Co z Afganistanem?

Opcji dużo, wszystkie złe

WOJCIECH GIEŁŻYŃSKI

 

Może talibowie przepadną jutro – pojutrze, może parę miesięcy ostoją się w partyzantce? A bin Laden? Jeśli nie czmychnie do Somalii lub na Mindanao, to polegnie jak szahid – męczennik za wiarę i pójdzie do Raju bisurmańskiego, pełnego cudnych hurys; a fama jego po wiek wieków będzie fascynowała wiernych! Choć raczej palnie sobie w łeb, a to już śmierć mniej chwalebna.
Ale Afganistan?...
Co z tym narodem-nie-narodem, skleconym z setki zwaśnionych plemion i tysiąca rywalizujących klanów; z tym niby-państwem, w którym nie funkcjonuje nic, oprócz meczetu i bazaru; jakaż przyszłość czeka przepiękną krainę złożoną z kolorowych sześciotysięczników o pionowych ścianach, z rozrzuconych luzem wielgachnych głazów i z przaśnej stepopustyni?
Wariantów przyszłości, która może się Afganistanowi ziścić, można wyliczać przynajmniej pół tuzina.
Po pierwsze, może wygrać Sojusz Północny i na prezydenckim fotelu w Pałacu Arg umieścić Burhanuddina Rabbaniego, który zresztą i tak był od wielu lat formalnie prezydentem, choć na wygnaniu. Tadżycy wprawdzie nie są monolitem, ale byliby radzi; Uzbecy by się może nań zgodzili, bo chociaż Rabbani był cieniem przy Ahmedzie Massudzie, geniuszu partyzantki, to tamtego nie ma już niestety na tym padole.
Ameryka z Rabbaniego ucieszyłaby się umiarkowanie. Jeszcze w przeddzień wkroczenia wojsk Sojuszu do Kabulu, Bush kategorycznie wszak powstrzymywał je przed takim manewrem, gdyż utrudni on powołanie wieloplemiennego rządu jedności. Gdy Tadżykowie puścili przestrogi mimo uszu i Kabul zajęli – tłumacząc, iż talibowie uciekli, pozostawiając chaos i bezhołowie – Amerykanie zrobili dobrą minę do złej gry. Bush odpuścił Tadżykom ich samowolę, bo co innego mógł zrobić?
Aliści Pakistan ze złości kipi. Afganistan pod Tadżykami to cios w misterną grę prezydenta Musharaffa na wielu fortepianach. Polega ona na blokowaniu cichej ekspansji Rosji (protegującej Sojusz) przez faworyzowanie talibów „umiarkowanych” (lub jakichkolwiek innych Pasztunów), ażeby asekurować z ich pomocą zachodnią granicę i w konsekwencji móc skoncentrować wszystkie siły Pakistanu na rubieży kaszmirskiej, znacznie ważniejszej niż afgańska.
Najkrócej: triumf Rabbaniego to gratka dla Putina (przy okazji dla Indii i Iranu). Ale prawdopodobieństwo tego wariantu nie przekracza paru procent, gdyż Pasztunowie – obojętne czy ze „szlachetnego” plemienia Durrani, czy spośród Chilzajów-nomadów, czy z nieobliczalnych „Wolnych Plemion Pogranicza” – nigdy nie zgodzą się, by rządził nimi jakiś Tadżyk.
Może więc – to wariant drugi – król Zahir Szach? Dziadzio co prawda zbliża się do dziewięćdziesiątki, ale krzepki jest; niestety, on nigdy nie był specjalnie błyskotliwy, a ponadto królowie w ogóle znaczyli dla Afganów (poza Kabulem) niewiele, mniej niż plemienni „malikowie”. Jego frakcja wśród pasztuńskiej mozaiki, kierowana przez Ahmeda Gailaniego, była i jest bardzo szczupła. Jako przejściowy paliatyw byłby chyba do zaakceptowania dla wielu Pasztunów. A może też dla Hazarów? Dla „Farsiwanów” z okolicy Heratu? Ale na pewno nie dla Tadżyków, stanowiących trzon Sojuszu Północnego. Rabbani już oznajmił, że król – owszem – może wrócić ze swej rezydencji pod Rzymem do ojczyzny, lecz jako osoba prywatna. Podobnie uważają Rosjanie i Irańczycy. To go raczej nie znęci: satysfakcja niewielka, ryzyko ogromne. Królobójstwo to normalka w Afganistanie.
Nie Rabbani, nie Zahir, więc może ktoś, kogo wybierze demokratycznie Loja Dżirga, Wielka Rada 120 plemiennych wodzów? Ona zebrać by się była powinna, gdy tylko Taliban sczeźnie do reszty. Już nawet przymiarki do niej odbyły się w Peszawarze, w obrębie paromilionowej afgańskiej diaspory, rozsianej wśród pakistańskich ziomków – Pasztunów, często bliskich krewnych tych afgańskich. Ale czy owa Rada zbierze się kiedykolwiek? A jeśli, czy cokolwiek osiągnie? Ze wstępnych deklaracji wiadomo, że Tadżycy i Pasztunowie godzą się, aby w przyszłym rządzie jedności miejsca podzielić po połowie. Tylko, że ci i tamci uważają, iż ich połowa powinna być... większa.
A może zbierze się i okrzepnie Sojusz Południowy, co zdaje się być nadzieją Wojciecha Jagielskiego („GW”, 17–18 XI 2001), najświetniejszego ze znawców Afganistanu (choć i jemu zdarzyła się gafa: zapowiadał planowany odwrót strategiczny talibów spod Mazar-e-Szarif na ziemie pasztuńskie, a nazajutrz oni zwiewali już jak zające). Na czele nowego sojuszu stanęli – i to za zgodą samego Omara, jedynowładcy talibów, gdy opuszczał Kandahar! – wojownicy Baszir i Nakibullah, przyjaciele sędziwego mułły Chalesa, który – jak się wydaje – staje się nadzieją wielu Pasztunów z prowincji wschodnich, gdzie prym wiodą Ghilzaje (różne ich subplemiona) oraz „Wolne Plemiona Pogranicza”.
Komu życzyć sukcesu? Zresztą, czy Sojusz Południowy rzeczywiście się zbierze do kupy (co w Afganistanie jeszcze trudniejsze niż w Polsce), czy skutecznie oprze się Północnemu, który zapowiada, iż będzie rządzić sam przez dwa lata, zanim się zbierze Loja Dżirga? Ale pod czyim przewodnictwem? Może „Lwa Heratu” Ismaila Khana? To doskonały wódz i także Tadżyk, choć różny od tych z Doliny Pandższiru, bo bardziej sperszczony.
A gdyby tak coś na kształt Bośni i Hercegowiny lub Kosowa? Rada Bezpieczeństwa nad tym rozmyśla. Siły międzynarodowe pod sztandarami NATO albo pod flagą ONZ (gros musiałaby wystawić Ameryka, gdyż np. Włochów ogarnia pacyfizm, a Polacy nie mają samolotów transportowych), to wariant już wypraktykowany, sprawdza się nieźle; nawet na Timorze. Wadą pomysłu jest jednak to, że cudzoziemskie wojska – obojętne pod jakimi znakami – na pewno wzburzą wszystkie ludy Afganistanu i będą dla nich doskonałym celem do strzelania.
Istnieje też – po piąte! – taka koncepcja, ze zrozumiałych przyczyn kamuflowana i lansowana po cichu, by Afganistan (chyba nie na zawsze?) podzielić. Północ, która i tak jest pod kuratelą Rosjan, oddać pod ich zarząd czy patronat; oni potrafią dogadywać się z Tadżykami, Uzbekami, Turkmenami. A pasztuńskie Południe – powierzyć Zachodowi; niech radykalnych talibów wyplenią, a umiarkowanych – reedukują i wciągną do rządzenia. Koncepcja wydaje się teraz ponętna, bo Putin z Bushem z dzióbków sobie jedzą i wspólnie chcą tępić terroryzm oraz uzdrawiać Afganistan. Niezły pomysł, lecz w XIX wieku podobny miały ówczesne supermocarstwa: Imperium Brytyjskie „nad którym nie zachodziło słońce” i Imperium Wszechrosji, które marzyło o wyjściu nad trzy Oceany; nad Indyjski przez Afganistan właśnie i sąsiednie krainy. Rosjanom nie udało się, choć ogromne połacie Azji Środkowej zawłaszczyli. Brytyjczykom nie powiodło się jeszcze bardziej; z ich kilkunastotysięcznej wyprawy na Kabul w styczniu 1842 roku powrócił... jeden (sic!) człowiek, lekarz Brydon; tylko jego nie ustrzelili Ghilzaje. Pewnie liczyli – i nie zawiedli się – że zrobi dla nich robotę, zwaną dziś public relations. Dzięki niemu na cały świat poszła fama o męstwie Afganów.
Istnieją jeszcze wśród Pasztunów takie luźne zamysły, żeby powrócić do idei „Pasztunistanu”, lecz na to nigdy nie przystanie Pakistan – choć jest Pasztunom przychylny – bo to by mogło całkowicie go pogrzebać. Indie i Rosja nie byłyby temu przeciwne – ale Amerykanom Pakistan jest bardzo potrzebny jako sojusznik na środkowym Wschodzie. Inny mgławicowy zamysł to federalizacja Afganistanu, podział jego na suwerenne „kantony”. W Szwajcarii sprawdziły się one wyśmienicie, lecz dla Afganistanu ustrój taki to mrzonka. Jego społeczno-polityczna struktura zawsze była oparta na koncepcji hierarchicznej: że są plemiona gorsze i lepsze, i jeszcze lepsze, i najlepsze oraz lepsze od najlepszych. O to toczyła się, toczy i na pewno będzie się toczyć rywalizacja. Niekoniecznie krwawa; mieszkańcy Afganistanu nieraz pokazali, że choć walczyć umieją, a nawet lubią, to nie zwykli walczyć „do upadłego” jak Reduta Ordona, gdy nie mają żadnych szans. Dlatego talibowie, wbrew wszelkim wróżbom, tak łatwo oddali pole i uciekli gdzie pieprz rośnie z Kabulu i ponoć z Kandaharu.
A więc, koniec końców, co z tym Afganistanem będzie?
Ja nie wiem. I nie zwykłem ufać takim, co wszystko z góry wiedzą. Oni permanentnie pudłują swymi prognozami, czyli nadają się na to tylko, by iść w dyplomaty. Wiem tyle, że najlepiej teraz dać wszystkim w Afganistanie coś do jedzenie i kawałek dachu, i zostawić w spokoju. Nie doradzać, jak mają żyć, nie troszczyć się o zaprowadzenie tam demokracji. Wyłapać jedynie terrorystów i zwyrodnialców. Jeszcze rok – dwa się pokotłują, a potem ułożą sobie nową hierarchię prestiżu i będzie (względny) spokój.

Wojciech Giełżyński

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl