O krakowskim SKS-ie

Studenci kontra System

KRZYSZTOF BURNETKO

 

I. Tu, wtedy

Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej.
Z przemówienia I Sekretarza PZPR Edwarda Gierka na IX Plenum KC PZPR (4 IX 1971)

Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli.
Leszek Szaruga, „Resztka znanego plakatu politycznego widziana na płocie”, (z tomu „Nie ma poezji”, Kraków, KOS 1981) 

Jest połowa lat 70. Niektórzy pamiętają jeszcze o studenckich demonstracjach marca 1968 i o antysemickiej nagonce, jaką rozpętały władze. Są też tacy, którzy wstydzą się udziału polskich żołnierzy w interwencji Układu Warszawskiego przeciwko Czechom i Słowakom próbującym zaprowadzić w swoim kraju socjalizm z ludzką twarzą. Wielu chyba jest ciągle przerażonych masakrą, jaką w grudniu 1970 wojsko i milicja urządziły w Gdańsku i Gdyni protestującym przeciw podwyżce cen robotnikom. 
Jednak znakiem czasów jest i to, że nowy I sekretarz rządzącej partii na rzucone podczas spotkania ze strajkującymi stoczniowcami w styczniu 1971 r. pytanie: „No więc jak – pomożecie?”, słyszy odpowiedź: „Pomożemy”. W lutym KC PZPR potępia poprzednie kierownictwo i dokonuje przetasowań personalnych w partii i w rządzie. Podwyżki cen zostają cofnięte, a wynegocjowane podczas strajków podwyżki płac utrzymane. Rolnicy mogą skorzystać z tanich kredytów, a na dodatek otrzymują świadczenia publicznej służby zdrowia. 
Nastroje się uspokajają, zwłaszcza że nowa ekipa sugeruje, że „siermiężny socjalizm” zaprowadzony poprzednio przez Władysława Gomułkę zostanie zastąpiony „nowoczesnym socjalizmem konsumpcyjnym”. Ruszają, nagłaśniane przez media, wielkie inwestycje: pierwsza „fabryka domów”, modernizacja trasy Warszawa–Katowice, budowy obwodnic w niektórych miastach, Dworca Centralnego w stolicy i Portu Północnego w Gdańsku. Rozbudowywane są kombinaty rolne nastawione na produkcję mięsa. Rozwija się sieć sklepów „Pewexu” i „Baltony”, w których posiadacze dolarów bądź tzw. bonów towarowych mogą kupować produkty zachodnie. Symboliczne staje się podpisanie umowy licencyjnej z włoskim „Fiatem” na produkcję w Polsce małolitrażowego samochodu Fiat 126 p (wedle propagandy ma to być auto dla każdego Polaka) i z amerykańską „Coca Colą”...
W okresie 1971-75 produkcja przemysłowa i dochód narodowy zwiększają się – wedle oficjalnych szacunków – o ok. 60 proc., a produkcja rolna o blisko 20 proc. Rosną też płace realne (w tempie najszybszym w historii PRL – 7 proc. rocznie). Za oficjalnym optymizmem idą odczucia sporej części społeczeństwa. Wiele grup Polaków ogarnia gorączka konsumpcyjna, potęgowana przez liberalizację polityki paszportowej (ułatwiono zwłaszcza podróże do krajów bloku wschodniego – m.in. otwarto granicę ze stosunkowo dobrze zaopatrzoną NRD).
Media nie wspominają jednak o postępującym zadłużeniu Polski za granicą (w 1975 r. sięga ono 8 mld dolarów i PRL wpada już w pułapkę kredytową). Cenzura blokuje opinie o niebezpieczeństwach szaleństwa inwestycyjnego i gigantomanii, marnotrawstwie nieuniknionym w tzw. planowej gospodarce nakazowo-rozdzielczej, utopii i krótkowzroczności polityki lansowania przemysłu ciężkiego oraz państwowego rolnictwa. Rośnie inflacja. Tymczasem dla potwierdzenia tezy o sukcesie (i w obawie przed niezadowoleniem społecznym) utrzymywane są sztywne ceny na podstawowe towary spożywcze. Na dodatek potęguje się niewydolność socjalistycznej ekonomii zwłaszcza w zakresie produkcji towarów powszechnego użytku – objawy gospodarki niedoboru. Wobec coraz częstszych pustych półek władze wprowadzają na niektóre produkty (m.in. mięso i wędliny) tzw. ceny komercyjne – czyli możliwość kupna ich drożej. Równolegle puchnie system przywilejów dla aparatu partyjnego i administracyjnego – przydziały mieszkań, samochodów, działek, materiałów budowlanych, lepiej zaopatrzone, dostępne tylko dla wybranych, sklepy. Korumpowane są niektóre grupy zawodowe (zwłaszcza górnicy, milicjanci, wojskowi). O ile pod koniec lat 60. do PZPR należało 2,3 mln dorosłych Polaków (na ok. 32 mln ogółu obywateli), to w następnej dekadzie liczba członków partii wzrasta do 3,1 mln, z czego 1/4 to ludzie młodzi (między 18 a 29 rokiem życia). Do tego dochodzi ok. 5 mln członków podporządkowanego PZPR ruchu młodzieżowego. Do SZSP należy jednak – znowu wedle oficjalnych danych – ponad 73 proc. studentów.
Na zasadzie „fasady i tyłów” funkcjonuje też życie kulturalne. Na fali gierkowskiej liberalizacji ukazują się tłumaczenia zachodniej literatury współczesnej, a nawet głośne książki socjologiczne, historyczne czy politologiczne. Światem pachnie też w repertuarze niektórych teatrów i kin. Popularne wśród elit stają się kabarety studenckie, młoda, reagująca na rzeczywistość poezja, kino i co liberalniejsze czasopisma. Rychło jednakże odzywa się cenzura. Jej ingerencje obejmują wkrótce wszelkie dziedziny życia: od zakazu informowania o możliwości wystąpienia w niektórych regionach kraju pryszczycy i podawania statystyk wypadków drogowych (wytyczne z roku 1975), przez nakaz kierowania się przez media przy opisywaniu reformy administracyjnej kraju „argumentacją zawartą w referatach E. Gierka, P. Jaroszewicza i E. Babiucha” po niedopuszczanie do druku takich nazwisk jak Brzeziński, Jeziorański, Kott, Herling Grudziński, Tyrmand itd., konfiskowanie wszelkich materiałów na temat niektórych filmów (m.in. „Ręce do góry” Jerzego Skolimowskiego), ale też pozytywnych recenzji niektórych dzieł (m.in. książek Leszka Kołakowskiego).
Właśnie Kołakowski w opublikowanym w paryskiej „Kulturze” szkicu „Sprawa polska” ostrzega przed możliwością sowietyzacji mentalności społecznej w efekcie ulegania gierkowskiej „małej stabilizacji”: „Sowietyzm buduje się jako taka sytuacja, w której wszyscy wiedzą, że nic nie jest i nie może być »naprawdę« w mowie publicznej, że wszystkie słowa utraciły pierwotny swój sens i że dziwić się temu nie należy, że można karalucha nazwać słowikiem, a pietruszkę symfonią, wówczas zaś grozę i osłupienie budzi odkrywca, który karalucha karaluchem nazwie, a pietruszkę pietruszką. Tam właśnie sowietyzacja zbiera żniwo, gdzie za wyczyn umysłowy i moralny albo za ekstrawagancję szaleńczą uchodzi publiczne użycie słów w ich zwykłym znaczeniu; gdzie jest rzeczą samo przez się zrozumiałą, iż mowa publiczna nie ma zgoła nic wspólnego z »prawdziwym życiem«, a prawdziwe życie to: błoto na ulicy, kaszanka na talerzu, podanie o mieszkanie, podwyżka, obniżka, jabłka podrożały, nie dać sobie świni podłożyć, nie ma frajerów, urwać, poderwać, zarwać, wyrwać, podłapać, załatać, kac, lekarstwo, pogrzeb”. 
Ci z młodych, dla których ważne jest poczucie wolności i autentyczności, szukać jej mogą tylko w cieszącym się względną swobodą i autonomią Kościele katolickim, w niezależnych ruchach kontrkulturowych (początkowo nawiązujących do idei kontestacji hippisowskiej, później także do awangardowych kierunków w sztuce), bądź w wąskich kręgach przyjacielskich.

II. „Katolicy”, „anarchiści”, harcerze, ci z ulicy

W SKS-ie znaleźli się ludzie z różnych światów, o różnych światopoglądach. I nie tylko, że nie rozleciało się to wszystko, ale przetrwało, a oni zbliżyli się do siebie nie tracąc nic ze swojej odrębności.
Bogusław Sonik

W 1974 r. w krakowskim klasztorze dominikanów wokół ojca Jana Andrzeja Kłoczowskiego skupia się grupa studentów zainteresowanych filozofią, religią, myślą społeczną. W seminariach na te tematy uczestniczą m.in. Bogusław Sonik (prawo, Uniwersytet Jagielloński), Liliana Batko (filologia polska, UJ), Józef Ruszar (filologia polska, UJ), Tomasz Schoen (socjologia, UJ).

Jan Andrzej Kłoczowski OP: – Spotkania „Beczki” nie miały wyłącznie religijnego charakteru – ludzi, którzy na nie przychodzili, interesowały też sprawy kultury, historii, polityka wreszcie. W lecie organizowaliśmy obozy wędrowne połączone z dyskusjami. Pomagaliśmy też w budowie kościołów – wspólna praca pozwalała się poznać i zżyć. 
W czerwcu 1976 r. z grupą młodzieży (m.in. Bogusiem Sonikiem i Józkiem Ruszarem) pojechaliśmy na wakacje w Gorce. Mieliśmy radio i z Wolnej Europy dowiedzieliśmy się o protestach przeciw podwyżkom cen. Któregoś dnia dojechała do nas Lilka Batko i opowiedziała o aresztowaniach w Ursusie i Radomiu, o „ścieżkach zdrowia” urządzanych przez milicję robotnikom itd. Zaczęliśmy się zastanawiać, co zrobić. Po powrocie Sonik, Ruszar i inni nawiązali kontakt z ludźmi, którzy w Warszawie powołali KOR. Zawieźli im zebrane wśród nas pieniądze na pomoc dla represjonowanych. 
Są też w Krakowie „anarchiści” – grupa kilkudziesięciu kontestujących studentów, głównie polonistyki i filozofii UJ (Bronisław Wildstein, Stanisław Pyjas, Adam Szostkiewicz, Lesław Maleszka, bracia Bekowie, Mieczysław Godyń) oraz... trzech na AGH (m.in. Zbigniew Jankowski). Jedni mają ich za kolorowe oryginały (mają zwykle, co wówczas jest rzadkością, długie włosy, a niektórzy ubierają się, w porównaniu z otoczeniem, ekstrawagancko). Inni traktują ich jak zwykłych awanturników. Są swobodni obyczajowo, dużo piją, niektórzy nie gardzą narkotykami. Fascynuje ich teatr niezależny (jeżdżą m.in. na eksperymenty Grotowskiego). Niektórzy próbują pisać (zwykle wiersze i poematy bądź parafilozoficzne eseje). Wzorem jest kontestacja zachodnia. 
W swoim środowisku silnie rywalizują intelektualnie: w efekcie i na studiach mają niezłe wyniki. Wszyscy dużo czytają: literatura, filozofia, rzadziej socjologia czy politologia – bo w tej dziedzinie trudno jest wtedy zdobyć wartościowe tytuły. Początkowo zresztą z założenia nie interesują się polityką. Traktują ją jako sferę fałszu i narzędzie opresji. Wiedzą z doświadczenia, czym jest realny socjalizm. Wildstein, na przykład, w 1973 r. próbuje zorganizować protest przeciw tzw. zjednoczeniu organizacji młodzieżowych. Choć z założenia nie należy do żadnej organizacji, wie, że ZSP jest wprawdzie częścią systemu, ale nie ma szyldu politycznego, a w jego ramach funkcjonuje kilka niezależnych inicjatyw: STS, parę ciekawych pism itd. SZSP zaś od początku będzie przybudówką PZPR. Z grupą przyjaciół przepisuje na maszynie ulotki wzywające do manifestacji przeciw SZSP (nie istnieją jeszcze kserokopiarki, nieliczne powielacze mają jedynie instytucje państwowe i nikt niepowołany nie może z nich skorzystać, nawet maszyny do pisania są rzadkością, a na dodatek odbitki czcionek niektórych są zarejestrowane w archiwach SB, co grozi dekonspiracją). Większość krakowskich studentów przyjmuje jednak połączenie organizacji młodzieżowych bez oporów. 
„Anarchiści” sądzą, że uda się im przetrwać w niszy: chcą żyć we własnym świecie książek, wierszy, wewnątrzgrupowych dyskusji, mając nadzieję, że w ten sposób unikną kontaktu z „brudną” rzeczywistością. Planują co najwyżej założyć niezależne pismo – wcale nie opozycyjne, a jedynie literackie, bo to kultura ich najbardziej wówczas interesuje.
Rychło jednak polityka sama się nimi zajmuje. Bo dla władzy wszystko jest polityczne: Dylan Thomas czy Kerouac, długie włosy i to, że nosi się kurtkę lotników amerykańskich (choćby z naszytą pacyfką – bo pacyfizm komuniści dopuszczają, ale tylko u hippisów z Zachodu). By władzę zirytować, wystarcza jakakolwiek odmienność od sztancy.
W maju 1976 r. zaczynają się wezwania na przesłuchania oraz zatrzymania. SB chce mieć „anarchistów” pod kontrolą – choć nie są grupą polityczną, ale kontestują, a to już milicji wystarczy. Nikt nie ma pojęcia jeszcze, że można odmawiać zeznań. Mówią więc zwykle wszystko, jak na spowiedzi. Niektórzy – choćby Wildstein – próbują grać z przesłuchującymi: pleść ogólniki o szeroko pojętej kulturze, opowiadać o ideach itd. SB-cy straszą pobiciem, więzieniem. Zatrzymani nie wiedzą zaś, że bez sankcji prokuratorskiej powinni zostać zwolnieni po 48 godzinach.
W Krakowie ujawniają się i inne grupki niezależne. Kilku harcerzy ze szczepów Słowiki i Huragan zakłada tajną organizację Mieczyki (m.in. Anna Krajewska, Zdobysław Milewski, Ryszard Pawłowski, Beata Surówka). Spotykają się w harcówce, której podłogę wyścielają na ten czas zdjęciami Lenina. Uczą się prawdziwej historii, za wzór mają Szare Szeregi. Przed świętami państwowymi zrywają czerwone flagi.
Wszystkie te środowiska istnieją jednak osobno. Dość powiedzieć, że choć Kraków jest małym miastem, to hippisujący „anarchiści” nie kontaktują się z grupką skupioną wokół również niegdyś mocno hippisującego Ryszarda Terleckiego, która też próbowała kontestować system.
Pierwszym momentem integrującym jest akcja zbierania podpisów pod protestem przeciwko planom umieszczeniu w konstytucji zapisu o przewodniej roli partii komunistycznej i o sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Zdarza się, że na jednym wykładzie krążą dwie kopie protestu – każda pochodzi z innego środowiska: a to z Beczki, a to od „harcerzy”. A że podpisują także ludzie dotąd niezaangażowani (m.in. Grzegorz Małkiewicz, Wojciech Sikora), więc siłą rzeczy tworzy się nowy krąg. Tyle że są to jednostki. Większość studentów jest obojętna lub się boi: niektórzy nie chcą nawet przeczytać protestu. 
Drugą okazję do poznania się „niezależnych” daje prof. Marian Stępień, wice dyrektor Instytutu Filologii Polskiej UJ. Późną jesienią 1976 r. releguje z uczelni Wildsteina. Powodem mają być względy dyscyplinarne. Grupa z „Beczki” proponuje „anarchiście” pomoc. Kiedy pod listem protestacyjnym podpisuje się blisko 100 studentów, władze przywracają Wildsteina na studia. Najważniejsze okazuje się jednak spotkanie dwóch środowisk. 
Ojciec Jan Andrzej Kłoczowski OP:
– Dla tzw. anarchistów ważne było odkrycie, że katolicy to nie są tylko trusie, zajmujące się klepaniem różańca, lecz także ludzie, którzy potrafią się skutecznie i odważnie zaangażować w sprawy społeczne. Z kolei tzw. katolicy przekonują się, że „anarchiści” to nie żadne prymitywy, interesujące się jedynie wódką i narkotykami, lecz ludzie inteligentni, oczytani, ciekawi świata i również odważni 
Zima 1976 to także zbiórka podpisów pod zainicjowanym przez KOR wnioskiem o powołanie specjalnej komisji poselskiej do zbadania przebiegu zajść 25 czerwca 1976 w Radomiu i Ursusie oraz postępowania MO i SB wobec protestujących robotników. W Krakowie akcję organizują studenci – chcą, by był to sygnał środowiska akademickiego. Pesymiści sądzą, że podpiszą go jedynie sami organizatorzy – czyli góra dwadzieścia osób. Optymiści: że uda się zebrać z 50 podpisów. Chodzą od akademika do akademika. List podpisuje ponad pół tysiąca osób. Wprawdzie niektórzy każą się potem skreślać i wymazywać, by nie został ślad po ich nazwisku, lecz mimo wszystko liczba jest niesamowita. To kolejny przełom.
Coraz szerszy zasięg przybiera samokształcenie (niezależne dyskusje w prywatnych mieszkaniach), do Krakowa zaczynają docierać wydawnictwa drugiego obiegu – głównie Komunikaty i Biuletyny Informacyjne KOR, niektóre są tu przepisywane.
Zimą 1976 r. w Gorcach odbywa się dyskusja opozycyjnej młodzieży z Warszawy i Krakowa, a w kwietniu 1977 r. środowisko krakowskie (m.in. Sonik, Ruszar, Maleszka) spotyka się – także w górach – z działaczami KOR. 
Na pierwsze niezależne inicjatywy SB reaguje rewizjami, inwigilacją oraz próbami nieformalnych przesłuchań i werbunku.

III. Dzień wstrząsu, czas próby

Reakcją na śmierć Staszka było z jednej strony poczucie bezradności. Z drugiej: chęć, by nie puścić im tego płazem. 
Józef Ruszar

W sobotę 7 maja 1977 roku o godz. 7 rano w bramie przy ul. Szewskiej 7 dwie pracownice mieszczącej się tam cukierni „Kropka” znajdują ciało Stanisława Pyjasa. Zwłoki leżą na brzuchu, w kałuży krwi. Milicja ustala, że śmierć nastąpiła ok. godz. 3 w nocy wskutek obrażeń głowy. Rychło Sekcja Zabójstw MO oddaje prowadzenie śledztwa w ręce SB. 
Koledzy Pyjasa podejrzewają, że zginął on w wyniku pobicia przez funkcjonariuszy SB, którzy od dłuższego czasu śledzili zaangażowanego w działalność opozycyjną studenta. Cenzura odmawia zgody na wydrukowanie klepsydr, a gazety zamieszczenia ogłoszenia o nabożeństwie za duszę Pyjasa. Pogrzeb, który odbywa się w Gilowicach k. Żywca, jest obserwowany przez SB. 
Do Krakowa z Warszawy wyrusza grupa współpracowników KOR. Przywożą powielacz oraz wydrukowane w stolicy klepsydry i ulotki z oświadczeniem KOR. Przyjaciele Pyjasa rozwieszają je na Szewskiej, w Rynku Głównym i miasteczku akademickim. SB szybko je zrywa, więc próbują innego sposobu: w kilku punktach miasta głośno czytają informacje o śmierci kolegi i wzywają do bojkotu dorocznej studenckiej zabawy – Juwenaliów oraz przekształcenia ich w uroczystości żałobne. 
Pomysł staje się dla nich samych przełomem. Po pierwsze, nie mają żadnego doświadczenia w wystąpieniach publicznych – tymczasem muszą wyjść na ulicę i przemawiać do przechodniów. Czasy są takie, że ludzi szokuje nawet to, że ktoś głośniej mówi na ulicy – w imię porządku milicja interweniowała nawet wobec hałasujących chorych psychicznie. Po drugie, wygłaszają teksty antypaństwowe. Dla wszystkich oczywiste jest, że zaraz zostaną aresztowani – i to nie na 48 godzin, lecz na dłużej. Okazuje się jednak, że krakowianie nie tylko słuchają przemawiających, ale nawet bronią ich przed zatrzymaniami. Sami studenci zresztą zaczynają stawiać opór próbującym ich aresztować milicjantom – co też jest nową jakością. 
Więcej: do przemawiających zgłaszają się ochotnicy z ulicy (wśród nich harcerze z Mieczyków) – chętni do rozdawania i przepisywania ulotek. 
W nocy z 14 na 15 maja w mieszkaniu Liliany Batko na Grodzkiej 23/5 zapada decyzja o powołaniu Studenckiego Komitetu Solidarności. Organizatorzy uroczystości żałobnych zdają sobie sprawę, że są już znani bezpiece i możliwe są aresztowania. Nie chcą zniknąć anonimowo – więc wzorem KOR-u uznają, że jedyną szansą na uniknięcie represji jest ucieczka do przodu: upublicznienie swych nazwisk przez powołanie jawnego ciała czy ruchu. W „Oświadczeniu” proklamującym Studencki Komitet Solidarności domagają się wyjaśnienia śmierci Pyjasa, uznają SZSP za organizację skompromitowaną i wyrażają solidarność z KOR-em. Oświadczenie podpisuje – imieniem i nazwiskiem – 10 osób, tzw. rzeczników SKS. Jest jasne, że sygnowanie takiego tekstu może służyć za postawę do skazania na długie więzienie. Mimo to podają swe adresy, pod które mogą zgłaszać się chętni do udziału w ruchu. 
15 maja rano w bazylice Dominikanów zostaje odprawiona Msza w intencji Pyjasa. Bierze w niej udział ok. 2,5 do 5 tys. osób. Po Mszy pochód z czarnymi flagami rusza na Szewską, gdzie uczczono pamięć zmarłego chwilą ciszy i poinformowano o aresztowaniu współpracowników KOR-u, jadących na uroczystości żałobne z Warszawy, Lublina i innych miast. Zaproszono też do udziału w wieczornym marszu żałobnym na Wawel. O godzinie 21 z domu przy Szewskiej zdjęto czarne flagi i wielotysięczny pochód przy świetle zniczy przechodzi ul. Grodzką – w szpalerze funkcjonariuszy SB i milicji – w kierunku Wawelu, gdzie odczytano deklarację o powstaniu SKS. Plantami dociera też – w ciemności, bo na trasie przemarszu wygaszono latarnie – drugi pochód. 
Rewolucyjna gorączka szybko mija.

IV. Akcje

Nie było tak, że codziennie szóstkami szliśmy, akcja za akcją, i odfajkowywaliśmy sukcesy.
Zbigniew Jankowski „Jankes”

Jesienią 1977 r. SKS-y powstają w Warszawie, Trójmieście, Poznaniu i we Wrocławiu. Nie udaje się powołać SKS w Łodzi ani w Lublinie. 
Jacek Kuroń: – Tylko w Krakowie i Wrocławiu SKS-y stały się na tyle silne, że pełniły rolę głównej siły opozycyjnej. SKS w Warszawie został przygnieciony siłą KOR-u: jeśli ktoś decydował się na zaangażowanie, to robił to w ramach ruchu KOR-owskiego, a nie w SKS-ie. W Gdańsku było podobnie – tyle że liderem okazał się Ruch Młodej Polski i Wolne Związki Zawodowe. 
W Krakowie nadal zbierane są podpisy pod deklaracją poparcia dla SKS. W maju nauczyli się mówić do tłumu. Gdy zaczął się nowy rok akademicki, łatwiej więc wejść im na sale wykładowe przed lub po zajęciach i opowiadać o SKS-ie. Zaraz na początku urządzają też happening: jako że SZSP w „Gołębniku”, gmachu Instytutu Filologii Polskiej UJ, prowadzi nabór nowego rocznika, więc i oni stawiają naprzeciw stolik, przy którym można podpisać deklarację SKS. Wtedy jest to brawura.
Wiedzą już, jak ważna jest socjotechnika: nie można proponować przypadkowym ludziom, by podpisali się na liście jako pierwsi, a teksty oświadczeń nie mogą być za długie. W sumie od maja pod deklaracją poparcia dla SKS podpisało się ok. 2 tys. studentów.
Wybucha dyskusja, czym mają być SKS-y: rodzajem niezależnego związku zawodowego studentów, walczącego o sprawy socjalne czy studenckim ruchem opozycyjnym, nie ograniczającym się do kwestii środowiskowych.
Jacek Kuroń: – Były rozmowy: Jak zainteresować studentów SKS-em? Jakie sprawy podjąć, by ich przyciągnąć? Czy nie wchodzić w samorządy? Itd. Ale to była w dużej mierze dyskusja uboczna – bo ludzie zaangażowani w SKS-y byli nastawieni na bycie opozycją, a nie na rolę związku zawodowego. Rozumieli, że trzeba przyciągać młodzież przez chwytliwe hasła i akcje. Chociażby wystąpić z żądaniem, by każdy miał paszport w szufladzie, a nie – jak dotąd – musiał składać wniosek i chodzić na milicję za każdym razem, gdy chce wyjechać za granicę. Tyle że starali się łączyć to z tłumaczeniem, iż ograniczenia swobody podróżowania są skutkiem totalitarnego systemu. Podobnie było z RES-ami, czyli cenzurą w bibliotekach. Traktowanie SKS-u w Krakowie jako studenckiej przybudówki opozycji byłoby z naszej strony i głupotą, i utopią. Ludzie, którzy wtedy byli zdolni samodzielnie działać, nie mogli i nie chcieli być traktowani jak proteza. Mieli dobrze rozumiane ambicje. 
Już 5 października 1977 r. krakowski SKS zaczyna pierwszą akcję: kampanię przeciw ograniczeniom w korzystaniu z bibliotek uczelnianych. Wedle zarządzenia rektora UJ w nowym roku akademickim z Biblioteki Jagiellońskiej nie mogą być wypożyczane studentom do domów „druki polskie do 1968 r. włącznie” oraz „beletrystyka wydana do 1969 r.”. Co więcej, rektor zaleca wypożyczanie studentom jedynie książek ściśle związanych z tokiem studiów. Interwencja okazuje się skuteczna: zarządzenie cofnięto. 
SKS postanawia iść za ciosem: wybucha bitwa o tzw. RES-y. Chodzi o wydany przez ministra szkolnictwa zakaz udostępniania studentom wydawnictw uznanych za „wrogie ideologicznie lub politycznie, nawołujące do walki zbrojnej przeciwko PRL lub państwom zaprzyjaźnionym, szerzenia niepokoju publicznego itp.”. Są one oznaczone sygnaturą „Res. spec.”. Na krakowskich uczelniach i w akademikach pojawia się „Oświadczenie SKS” informujące o istnieniu „druków zakazanych” i podające przykłady książek, których nie umieszczono w Katalogu Głównym Jagiellonki: poezje Wierzyńskiego i Miłosza, proza Hłaski i Gombrowicza, prace Pobóg-Malinowskiego, Kołakowskiego itd. SKS apeluje do studentów i pracowników naukowych „o indywidualne lub zbiorowe akty poparcia” dla likwidacji RES-ów. Rektorom zaś proponuje publiczną dyskusję nad statusem „publikacji niedostępnych” – dopuszcza, by niektóre książki „ze względu na swą treść” objąć szczególnymi zasadami, decydować o tym winna jednak specjalna komisja „pracowników naukowych i studentów”. Na UJ i AGH zbierane są podpisy pod rezolucją w tej sprawie. Odzewu już nie ma, lecz problem „prohibitów” nabiera w środowisku akademickim wymiaru publicznego. 
Podobny charakter ma tzw. akcja paszportowa, prowadzona przez SKS w roku akademickim 1978/79. Idzie o wywołanie dyskusji nad ograniczeniami zagranicznych wyjazdów studentów: do otrzymania paszportu na wyjazdy wakacyjne na Zachód niezbędny była zgoda rektora, który mógł uzależnić ją od „postawy moralnej i politycznej” studenta (opinię wyrażała też Rada Uczelniana SZSP). Zdarzało się, że w zamian za pozytywną ocenę usiłowano wymusić na studentach zaprzestanie aktywności opozycyjnej. SKS przypomina, że PRL ratyfikowała Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych, który przewiduje, że „każdy człowiek ma prawo opuścić jakikolwiek kraj, włączając własny”. Największym sukcesem akcji paszportowej jest doprowadzenie do serii publicznych dyskusji, w których biorą udział także aktywiści SZSP i przedstawiciele władz UJ – co jest równoznaczne z uznaniem roli SKS-u na uczelni.
SKS popiera też spontaniczne inicjatywy studentów. Kiedy grupa mieszkańców akademika „Żaczek” zaczyna walkę o poprawę warunków socjalnych i o autentyczne wybory do Rady Mieszkańców, przyłączają się mieszkający tam sympatycy SKS – i udaje się odnieść częściowy sukces. Pomysł, by przejmować samorządy uczelniane, nie zyskuje jednak w krakowskim SKS-ie poparcia. Decydujące jest tu doświadczenie Wrocławia, gdzie udało się wprawdzie wprowadzić do władz samorządu studenckiego ludzi SKS-u, władze szybko jednak spacyfikowały tak niezależne struktury. Kiedy jednak w 1980 r. kilku zbuntowanych działaczy SZSP proponuje rozwiązanie tej organizacji i powołanie w jej miejsce autentycznego przedstawicielstwa studenckiego, SKS udziela im poparcia – tak w sensie ideowym, jak i przez druk ulotek i oświadczeń „rewizjonistów”.
Od początku – od 22 października 1977 r. – działa też Klub Dyskusyjny SKS-u. Pierwszym gościem jest Leszek Moczulski. W wykładzie uczestniczy ponad 100 osób. Niezależne odczyty, wieczory autorskie oraz regularne seminaria z historii najnowszej i ekonomii stają się jedną z najważniejszych – bo mających największy odzew studentów – sfer działalności SKS-u. W styczniu 1978 r. grupa niezależnych naukowców, chcących organizować poza strukturami oficjalnymi wykłady na tematy pomijane bądź fałszowane na państwowych uniwersytetach, zawiązuje Towarzystwo Kursów Naukowych. SKS włącza się do jego prac: znajduje mieszkania na prelekcje, rozlepia plakaty na uczelniach itd. Kiedy zaś w lutym 1978 r. milicja wkracza na wykład Adama Michnika w mieszkaniu Sonika przy Floriańskiej 43 (tuż obok kawiarni Jama Michalika), zebranych 120 sympatyków SKS-u broni prelegenta przed aresztowaniem. 
Równolegle prowadzone są cykle spotkań samokształceniowych w ramach Duszpasterstwa Akademickiego – tu też pomagają działacze SKS-u. Renomę wykraczającą poza środowisko studenckie zyskują zwłaszcza odczyty i wieczory literackie w klasztorze Norbertanek na Salwatorze.
SKS stara się również objąć samokształceniem młodzież szkół średnich – latem 1978 organizuje pierwszy obóz wakacyjny dla kilku licealistów, połączony z prelekcjami, dyskusjami, lekturą wydawnictw drugiego obiegu, snuciem planów uruchomienia niezależnego pisma młodzieżowego. Potem ludzie SKS-u prowadzą kilka licealnych grup samokształceniowych.
Nie udaje się za to nawiązać szerszych kontaktów ze środowiskiem robotniczym. Działacze SKS próbują wprawdzie kolportować przed zakładami pracy KOR-owskiego „Robotnika”, ale z zainteresowaniem bywa różnie. Znamienne, że także kilku związanych z opozycją krakowskich robotników i inżynierów nie jest w stanie stworzyć wśród swoich załóg żadnego zaplecza. 
Lepiej idzie z chłopami: to związany z SKS-em Józef Baran organizuje w Rzeszowskiem i Przemyskiem opór chłopów przeciw odbieraniu ziemi przez Państwowe Gospodarstwa Rolne, współredaguje i kolportuje niezależne pisma chłopskie „Placówka” i „Gospodarz”.
Specyficzną – bo w założeniu zakonspirowaną – sferą działalności SKS-u staje się własna poligrafia. Już jesienią 1977 r. ukazuje się pierwszy numer pisma Studenckich Komitetów Solidarności „Indeks” – drukowany jest jednak w Warszawie. Pierwsze dwa numery wychodzą w niewielkim nakładzie, a po trzecim inicjatywa pada wobec trudności z komunikacją między członkami redakcji z różnych miast (wtedy mało kto ma telefon, a jeśli już, to SB może podsłuchiwać rozmowy). Pismo zostaje wznowione – już w Krakowie – dopiero zimą 1979 r. 
Pierwsze samodzielnie wykonane druki są dziełem Bronisława Wildsteina i Jana Piekły. Robią je dzięki pomocy jednego ze znajomych, w którego zakładzie pracy jest powielacz spirytusowy, niezarejestrowany, o dziwo, w kartotekach SB, bo kiedy po maju 1977 policja brała próbki druku ze wszystkich powielaczy w mieście, to podsunięto jej jakieś lewe wydruki. Wynoszą na noc powielacz, przewożą do domu krewnego Piekły – starszego pana, byłego AK-owca, drukują i rano oddają maszynę. Sukcesem jest powielenie 200-300 kopii ulotek. Jest jeszcze jeden kłopot: do druku używają denaturatu. Pomieszczenie drukarni jest malutkie, więc przez noc nasiąkają charakterystycznym zapachem, a opary powodują zawroty głowy. Kiedy więc rano jadą do domu się przespać, to choć w tramwaju jest wściekły tłok, koło nich robi się pusto. Wildstein ma na dodatek długie włosy i nie chodzi ubrany wyjściowo... Potem uczą się – jak wszystkiego, metodą prób i błędów – neutralizować denaturę węglem. 
W maju 1978 r. ukazuje się „Sygnał” – pismo wydawane i drukowane już samodzielnie przez krakowski SKS. Pierwsze numery ograniczają się do informacji o represjach, spotkaniach samokształceniowych, regułach zachowania się w razie przesłuchań. Rychło jednak „Sygnał” zaczyna zamieszczać publicystykę (m.in. próbuje dokonać bilansu działalności SKS-u), analizy (m.in. założeń ruchu non violence), a także felietony, wiersze oraz sygnały o absurdach życia w PRL. Redakcja prosi o przekazywanie uwag dotyczących pisma i zamieszczonych artykułów. Zaprasza też czytelników do współpracy. Odzewu nie ma. Pod nazwiskiem godzą się pisać jedynie i tak już znani policji opozycjoniści. W sumie ukazuje się 8 numerów „Sygnału”. W lutym 1980 r. wpada jednak cały nakład i pismo pada.
Szefem poligrafii krakowskiego SKS-u zostaje Andrzej Mietkowski. Jego i innego SKS-owca Ziemowita Pochitonowa druku na powielaczu białkowym uczy w Warszawie Mirosław Chojecki z KOR-u. Pokazuje, jak na szybie rozrobić farbę z pokostem i jak używać tzw. ramki – czyli obciągniętej szyfonem drewnianej ramy. W Krakowie są jednak problemy ze sprzętem. Nawet dostęp do papieru jest reglamentowany: nie tylko, jak wszystkiego, brakuje go w sklepach, ale w razie prób zakupu większej ilości sprzedawczynie zobowiązane są informować SB. Nie bez powodu SKS kieruje do sympatyków prośby o przekazywanie wszelkich materiałów poligraficznych. 
Za pomocą nowej techniki udaje się jednak w ciągu nocy powielić od 800 do 1000 egz. ulotek. Nakład melinowany jest najczęściej w akademikach AGH, bo panuje opinia, że SB nie wchodzi do domów studenckich. Akademiki służą zresztą czasem i za drukarnie. W nieczynnych toaletach nad klubem studenckim „Perspektywy” przy ul. Reymonta Mietkowski drukuje pierwszą pozycję Krakowskiej Oficyny Studentów – związanego z SKS-em wydawnictwa drugiego obiegu. Książką tą jest „Budowanie niepodległej” Moczulskiego. Część nakładu kolejnego tytułu, „Dziennika węgierskiego” Woroszylskiego, zajmuje SB. KOS wydaje potem m.in. „Cienie zapomnianych przodków” Michnika, „Krzyże i miecze” Wierzyńskiego oraz tomiki Zagajewskiego i Krynickiego. Drukuje też ulotki SKS-u. Od sierpnia 1978 r. Oficyną zawiaduje Henryk Karkosza, autor oryginalnej metody sitodruku.
SKS ma też własne biblioteki wydawnictw niezależnych – tę dla studentów UJ prowadzi Ewa Kulik, a dla AGH Andrzej Włoszczyk. W każdej prócz prasy opozycyjnej można pożyczyć ok. 100 tytułów książkowych. 
Walce z propagandą mają też służyć tzw. desanty na otwarte zebrania PZPR i spotkania z luminarzami władzy. Sympatycy SKS-u zadają tam niewygodne pytania bądź referują stanowisko opozycji. Reakcje są różne: od przerwania spotkania (tak jest podczas dyskusji z b. szefem Komitetu ds. Radia i Telewizji Sokorskim) przez wyzywanie studentów od prowokatorów (rektor UJ Hess i minister ds. wyznań Kąkol) po próby tłumaczenia oficjalnego stanowiska przez ludzi partii (sekretarz uczelnianej PZPR Jaskiernia). Zawsze jednak udaje się zwrócić uwagę na istnienie SKS-u. Pozyskiwaniu nowych ludzi służyć mają też dyżury rzeczników SKS w krakowskich kawiarniach i Klubie MPiK, a następnie w mieszkaniu Bronisława Wildsteina (te jednak blokowała już systematycznie milicja). W czerwcu 1979 r. podczas wizyty Papieża SKS prowadzi w mieszkaniu Sonika niezależne biuro dla dziennikarzy zachodnich. Ma to być konkurencja dla reżimowych agencji informacyjnych. Korespondenci mogą skorzystać nie tylko z nieocenzurowanego serwisu nt. pielgrzymki, ale i zdobyć wiadomości o opozycji demokratycznej i sytuacji w Polsce. Na gościach wrażenie robi i to, że grupa młodych ludzi urządza opozycyjne biuro informacyjne, choć pod kamienicą dyżurują non stop funkcjonariusze policji w cywilu. 
Dużą wagę SKS przywiązuje do informowania o represjach SB. Organizuje też protesty wobec szykan ze strony władz uczelni. Pierwszym bronionym jest Ziemowit Pochitonow. W listopadzie 1977 r. na 3 miesiące przed terminem obrony pracy magisterskiej rektor Akademii Rolniczej skreśla go z listy studentów – pomimo że Pochitonow ma średnią ocen „4”, nigdy nie powtarzał roku i nie korzystał z urlopów dziekańskich. Formalnym powodem jest nieuzyskanie zaliczenia z angielskiego (podobne decyzje podjęto wobec ok. 30 studentów, ale rychło je anulowano – rektor AR utrzymuje sankcję jedynie wobec Pochitonowa motywując to „całokształtem jego postawy”). SKS apeluje o poparcie Pochitonowa. Przypomina, że z uczelni we Wrocławiu, Łodzi i Poznaniu także usuwano „nieprawomyślnych”. Trwa zbiórka podpisów pod petycją w tej sprawie, a na niektórych wydziałach uchwalane są rezolucje protestacyjne. Bez skutku.
W listopadzie 1978 r. krakowski SKS bierze udział w zorganizowanym przez KOR „eksporcie rewolucji” do Katowic – czyli kolportażu ulotek protestujących przeciwko pobiciu, a następnie skazaniu na dwa miesiące więzienia Kazimierza Świtonia, założyciela śląskich Wolnych Związków Zawodowych. Rok później to SKS inicjuje podobną akcję w Warszawie – chodzi o okazanie solidarności z uwięzionymi w Czechosłowacji działaczami Komitetu Obrony Niesprawiedliwie Prześladowanych – sygnatariuszami Karty 77. Do stolicy jedzie z Krakowa ok. 20 osobowa grupa – manifestację przed Ośrodkiem Kultury CSRS uniemożliwia jednak milicja, aresztując potencjalnych demonstrantów – co ważne, dzieje się to w centrum miasta, na oczach wracających z pracy warszawiaków.
Osobnym rozdziałem jest rok 1980. Wiosną udaje się rozprowadzić aż 30 tys. ulotek i afiszy wzywających do bojkotu wyborów do sejmu i rad narodowych. Ale paradoksalnie większość SKS-owców ma poczucie wypalenia. Działalność wydawnicza, edukacyjna, petycyjna przestają satysfakcjonować, a nie widać pomysłu na następny etap. Panuje wrażenie, że SKS ciągnie już resztkami sił. Choć dołączają co jakiś czas nowe osoby, to dotąd napęd nadawali Ojcowie Założyciele z 1977 r. Kiedy zaczynają się oni wykruszać (kończą studia, zakładają rodziny), słabnie dynamika ruchu. 
Optymiści dowodzą, że cała historia SKS-u składa się z okresów większej bądź mniejszej aktywności; że nie wszystko zależy od pomysłów i sił, bo ważne są też okoliczności zewnętrzne: sytuacja w kraju, presja milicji czy reakcja władz, a swoje robi nawet cykl życia akademickiego, bo wiadomo: podczas sesji ludzie uczą się do egzaminów, a w czasie wakacji wyjeżdżają. Oni też powtarzają o konieczności pracy długofalowej. Mało kto przewiduje wybuch Sierpnia ’80. 
Wieści o strajkach zbiegają się z falą prewencyjnych zatrzymań (SB stosuje prostą metodę: zwalnia zatrzymanego po przepisowych 48 godzinach, by niemal za rogiem komisariatu zatrzymać go na kolejne dwie doby) bądź aresztów domowych bodaj wszystkich aktywistów SKS-u, którzy nie wyjechali na wakacje. Do Stoczni Gdańskiej przedostają się jednak m.in. Bronisław Wildstein i Anna Krajewska – pomagają w drukarni i sekretariacie komitetu strajkowego. Przebywająca akurat w Warszawie Ewa Kulik po aresztowaniu Kuronia prowadzi opozycyjne centrum informacyjne dla dziennikarzy zagranicznych. 
31 sierpnia ok. godziny 13 Andrzej Mietkowski, Wojciech Sikora i Bronisław Wildstein otrzymują trzymiesięczną sankcję prokuratorską pod zarzutem „szerzenia wrogiej propagandy” i „przynależności do związku mającego na celu przestępstwo” (kara od 6 miesięcy do 5 lat więzienia). Trzy godziny później rząd i Międzyzakładowy Komitet Strajkowy podpisują Porozumienie, w którego aneksie mowa jest o zwolnieniu opozycjonistów – a wśród nich SKS-owskiej trójki. Z więzienia na Montelupich wychodzą jednak dopiero 1 września w południe. W świadectwie zwolnienia Sikory widnieje uwaga, że do 3 września ma się on zameldować na komendzie MO w miejscu zamieszkania. 

V. Areszty i bale
 

Kiedy się już weszło w SKS, poświęcało mu się mnóstwo czasu. To była robota dzień w dzień. Życie prywatne i studia to też był SKS – ten sam krąg ludzi itd. 
Zbigniew Skóra

SKS nie ma formalnej hierarchii. Nawet osoby podpisane jako rzecznicy niekoniecznie są najaktywniejsze i mają najwięcej władzy: niekiedy o wyborze decyduje to, że chętny studiuje na innej niż UJ uczelni – chodzi o to, by pokazać, że SKS jest ruchem ogólnoakademickim. Nawet w komunikatach o nowych rzecznikach (przed każdym rokiem akademickim powoływano nowy skład: zasadą jest bowiem, że nie mogą nimi być ludzie, którzy ukończyli już naukę) podkreślano, że nie posiadają oni „żadnych uprawnień formalno-prawnych wobec studentów, w szczególności nie tworzą organu zarządzającego”.
Jest za to hierarchia realna: większość decyzji podejmują ludzie, którzy najwięcej robią. Liderowanie nie polega jednak na wydawaniu dyrektyw. Dlatego trudno jest ustalić, kto wpadł na pomysł poszczególnych akcji – w sprawie „Resów”, paszportów itd. To, że zebrania SKS najczęściej odbywają się w mieszkaniach Bogusława Sonika i Liliany Batko, ma prozaiczną przyczynę: mają oni samodzielne mieszkania, do których może przyjść większa grupa ludzi i nikomu to nie przeszkadza. Inni bowiem mieszkają w akademiku, na stancjach albo z rodzicami.
Jacek Kuroń: – Kraków był rewelacyjny: byli zdolni i do zorganizowania, i do napisania. Tylu tam było wspaniałych, że nie mogło być jednego wodza.
Nieformalny charakter ruchu ma i ten skutek, że wiele pomysłów upada: a to ktoś czegoś nie dopilnował, a to ktoś coś zlekceważył. Często zdarza się, że choć ustalono godzinę spotkania, by – na przykład – opracować tekst kolejnego oświadczenia, to większość ewentualnych sygnatariuszy się spóźnia, a tymczasem gdzieś czekają drukarze z rozrobioną farbą, dla których czas grał rolę, bo wpadka przy druku może skończyć się więzieniem. Nic dziwnego, że co bardziej odpowiedzialni wołali, by w imię większej sprawności wprowadzić choćby minimum dyscypliny. Bez powodzenia.
Struktury organizacyjne są niemożliwe z jeszcze jednego powodu: środowisko jest w gruncie rzeczy mikroskopijne. Lesław Maleszka do opisania struktury SKS używa stosowanej w politologii do analizy oporu społecznego w krajach totalitarnych teorii trzech kręgów. Wedle niej jądro SKS-u stanowiło 20-30 najbardziej zaangażowanych i zdecydowanych na każdą akcję osób. Krąg drugi to 300-400 chętnych do pomocy sympatyków: gotowych podpisać petycję, kolportować bibułę, przechować matryce – ale już nie urządzić we własnej piwnicy drukarnię czy rozdawać ulotki. Mówi się o nich: peleton, który „kręci się przy SKS”. Krąg trzeci – największy, bo szacowany na 2 tys. osób – to czytelnicy drugiego obiegu, słuchacze wykładów TKN i niezależnych dyskusji w klubach studenckich, czasem próbujący działać w samorządzie. Ale nic więcej. 
W efekcie dochodzi do tego, że doskonale znany policji Ziemowit Pochitonow zająć się musi SKS-owską poligrafią, która, teoretycznie, ma być zakonspirowana. Po prostu: nie ma chętnych do druku ulotek i książek. 
Mimo ograniczonego kręgu działaczy, Służbie Bezpieczeństwa udaje się wprowadzić do SKS-u swoich informatorów. Pierwszym ujawnionym jest Mariusz Nowak, funkcjonariusz SB, który dostaje się do SKS jako student Wyższej Szkoły Pedagogicznej (przyjęto go chętnie, bo SKS miał tam niewielu sympatyków). Kiedy zimą 1979 r. zostaje zdemaskowany, ogłasza w „Magazynie Studenckim” tekst pt. „Solidarni”, w którym oskarża czołówkę SKS o nadużycia finansowe i manipulowanie studentami. Są też inni: „Ketman”, czyli Lesław Maleszka, ale również prawdopodobnie „Zbyszek”, „Staszek”, „Robert”, „Monika”, „Szwed”, „Jacek”, „Jerzy” oraz „Mirek”, „Igor” i „Relaks”. Że w SKS muszą być agenci, było jasne. Wzorem KOR przyjęto jednak zasadę: nie zajmujemy się tym, kto jest TW, bo lepiej już mieć go w swoim gronie niż się wzajem podejrzewać. Inwigilacja nie miała też znaczenia o tyle, że SKS przyjął formułę działalności jawnej, SB znało nazwiska rzeczników itd. Ale plotki, że ktoś donosi, co jakiś czas się pojawiają. Co do poligrafii czy innych grożących wpadką zajęć, obowiązuje reguła: jak nie musisz, nie wiedz. Zakłada się, że więcej szkód niż agenci, wyrządzić mogą zbyt gadatliwi koledzy. 
Podczas zatrzymań dyrektywa brzmi: odmawiać odpowiedzi na pytania. Nie jest to łatwe – szczególnie podczas pierwszych przesłuchań. Jeśli zaś już się złamiesz i coś powiesz lub podpiszesz, natychmiast to ujawnij. Okazuje się to najskuteczniejszą metodą wobec SB. Ta stosuje klasyczne metody: z jednej strony straszy biciem (czasem groźby są spełniane – tak na komisariatach, jak na ulicy), usunięciem z uczelni, sankcjami wobec rodziców, z drugiej obiecuje łagodne traktowanie. Fale zatrzymań i rewizji raz opadają, raz rosną. Co częściej zatrzymywani przyzwyczajają się: najbardziej doskwiera im panujący na komendach brud. Niektórzy czas w celi wykorzystują nawet na lekturę. Co pewien czas nasila się też inwigilacja. Poddani jej szybko uczą gubić „ogony” przez korzystanie z przechodnich bram, które można za sobą zamknąć czy odpowiednie przesiadanie się z tramwajów – tyle że przy silnej obstawie nie gwarantuje to sukcesu.
Formą represji są również grzywny wymierzane przez kolegia ds. wykroczeń – zwykle pod pretekstem zakłócenia porządku publicznego – oraz rozmowy ostrzegawcze z władzami uczelni (ich styl zależał od prowadzących – raz sprowadzały się do wygłoszenia kilku oficjalnych formułek, kiedy indziej dochodziły groźby i wrzaski). Ewenementem jest podanie Bogusławowi Sonikowi podczas pielgrzymki do Częstochowy latem 1978 r. narkotyków w jedzeniu. Dezinformacyjne oddziaływanie mają mieć fałszywki: zwłaszcza ta z grudnia 1977, kiedy to na uczelniach i w akademikach pojawia się tekst podpisany nazwiskami członków SKS-u, potępiający „rozwiązłość i znaczny rozkład zasad moralnych, występujący w studenckiej społeczności” i żądający likwidacji koedukacyjnych akademików. 
Równocześnie SKS-owcy starają się prowadzić normalne studenckie życie. Organizują więc choćby imprezy i bale – te zwykle u Róży Woźniakowskiej, której rodzice mają duże mieszkanie. Tańczy się i rozmawia. A że do profesorostwa Woźniakowskich przychodzi też w gości krakowska arystokracja, więc jest okazja do spotkania dwóch różnych środowisk, pokoleń, stylów życia. 
Okazją do zabawy połączonej z polityczną manifestacją są też SKS-owskie śluby i zaręczyny. Głośny staje się ślub Batko i Sonika u Dominikanów, na który zjeżdża czołówka opozycji. Adam Michnik przywozi transparent „Szczęścia Kochanym Sonikom” z odpowiednio pogrubionymi pierwszymi literami każdego z wyrazów. 

VI. Prowokatorzy! Bohaterowie!

Panował pogląd, że jeśli ktoś coś robi przeciwko władzy i państwu, to albo jest prowokatorem, albo szaleńcem.
Bronisław Wildstein

Reakcje otoczenia opozycjonistów na ich działalność są krańcowo odmienne. Niektórzy rodzice z obawy o los dzieci zakazują im spotykania się z przyjaciółmi z SKS-u. Jeden z ojców, przyciśnięty przez SB, szantażuje syna samobójstwem, jeśli ten nie przerwie działalności. Inni nie tylko karmią i goszczą, czym mogą, towarzystwo córki czy syna, ale też potrafią przychodzącym na rewizję funkcjonariuszom urządzić ostrą awanturę. Jest mama, która pomaga wynieść z obstawionego przez SB domu dopiero co wydrukowany nakład bibuły. Oraz taka, która nie sprzeciwia się, gdy i rodzeństwo zaczyna pomagać w opozycji.
Różne są też zachowania znajomych. Gdy SKS-owcy zaczynają trafiać na przesłuchania, niektórzy koledzy przestają ich poznawać na uczelni. Są jednak i tacy, którzy mniej lub bardziej skrycie okazują sympatię. Dla innych rodzajem środowiskowej mody staje się pokazanie na imprezie, zwłaszcza towarzyskiej, SKS-u – kiedy jednak przychodzi do rozdawania ulotek, tłumaczą się brakiem czasu. Lecz znowu: nawet przyjście na wykład TKN wymaga odwagi. Przed kamienicą, w której zaplanowano spotkanie, stoi zwykle ekipa SB, a wchodzący są filmowani bądź legitymowani. Prawdopodobieństwo, że policja wkroczy podczas seminarium, a uczestnicy będą wzywani na przesłuchania, jest duże.
Podobne zróżnicowanie panuje wśród asystentów i profesorów: jedni mają dla SKS-owców szacunek (i nawet na zajęciach traktują łagodniej), inni oskarżają ich o awanturnictwo i narażanie na niebezpieczeństwo uczelni. Wiele zależy od wydziału i uczelni. Na filozofii i polonistyce UJ kadra wręcz wspiera SKS, ale już rektor w obecności studentów nazywa jego działaczy „wrednymi wrogami”, a szef uczelnianej komórki PZPR (też profesor) określa ich jako „przedłużenie zagranicznej reakcji”. Podobnie jest na AGH: dwóch asystentów związanych z opozycją wspiera SKS (choć w przypadku jednego nie oznacza to wcale ulg na zaliczeniach), ale jest też profesor, który nie waha się ostentacyjnie szykanować zaangażowanych studentów. Najgorzej jest na tych uczelniach, gdzie studiują pojedynczy członkowie SKS. Rektor AR za argument wobec SKS-u ma kontakty jego działaczy z młodzieżowymi organizacjami w RFN – i stwierdza publicznie, że „żaden rektor w Polsce, a tym bardziej rektor Akademii Rolniczej, nie będzie przyjmował rad na temat człowieczeństwa od Niemców, którym długo nie zapomnimy naszych doświadczeń z ostatniej wojny”.
Niejednoznaczny jest nawet stosunek środowisk uchodzących za niezależne. Co najważniejsze: SKS czuje wsparcie samego Metropolity Krakowskiego. Na wieść o śmierci Pyjasa kard. Wojtyła mówi ojcu Janowi A. Kłoczowskiemu „Nie możemy ich opuścić”. Potem, podczas procesji Bożego Ciała, wygłasza wobec tysięcy krakowian słynne kazanie chwalące młodzież za dojrzałość i przywiązanie do wartości – w tym praw człowieka. Także i potem śledzi losy SKS-u: spotyka się z jego działaczami, wspiera niezależne inicjatywy samokształceniowe, deklaruje, że z pieniędzy Kurii zapłaci kolegia. Podobnie trwała jest stara przyjaźń wielu działaczy SKS-u z Dominikanami. By nie narażać zakonu na represje, od czasu śmierci Pyjasa pomieszczenia klasztorne nie są już wykorzystywane przez opozycję, ale ojcowie zawsze służą ludziom SKS wsparciem – i to nie tylko duchowym. Miejscem, do którego SKS-owcy mogą przyjść po radę, jest wreszcie redakcja „Tygodnika Powszechnego”.
Gorzej jest z krakowskim Klubem Inteligencji Katolickiej. O ile SKS zawsze wspiera tam Franciszek Blajda, to inni działacze są chłodni. Swoje robi strach o los Klubu – kontakt z opozycją mógł posłużyć władzom za pretekst do ataku na tę, było nie było, ważną instytucję niezależną. Lecz nie bez znaczenia jest też podejrzliwość tradycyjnie i katolicko zorientowanych KIK-owców wobec uchodzących za radykałów, kojarzonych z lewicowym KOR-em, a na dodatek czasem oryginalnie ubranych młodych ludzi. Podobne powody są źródłem sceptycyzmu wobec opozycji wśród wielu tzw. dobrych krakowskich rodzin, czy to arystokratycznych, profesorskich czy mieszczańskich, często o bogatych tradycjach patriotycznych. Często pokutuje przekonanie, że niemożliwe jest, by komuniści nie zaaresztowali działających przecież jawnie opozycjonistów – zbieranie podpisów pod protestami, urządzanie wykładów czy kolportowanie bibuły musi być zatem prowokacją służb bezpieczeństwa. Celem SB ma być – wedle takiego myślenia – albo rozgrywka różnych frakcji partyjnych, albo typowanie niepokornych obywateli, by ich spacyfikować. 
Ale i tu są wyjątki. Lokal na samokształcenie przekazuje SKS-owi Matylda Osterwina, z domu Sapieha. U niej na Pijarskiej 5, wśród starych mebli i pięknych obrazów, urządzane są wykłady, na które przychodzą tłumy – w tym hippisujący czy anarchizujący młodzi ludzie. Pelagia Potocka daje SKS-owi klucz do swego mieszkania na rogu Brackiej i Rynku, by przechowywać tam matryce, maszyny do pisania, papier bądź organizować zebrania. Czasem też ponoć sama rozlepia ulotki. 
Respektem cieszą się zwykle SKS-owcy „pod celą”. Podczas zatrzymań dzielą zwykle prycze (często dosłownie – podziemne cele komendy na ul. Batorego wyposażone są w ledwie jedną, za to szeroką na 6-8 aresztantów) z drobnymi kryminalistami i pijaczkami bądź z prostytutkami. Podziw budzi tak przyczyna zatrzymania (że ryzykują za wolność i nie boją się sprzeciwić władzy), jak stosunek do milicjantów (że znają prawa zatrzymanych i próbują je wywalczyć od klawiszy). 
Ale większość jest zwyczajnie obojętna. Po paru miesiącach szoku w związku ze śmiercią Pyjasa, życie na uczelniach wraca do starego rytmu. Znowu prośby o podpisanie protestu są odrzucane. O ile na UJ i AGH jest nienajgorzej, to na Akademiach Rolniczej czy Medycznej odzew jest minimalny – ich słuchacze traktują zwykle studia jako etap do kariery i wygodnego ustawienia się w życiu, więc nie chcą się narażać. Podobnie jest w mieście: o ile w maju 1977 r. tłum potrafił stanąć w obronie zatrzymywanych przez SB, to potem nie można już na to liczyć. Ludzie odwracają wzrok i przyspieszają kroku. Dobrze, jeśli ktoś zareaguje na wykrzykiwaną zwyczajowo przez zatrzymywanego prośbę o zadzwonienie pod warszawski numer 393964 i powiadomi w ten sposób Jacka Kuronia o aresztowaniu w Krakowie jakiegoś młodego człowieka...

VII. Dlaczego

Najbardziej doskwierające było, że ten system bez przerwy kłamał. W każdym mikronie. W podręczniku historii, na plakacie, w sklepie, na uniwersytecie. Stale i wszędzie. 
Liliana Batko

Zapytani: dlaczego byliście w SKS?, najczęściej wymieniają: śmierć rówieśnika, obrzydzenie wobec wszechobecnego fałszu, niezgoda na PRL-owską szarość, ciekawość innego niż powszechnie obowiązujący stylu życia. Niektórzy wspominają o tradycji rodzinnej. Paru nie wyklucza środowiskowej mody, poczucia elitarności oraz szpanu. Kilku wspomina o przypadku.

Przytaczane wspomnienia zebrane zostały podczas prac nad książką o dziejach krakowskiego SKS-u i przekazane do zbiorów Fundacji „Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego”.


 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl