzieci i młodzież do tych samych szkół, nieraz nawet pod te same adresy...
W świecie, który nastał i nadchodzi, będzie nadto jeszcze więcej ludzi potrzebujących już od początku drugiego człowieka jako pomocnika we wzrastaniu. Bo będzie więcej, nie mniej wzrastań trudnych, nieszczęśliwych, połamanych na różny sposób. Będzie więcej, nie mniej prób życiowych. I właśnie o pomocników i o przewodników będzie chodziło, a nie o stróżów, dozorców, kontrolerów. Wszędzie, aż do zakładów więziennych dla nieletnich.
To wszystko już się dzieje, ale coraz bardziej spychane na margines naszej wspólnej uwagi. Mimo że jest jedną z najważniejszych spraw decydujących społecznie, same względy ekonomiczne przerażająco skutecznie narzuciły jako priorytet wizję oszczędzania na oświacie i wychowaniu. A wielu ludzi najlepszej woli uwierzyło z kolei, że dla sprawy wychowania najważniejsze są media, nie żywy przewodnik. Stąd tyle energii wkładanej w organizowanie i realizowanie tworów dziennikarskich, a coraz mniej w upominanie się o wizję nauczyciela i szkoły z prawdziwego zdarzenia w programowaniu jutra. Myśmy po prostu skapitulowali. Ustępujemy z pola. Z jak najgorszą prognozą dla nas samych.


Józefa Hennelowa

 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl