Obywatel poza Cerkwią

Z prof. WŁADISŁAWEM ARŻANUCHINEM rozmawia JAN STRZAŁKA

 

JAN STRZAŁKA: – Po raz pierwszy w swej historii Rosyjska Cerkiew Prawosławna wydała dokument o społecznym nauczaniu, niedawno metropolita Kirił przedstawił go parlamentowi rosyjskiemu. Czy oznacza to nowy rozdział w historii prawosławia? 
PROF. WŁADISŁAW ARŻANUCHIN: – Cerkiew szczyci się, że to pierwsza koncepcja społecznego nauczania w świecie prawosławnym. To prawda, ale dokument jest krytykowany, może dlatego, że stanowi wynik kompromisu między liberałami cerkiewnymi a prawosławnymi fundamentalistami. Pełny jest zatem abstrakcyjnych uogólnień oraz wewnętrznych sprzeczności. Prezentując koncepcję w Dumie, metropolita Kirił, najważniejsza po patriarsze Aleksieju II postać w Cerkwi oraz główny autor dokumentu, swoje wystąpienie rozpoczął od wyjaśnienia, czego państwo może, a czego nie powinno oczekiwać od Kościoła. 
Prawosławne państwo
– Czego zatem państwo może oczekiwać od Cerkwi?
– Pełnej lojalności. Natomiast społeczeństwo nie może się spodziewać wsparcia ze strony Cerkwi. Cerkiew nie pała uczuciem wobec demokracji. W Dumie metropolita dał wyraz niechęci do demokracji!W koncepcji społecznej zaś ani razu nie wspomniano o „społeczeństwie”, w sensie społeczeństwa obywatelskiego, na próżno też szukać w niej refleksji o sprawiedliwości społecznej. Brak owych pojęć wydaje się nie tyle rezultatem nieświadomego zaniechania, co raczej wiernym odbiciem światopoglądu autorów doktryny, hierarchów i świeckich, którzy co prawda deklarują, że koncepcja nauki społecznej ma otworzyć prawosławie na świat nowoczesny, przygotować Cerkiew do sprostania wymaganiom nowego stulecia itd. – ale w istocie konserwują porządek sięgający swoimi korzeniami czasów cara Piotra. Co najmniej od szesnastego stulecia egzystencja rosyjska wspiera się na dwóch filarach: na ludzie i na władzy, a pomiędzy nimi nigdy nie powstało społeczeństwo. Pośrodku petersburskiego Placu Pałacowego stoi kolumna cara Aleksandra. Dla mnie ten plac jest metaforą naszego bytu: olbrzymią przestrzeń wybrukowano kamieniem, ten kamień to lud, a kolumna symbolizuje władzę, a gdzie społeczeństwo? Nie istnieje. Od kilku stuleci Rosja zawdzięcza swój rozwój ekspansji władzy, jeśli władca nie może podołać obowiązkowi rozwijania imperium, musi przekazać rządy energiczniejszemu obrońcy racji państwa. Władza potrafi zreformować samą siebie – przykładem choćby gorbaczowowska pierestrojka – ale struktura państwa nigdy się nie zmieni, tak jak od wieków nie zmienia się plac w Petersburgu. Cerkiew wpasowała się w ten wertykalny model i nic nie wskazuje, że pragnie, by pojawił się nowy czynnik – wolne społeczeństwo. 
Doktryna nauki społecznej świadczy, że Kościół prawosławny chce kontynuować wertyklany system, w którym nie przewiduje się miejsca dla indywiduum i jego praw. Podstawą ładu ma być państwowy paternalizm, który ma zastąpić mrzonki w rodzaju praw człowieka itd. Władza – wedle hierarchów – ma być gwarantem etyki, prawa, wolności sumienia. Nic nie zwiastuje też, że w łonie Cerkwi oczekuje się aktywności wiernych. Cerkiew jest bowiem taka jak państwo: jest lud Boży, nad nim pasterze, ale nie ma społeczności świadomych i odpowiedzialnych za Kościół chrześcijan. A jeśli nie pojawi się wolny obywatel, a zarazem świadomy chrześcijanin, to jak może rozwijać się państwo czy Kościół? Nikt jednak nie martwi się tego rodzaju pytaniami. 
Ojciec Wieniamin Nowikow, autor książki „Chrześcijaństwo, prawosławie, demokracja”, wyrzucony z seminarium petersburskiego za krytykę przyjętej w czasach Jelcyna ustawy o stowarzyszeniach religijnych i wolności sumienia, która gwałci prawa człowieka, twierdzi, że Rosja pozostaje krajem agrarno-feudalnym, nie bacząc na komputery i komórki, którymi posługują się rządzący i poddani...
– To prawda, wbrew pozorom Rosja się nie modernizuje, co dziś budzi szczególny niepokój. Mamy bowiem do czynienia z globalizacją, w której Rosja również uczestniczy. Jeśli więc nie narodzi się u nas społeczeństwo obywatelskie, staniemy się wewnętrznym proletariatem w systemie globalnym – eksploatowanym przez rozwinięte państwa postindustrialne. Cerkiew stojąc przed dylematem, czy służyć człowiekowi czy władzy – wybrała drugą możliwość. Rozdział poświęcony stosunkom między Cerkwią a państwem zajmuje niemal połowę koncepcji, pozostałe kwestie – stosunek Kościoła do świata pracy, wojny, nauki, ekologii, kultury, wykształcenia – zbyto ogólnikami. 
Państwo jest bowiem dla twórców koncepcji najświętszą wartością. Metropolita Kirił dowodził w Dumie, że niektórzy współcześni teologowie wiążą nadejście Antychrysta z upadkiem państwa! Metafizyczną sankcją istnienia silnego państwa – dowodził – ma być walka ze złem. Postawa hierarchów prawosławnych jest więc logiczna: mając do wyboru wspieranie narodzin społeczeństwa lub obronę państwa, a tylko ono powstrzyma przed Antychrystem, bez wahania opowiedzieli się za władzą. Cerkwi nie przeszkadza, że rządzący chcą zarządzać życiem religijnym. 
Metropolita Kirił prezentację dokumentu o społecznym nauczaniu rozpoczął od wyjaśnienia Dumie, że projekt posłano do organów władzy i wszelkie jej uwagi były później starannie analizowane... 
– Świadczy to, że głównym partnerem Cerkwi – może jedynym – jest władza. Projekt nie był przecież poddany społecznemu dialogowi. Dziś w pewnych kręgach cerkiewnych mamy próby dyskusji o koncepcji, trochę jednak za późno, dokument został już wszak jednogłośnie przyjęty przez biskupów i pobłogosławiony przez stosowne ministerstwa i urzędy. Państwo będzie więc uprawiać protekcjonizm wobec Cerkwi. 
1 lutego odbyła się w Moskwie konferencja poświęcona stosunkom między Kościołem prawosławnym a państwem. Przedstawiciel komitetu ds. stosunków z organizacjami społecznymi i religijnymi tak scharakteryzował sytuację „na odcinku wiary”: poczynając od pieriestrojki panowało wręcz rozpasanie wolności sumienia. Jestem ciekawy, ile wolności sumienia może tolerować państwo rosyjskie? To „rozpasanie” zagroziło przede wszystkim Cerkwi, co władzę niepokoi, bo inne wyznania mogą się okazać mniej lojalne niż prawosławie. Dla Cerkwi dzisiejsza epoka stwarza większe zagrożenia niż komunizm z jego ateizmem i wrogością wobec chrześcijaństwa – dlatego władza decyduje się ingerować w życie religijne społeczeństwa, by ocalić Cerkiew. Pojawiło się wręcz pojęcie zagrożenia religijnego ze strony wyznań nieprawosławnych. Jak powiadał Bierdiajew: tworzą „czerezwyczajkę” do walki z szatanem... 
Dla wsparcia prawosławia w jego walce z „zagrożeniem religijnym”, dla ozdrowienia społeczeństwa zarażonego obcymi tradycjami – trzeba pieniędzy z państwowego budżetu. Jeśli Cerkiew gwarantuje lojalność wobec państwa, może liczyć na jego wdzięczność.
W Rosji rodzi się nowy gatunek duchowości – nazwałbym go cerkiewnością, która sprzyja sekularyzacji. Klasyczne pojęcie sekularyzacji oznacza uwolnienie wiary spod wpływu Kościoła, co nie bywa równoznaczne z zanikiem wiary, ale rosyjski fenomen przejawia się w istnieniu Kościoła przy braku autentycznego życia religijnego. Wymownym tego świadectwem jest „religijność Putina”, nad którą pracują jego specjaliści od wizerunku publicznego. 
Zaczątki nowej „religijności” zaczęły się w czasach Jelcyna, kiedy chrzcił się skwapliwie każdy jastrząb z Kremla i prosto z Cerkwi ruszał do podejrzanych interesów lub wydawał rozkaz akcji przeciw cywilom czeczeńskim...
– Jelcyn z dumą deklarował się jako prawosławny ateista. Cerkiewność nie ma żadnego związku z religijnością, pomaga hierarchom tylko rozwiązać problem obecności Cerkwi w sferze publicznej – problem ten nie istniał wcześniej, bo nie istniała sfera publiczna. Wszystkie niedawne próby publicznego zaistnienia Cerkwi kończyły się mniejszym lub większym skandalem, np. kiedy próbowano wprowadzić teologię jako obowiązkowe zajęcia na uniwersytetach, albo tzw. podstawy kultury prawosławnej do programów szkół średnich, co wywołało ostre sprzeciwy. Jednym słowem: cerkiewność to zjawisko równoległe z samym prawosławiem, zjawisko publiczne.
– Jeden z rozdziałów koncepcji poświęcony jest pracy i jej owocom...
– Co znaczy być Kościołem współczesnym? Znaczy to wypracować system etyki socjalnej, zdefiniować istotę sprawiedliwości społecznej, określić relacje w świecie pracy. A rozważania o pracy są w sprzeczności z rozdziałem o moralności. Cerkiew pojmuje moralność jako kwestię czysto prywatną, co ma u nas wielowiekową tradycję. Czujemy się moralnie odpowiedzialni przede wszystkim wobec rodziny, ale brakowało nam zawsze odpowiedzialności za los wspólnoty. Ufamy bliskim, nigdy abstrakcyjnej społeczności. Braterstwo jest piękną wartością, ale w języku rosyjskim istnieje słowo „bratwa” – czyli kryminalna ferajna. Nie przypadkiem klika skupiona wokół Jelcyna nazwana została „rodziną”. 
Metropolita Kirił podczas konferencji poświęconej biznesowi rosyjskiemu wypowiedział tezy, jakich nie powstydziłby się członek „bratwy” – biznesem trzeba się dzielić. Cała filozofia pracy, wedle Kiriła, streszcza się w myśli, że niektórzy są energiczni, więc zdobędą pieniądze. Jeśli ktoś pracuje 12 godzin na dobę i zarabia równowartość 200 dolarów, to znaczy, że jest mało aktywny? Koncepcja nie poświęca żadnej uwagi zjawisku biedy, bezrobocia, pełna jest apeli o solidarność z ubogimi, ale nie wskazuje, skąd się oni biorą i jakie obowiązki ma wobec nich społeczeństwo, a przecież jedna trzecia obywateli żyje poniżej minimum socjalnego. Nie pada słowo sprawiedliwość. Przede wszystkim zaś Cerkiew ignoruje zjawisko dzikiego kapitalizmu. 
Mimo wszystko dobrze, że Cerkiew zauważyła istnienie świata pracy, żal, że nie upomina się o sprawiedliwość społeczną, nie tworzy etyki socjalnej, ale do tego potrzebny byłby nam ktoś podobny do ks. Tischnera. Szkoda, że nikt nie przełożył na rosyjski jego dzieł poświęconych pracy nad pracą.
– W koncepcji zauważamy też niezwykle dla Rosji istotny rozdział poświęcony wojnie i pokojowi...
– I znów lekturze towarzyszy niedosyt, bo to najbardziej abstrakcyjny z fragmentów koncepcji. Wprawdzie wojna jest potępiona, ale niezbyt stanowczo, więcej uwagi autorzy koncepcji poświęcili przypomnieniu pojęcia wojny sprawiedliwej i konieczności walki z terroryzmem, co stanowi czytelne usprawiedliwienie pacyfikacji Czeczenii. Cerkiew popiera politykę Kremla wobec tej republiki. Hierarchowie nieraz interpretowali wojnę na Kaukazie jako akcję skierowaną przeciw bandytom. Tak więc widzimy, że między celami Cerkwi a państwa nie istnieją rozbieżności, poza jedną: Cerkiew nie może posługiwać się przemocą. Cerkiew może wzywać państwo do zaniechania wojny, lecz dziś nie upomina się o to nawet słabym głosem. 
Trudno więc dać wiarę autorom koncepcji przekonującym nas, że Cerkiew decyduje się na krok w stronę świata nowoczesnego, chyba że twórcy społecznej nauki zamierzali dać jeden krok do przodu i jeden do tyłu...
– W pewien sposób twórcy dokumentu czują ducha czasu. Choć najwięcej uwagi poświęcają stosunkom Cerkwi z państwem, dostrzegają inne problemy, o których wspominaliśmy, i takie, o których nie mówiliśmy, np. etyka seksualna, ekologia czy kultura. Nie jest więc to koncepcja tylko polityczna, lecz – niedoskonała, bo niedoskonała – ale jednak próba tworzenia czegoś absolutnie nowego w rosyjskim prawosławiu, ale koncepcja ta nie przełamuje uprzedzeń, brak jej odwagi formowania adekwatnych odpowiedzi na wyzwania rzeczywistości, bo Cerkiew jest dotknięta tymi samymi przypadłościami, co i cała Rosja. A przecież truizmem jest przypominanie, że chrześcijaństwo powinno być wyzwaniem, przypominając o królestwie nie z tego świata... 
Obywatelskie nieposłuszeństwo
Lecz mimo zapewnień o lojalności wobec państwa Kirił powiedział w Dumie, że jeśli państwo byłoby grzeszne, Cerkiew powinna okazać nieposłuszeństwo.
– Takie słowa wpisano nawet do koncepcji społecznego nauczania, lecz słowa owe – podobnie jak i nostalgiczne komplementy pod adresem monarchii – nic nie znaczą, są jedynie ukłonem w stronę rosyjskiej cerkwi zagranicznej. W ostatnich dwóch latach nastąpiło zbliżenie Cerkwi emigracyjnej z krajową, czemu sprzyja Putin, który pragnie zjednoczenia podzielonego Kościoła prawosławnego. Cerkiew zagraniczna nigdy nie uznała komunizmu, widząc w nim niezmiennie zło absolutne. Wspomniana wypowiedź metropolity jest sygnałem, że krajowi hierarchowie przyznają dziś rację emigrantom w ich potępieniu komunizmu. 
Wypowiedzi Kiriła nie należy odczytywać jako zapowiedzi możliwości krytyki obecnej władzy, np. gdy łamie ona prawa człowieka lub prowadzi brutalną wojnę. Na jej krytykę Cerkiew pozwala sobie tylko w jednym przypadku: kiedy nie może odzyskać swej własności. Albo kiedy władza wahała się, czy przyjąć wspomnianą ustawę o stowarzyszeniach religijnych i wolności sumienia. Przeciw ustawie protestowali rosyjscy katolicy, krytykowała ją społeczność międzynarodowa, potępił Kongres USA, więc Jelcyn miał trudny orzech do zgryzienia, ale w końcu musiał ustąpić, by odeprzeć oskarżenie, że sprzyja wizji Rosji nieprawosławnej. A jaka to wolność, jeśli władze nie kryją niepokoju, że nie mogą kontrolować muzułmanów studiujących za granicą, a potem powracających do Rosji? Pojawiły się – i to przed tragedią w Nowym Jorku – sugestie, by ograniczyć prawa muzułmanów... 
Sądzę, że przywołanie przez metropolitę pojęcia obywatelskiego nieposłuszeństwa jest próbą umniejszenia lub odcięcia się od historycznej hańby prawosławia. Historycznej – ale i jak najbardziej współczesnej, czyli od całkowitego uzależnienia od państwa. Cerkiew dokonuje jego apologii, bo zarówno w deklaracji, jak i wystąpieniu Kiriła przed Dumą padają słowa o transcedentnej misji państwa: ma ono służyć Dobru i – jak wspomniałem – strzec przed Antychrystem. Grzeszność państwa – moim zdaniem – należałoby rozumieć jako jego słabość, niemożność pełnienia misji. Toteż zbrodnie popełniane w Czeczenii nie są dla hierarchów dowodem grzeszności państwa, w armii pojawili się nawet kapelani wojskowi. 
Deklaracja pełna jest sprzeczności m.in. w kwestii narodowej, która jest węzłem gordyjskim rosyjskiego prawosławia oraz przyczyną konfliktów z Cerkwią ukraińską, estońską, mołdawską i rumuńską, a przede wszystkim z Konstantynopolem. Koncepcja identyfikuje naród z etnosem, ze wspólnotą krwi, nie zaś z przynależnością do społeczeństwa obywatelskiego. Cerkiew ma być związana z nacją, ma chronić jej tożsamość, ale wszak to ksenofobicznie rozumiana nacja i fundamentalistyczna tożsamość rodzi schizmy w prawosławiu. Jak je przezwyciężać? – tego koncepcja nie wyjaśnia. 
W XIX w. parafie prawosławne na Ukrainie czy w Łotwie kierowane były zawsze przez rosyjskich duchownych, bo Cerkwi nie zależało na integrowaniu się z obcymi prawosławnymi. W seminariach petersburskich czy moskiewskich studiowali Litwini czy Łotysze, ale po święceniach nigdy nie wracali w rodzinne strony. Cerkiew bała się, że przyczynią się oni do odrodzenia podbitych narodów, że stworzą estońską czy łotewską hierarchię, a więc niezależną od Patriarchatu Moskiewskiego. Dzisiejszy konflikt pomiędzy Kościołami prawosławnymi w Estonii dowodzi jednak, że proces uniezależniania się od Cerkwi rosyjskiej jest nieunikniony. 
Największy paradoks dzisiejszej religijności tkwi w liczbach: 44 procent obywateli Federacji Rosyjskiej deklaruje się jako prawosławni, ale w świętach Wielkiej Nocy czy Bożego Narodzenia uczestniczy od 1,5 do 2 procent – i są to dane z Patriarchatu! Podczas jakiejś konferencji spytałem wysoko postawionego przedstawiciela Patriarchatu, jak Cerkiew traktuje 42 proc. utożsamiających się z prawosławiem, lecz nigdy nie przestępujących progu świątyni? Przecież liczby te świadczą o niewiarygodnej sekularyzacji, jakiej rzekomo zeświecczony Zachód nie może sobie wyobrazić. Nie otrzymałem jasnej odpowiedzi, bo Cerkiew nie wie, co zrobić z tym fantem. Ludzie ci nie należą do Cerkwi – odpowiedział mi przedstawiciel Patriarchatu. Więc mają żyć obok Cerkwi? – pytam dalej. Tak – słyszę w odpowiedzi. Niech będą prawosławnymi poza Cerkwią. Zastanówmy się: jeśli Cerkiew to co najwyżej 2 proc. obywateli stupięćdziesięciomilionowego państwa, to może właśnie Patriarchat istnieje poza prawosławiem? 
Niedawno Jakow Krotow, prawosławny duchowny, na łamach „Gazety Wyborczej” wyraził opinię, że nie zdziwiłby się, gdyby za trzydzieści lat doszło do prawosławnego Vaticanum II. Czy to możliwe?
– Nasi hierachowie są zbyt konserwatywni, by odnowić Kościół, a reformatorzy pośród duchowieństwa stanowią mniejszość, chyba że otrzymaliby wsparcie państwa lub oligarchów, a takowe otrzymuje dziś tylko Kirił i konkurujący z nim o wpływy w Cerkwi metropolita woroneżski Metody. Ten ostatni jest związany z ultraprawicą, czyli z Czarną Sotnią. Z tym ekstremalnym ruchem związany jest także spowiednik Putina, ihumen Tichon. Tichon dawniej był duchowym przewodnikiem Sołżenicyna i kilku oligarchów. W Moskwie wierni własnymi siłami odbudowali kiedyś świątynię, proboszczem był w niej ojciec Gieorgij Koczietkow, zwolennik reform, uczeń Aleksandra Mienia. Ojciec Gieorgij skupił wokół siebie najświatlejszą inteligencję, co nie spodobało się Patriarchatowi, który na jego miejsce wyznaczył Tichona. Ten odebrał ojcu Gieorgijowi i jego parafianom cerkiew, strasząc ich wezwaniem kozaków... Czemu Putin wybrał Tichona na spowiednika, pozostaje zagadką. Z pewnością Tichon ma dziś wielkie wpływy. 
Liberał wśród biskupów
– Kim właściwie jest metropolita Kirił?
– Niewątpliwie jednym z najbardziej aktywnych i liberalnych hierarchów, bo choć padły tu już pod jego adresem słowa krytyki, to na tle innych biskupów – jest liberalny, co odbiera mu szansę, by w przyszłości stać się następcą Aleksieja II. W swoim czasie reprezentował Cerkiew Rosyjską w Światowej Radzie Kościołów w Genewie. Jego aktywność przejawia się m.in. w tym, że położył ogromne zasługi, by Cerkiew zaakceptowała gospodarkę rynkową. Dzięki Kiriłowi Cerkiew uniknęła katastrofy ekonomicznej, jest sprawnie zarządzanym i zyskownym przedsiębiorstwem, lecz to wiedzie do jej makdonaldyzacji, bo wierni przybywający do świątyni postrzegani są jak nabywcy. Metropolita reprezentuje liczną w Rosji kastę biznesmenów, to nowy Rosjanin, tyle że prawosławny. Obdarzony jest silną charyzmą, lecz ma licznych przeciwników, nie tak dawno w Patriarchacie wybuchł skandal, bo Kirił oskarżony został o kupienie w centrum Moskwy mieszkania o wartości kilkustet tysięcy dolarów. 
To dzięki Kiriłowi panują dziś wzorcowe stosunki między Kremlem a Cerkwią. Jest więc figurą kluczową, choć w oczach wielu współwyznawców jego postawa jest nie do zaakceptowania, bo rozmienia na drobne pewne najświętsze wartości religijne. Przy okazji warto się zastanowić nad kwestią autorytetu duchownych. Najnowsze badania opinii publicznej pokazują, że Aleksiej II ma poważanie mniejsze niż nawet Sołżenicyn, czyli niewiarygodnie niskie. 
– Co by się mogło zmienić, gdyby Jan Paweł II odbył pielgrzymkę do Pańskiego kraju?
– Otóż właśnie Papież w oczach wielu Rosjan jest osobą o najwyższym autorytecie. Jego pielgrzymka byłaby wielkim przeżyciem np. dla wspomnianych 42 proc. deklarujących się jako prawosławni, a nigdy nie uczestniczących w obrzędach religijnych. Musieliby głęboko wniknąć w naturę wiary. Większość ludzi nie może pojąć, dlaczego między dwoma Kościołami panuje nieufność i irracjonalna niechęć. Myślę, że pielgrzymka przyniosłaby też błogosławione owoce dla zalęknionych katolików rosyjskich, którzy żyją w ukryciu, jawią się więc przeciętnemu prawosławnemu jako grupa tajemnicza i budząca niepokój. Dzięki pielgrzymce katolicy nabraliby śmiałości, ukazali się prawosławnym nie tak straszni, jak ich malują przeciwnicy, jako Kościół godny podziwu i zaufania ze strony współobywateli. Wielu prawosławnych oczekuje Papieża, znam rektora seminarium, który modli się w intencji pielgrzymki. Wierzymy, że Jan Paweł II w końcu przybędzie do Rosji, i to nie tylko do katolików, ale do każdego z nas: do prawosławnych, do ateistów, do wyznających religie niechrześcijańskie. Wizyta Papieża wykroczyłaby poza granice religii, stając się wielkim wydarzeniem społecznym. 



Prof. Władisław Arżanuchin – kierownik katedry religioznawstwa Uniwersytetu Rosyjskiego w Petersburgu, członek komitetu ds. chrześcijańskiego dialogu międzyreligijnego, autor wielu prac poświęconych socjologii i współczesnemu prawosławiu rosyjskiemu.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl