A mój syn

Wó... wia...

JACEK PODSIADŁO

 

A mój syn pasjami układa ostatnio rebusy i krzyżówki. Coraz bardziej wyrafinowane. To już nie te czasy, kiedy każdy rebus zaczynał od narysowania kwadratu, który potem opisywał na przykład: KW=T, DRAT=TA. Nie, teraz wymyślił na przykład coś takiego: |Y. Albo napisał DOM, i dopisał: WO=Ń. Proste, co? A w krzyżówce umieścił pod 2 pionowo zapytanie: raczej smutna żecz. Na trzy litery. Nie udało mi się tego rozgadnąć, ale dzięki słowom idącym poziomo zagadka uległa samorozwiązaniu: LOS. Chcąc podciągnąć się z krzyżówek sięgnąłem po kilkutygodniowe zapasy ukochanego „Naszego Dziennika”. Najpierw przeczytałem o tym, jak Wisława Szymborska & Co. ze Związku Literatów Polskich list z wyrazami poparcia dla wyroku śmierci na księży-szpiegów do władzy w 1953 roku wysłali, a od razu potem, żeby zapomnieć o tem, przypiąłem się do krzyżówki. Krzyżówka jak krzyżówka, 7 poziomo, 12 pionowo i te sprawy. Ale! Jedno zapytanie wydało mi się bardzo nietypowe. Brzmiało bodajże: anagram słowa „elakutja”. Zacząłem więc anagramować. W te i wewte, i tak, i siak, i jeszcze wspak. Wyszło mi: ejakulat. Myślałem, że pęknę. Od razu zobaczyłem autora krzyżówki w dramatycznym momencie ułożenia jej już w dwóch trzecich poziomo i w trzech czwartych pionowo, który nagle odkrywa, że jedynym słowem, jakie pasuje do tej precyzyjnej konstrukcji, jest słowo obrzydliwe, grzeszne i nie na miejscu, choć zarazem jak najbardziej na miejscu! Na szczęście dzięki królowi Salomonowi, niech imię jego będzie błogosławione, mamy jeszcze na świecie salomonowe wyjścia. I autor posłużył się anagramem. Proszę bardzo, czy autor zgrzeszył? Nie, albowiem nie użył wiadomego słowa. Zgrzeszył za to każdy czytelnik „Naszego Dziennika”, który wiadome słowo do krzyżówki wpisał.
Zauważyliście, że przed dwoma tygodniami nie było tutaj mojego felietonu? Myśleliście pewnie, że mój syn nic akurat nie wymyślił. A to Redakcja odmówiła publikacji ze względu na nagromadzenie w felietonie brutalności. W pierwotnym odruchu chciałem iść poszukać sobie roboty w „Hustlerze”, ale powstrzymałem się. Rozumiem Redakcję. Taki już jej los. Smutna to rzecz, a może nawet smótna żecz, ale po jednym z moich tutaj felietonów młodsi czytelnicy „TP” klepali mnie po ramieniu: „Nu, małysz, puścili ci słowo »wibrator«, i to w tytule! Zuch felietońszczyk!” Czytałem też wiersz poety chełpiącego się, że jako pierwszy użył na łamach „TP” pewnego innego słowa. Ale oprócz Redakcji rozumiem też siebie. Od wielu lat praktykuję trudną sztukę takiego korzystania z bogactw języka, aby nie ulec ani pokusie tzw. epatowania, ani pokusie autocenzury. To znaczy, wiedząc, jak przesadnie reagują niektórzy na językowe brutalizmy, używać ich lub nie używać tak, jakbym nie wiedział. No, cóż. Raz człowiek pisze o kwiatkach, raz o zapylaniu. Raz jest w krainie łagodności, raz w krainie brutalności. Czy wy wiecie, czy nie wiecie, wibratory są na świecie. Ejakulat też. Nie da się uniknąć żadnego zjawiska na tym świecie poprzez samo unikanie jego nazwy. 
Najbardziej komiczne efekty dają próby ścisłego oznaczenia tzw. granic tzw. przyzwoitości. Toż całkiem niedawno granicę pornografii miała stanowić granica owłosienia. Jednak podobnemu jak ona przesunięciu ulega też z czasem granica przyzwoitości językowej, niekiedy przyzwoitości tej strzeże już tylko jedna literka (tak! widziałem niedawno w gazecie słowo „pier...olić” tak właśnie zapisane). Proszę nie myśleć sobie, że niewinny zabieg kropkowania brzydkich słów nie bywa dla autora bolesny. Niekoniecznie z powodu umiłowania wulgarności, ale na przykład z niechęci do głupoty i fałszu. Przecież to, że nie użyliśmy na papierze jakiegoś słowa zastępując je kropkami, zakłada, że mamy to słowo w głowie, inaczej szyfrowanie nie miałoby sensu. W książce „In memoriam Jaroslava Haška”, Franta Sauer, wydawca słynnego pisarza, wspomina jak autor Szwejka zareagował na propozycję wykropkowania wulgaryzmów swym najgłośniejszym dziele:
„– Człowieku, zwariowałeś?! Widziałeś kiedy kropkowane gówno? Ja jeszcze nie, ty durniu! – I biegając po pokoju zaczynał płakać”. Wygląda w końcu na to, że jedynym w miarę rozsądnym rozwiązaniem tych dylematów pozostanie użycie środków pozwalających na samoograniczenie dostępu do kontrowersyjnych treści osobom nie życzącym sobie tegoż dostępu. Ale kiedy zacząłem myśleć w tym kontekście o swoim niechcianym felietonie, nie bardzo potrafiłem to sobie wyobrazić. „Tygodnik” w foliowej koszulce tylko z mojego powodu? Znaczek nad moim felietonem taki jak w telewizorze, trójkąt w kółeczku czy jakoś tak? Wreszcie przypomniały mi się sławetne czasy, gdy „Tygodnik” kupowało się także dla przyjemności zobaczenia śladów ingerencji cenzorskich. I wymyśliłem, że przedłożę Wam swoje felietonidło z zaznaczonymi miejscami, gdzie brutalności były a nie są, z możliwością dotarcia do tychże brutalności, a to metodą odsyłacza, a to naszodziennikową metodą anagramu. Kto nie chce, niech nie czyta. Kto chce, niech anagramuje. Z powodu cenzury mój tekst traci trochę na dowcipie, ale trudno być Salomonem we własnej rubryce. Na wypadek, gdyby tekst i w tej formie nie przeszedł, zaczynam biegać po pokoju i płakać. Start. 
A mój syn nie czyta moich felietoników, choć czasem zachowuje się tak, jakby czytał. Ostatnio sam z siebie zaczął mi wyjaśniać, jak to jest możliwe, że w jednej z piosenek – chyba znowu tych nieszczęśników z „Ich Trojga” – ona jest jednocześnie „tak daleka i bliska tak”, czy jakoś tak. Był to niezwykle skomplikowany wywód, w którym moje dziecię dramatycznie próbowało rozwikłać logikę paradoksu. Nic nie zrozumiałem, ale chętnie się zgodziłem, że można być jednocześnie dalekim i bliskim. A ten bal, na którym mój syn był kowbojem, już się dokonał, i pan wodzirej też sprawiał wrażenie, jakby był czytelnikiem tej rubryki. Albowiem puszczając przedszkolakom analizowaną przeze mnie niedawno piosenkę „Ich Trojga” o szampanie tuż przed, papierosie tuż po oraz o stosunku w dzień, słowa „i za stosunek” zręcznie zagłuszał dodając od siebie „i piękny uśmiech”. Tym sposobem wskazał nieświadomie kierunek, w jakim podążają przemiany naszej obyczajowości, oraz zdradził własną hierarchię zagrożeń czyhających na dziecięce dusze. Jakby przyszło co do czego, to już niech palą, niech się upijają, byle nie doszło do bara-bara albo, nie daj Boże, riki-tiki-tak, tak?
W lokalnej gazecie natknąłem się właśnie na zestawienie, z którego dowiaduję się
m. in., skąd idole przedszkolaków czerpią natchnienie. Pan Wiśniewski z „Ich Trojga”: „Okres amfetaminy i LSD mam już za sobą. Może tylko przed wydaniem płyty coś tam wezmę”. Pani Chylińska z ansamblu O.N.A.: „Na imprezach wypijam 0,7 litra na głowę, do tego jeszcze ćpanie. Specjalnie robię wszystko tak, żeby było [(...)anagram słowa „wianonóg”]. Prowokuję to, żeby mieć o czym pisać”. Periodykowi „Viva” pani Chylińska miała powiedzieć: „Spałam z [(...) – zob. Viva, nr nie wiem który albo „Trybuna Opolska” nr 10/2002]. Często ryczałam po takiej nocy, mówiłam sobie: Co ja zrobiłam?! Ale wiesz co, siadałam do papieru i pisałam!” 
Tak oto wiemy już, z której krynicy pani Chylińska czerpie natchnienie i czemu jej teksty są maksymalnie wieśniackie. Ale wróćmy do przemian obyczajowych, bo nimi chcę się dziś zająć. To ważne, co mówią idole przedszkolaków, bo jak tylko przedszkolaki pójdą do szkoły i posiądą umiejętność czytania, mogą zechcieć zapoznać się z wypowiedziami swych ulubieńców. A przejście od języka Brzechwy czy Tuwima do [(...) – zob. Viva, j.w.] nie powinno być, zgodzicie się chyba, nagłe. Kiedy myślę o postępie tzw. zdziczenia obyczajów, uparcie powtarzam sobie, że to nie natura ludzka się zmienia, ale jej zewnętrzne obrazy, w tym „społecznie akceptowane normy zachowań”. Spanie z [(...) – zob. Viva, j.w.] nie jest wynalazkiem współczesności. Ale to właśnie teraz zachowania do niedawna jednoznacznie „niemoralne” lub „nienormalne” zaczynają mieścić się w obrębie normy. Vide papierosy i szampan na przedszkolnym balu. Vide inny jeszcze fragment z cytowanej gazety: „– Sypiałem z [(...), anagram „zczyżąęmn”] – wyznał niedawno lider Ich Troje. To pierwsze tak odważne wyznanie w historii polskiego show-biznesu”. Proszę zwrócić uwagę na to przeniesienie akcentu: sam [(...) anagram „ssalkohoumiesz”] schodzi na drugi plan wobec odwagi mówienia o nim. Przy okazji: źle świadczy o społeczeństwie, gdy mówienie w nim o własnym ssalkohoumieszu wymaga odwagi i automatycznie staje się „wyznaniem”. Tak samo źle, gdy wynaturzenie uznane zostaje za normę. Wiem, wiem, „wynaturzenie” brzmi jakoś oskarżycielsko, ale nic na to nie poradzę. Zresztą cały ten zgiełk wokół ssalkohoumieszu, tolerancji, akceptacji, nietolerancji i braku akceptacji zawsze wydawał mi się dysputą niemowy z głuchym (a i argumentacji typu, że przecież ślepy widział, jak szczerbaty gryzł włosy łysemu, w niej nie brakło). Dla mnie zawsze była to sprawa dość prosta. I analogiczna względem innych „wynaturzeń”. Jednemu Bozia daje według norm, drugiemu daje tak, że pociąga go [(...), anagram „ćepła snłwa”], trzeciemu daje tak, że nie daje mu, dajmy na to, jednej nogi. Jeśli dwu panom podoba się [(...), anagram „wołać cyc na auli”], mają do tego takie samo prawo jak pan i pani. Jeśli pani bez nogi podoba się grać w klasy, ma do tego takie samo prawo jak pani z obiema nogami. Ich nieszczęście polega na tym, że są odmieńcami – więc tych dwóch będziemy nazywali zboczeńcami, a tę panią kaleką. Możemy złagodzić nazewnictwo i mówić o dewiantach i inwalidce, możemy nawet posunąć się do eufemizmów czy zgoła peryfraz w rodzaju „kochających inaczej” czy „sprawnych inaczej”, a i tak będą przez język napiętnowani. Inaczej się nie da. Żeby być dobrze zrozumianym w kwestii wynaturzeń i żeby nie było, że mam coś przeciw „[(...), anagram „gojem”]”: zgadzam się z efekciarskim spostrzeżeniem nie pamiętam czyjego autorstwa, że gdyby [(...), anagram „slyse orkan”] był zgodny z naturą, mielibyśmy [(...), anagram „inteliganc aaach zło”]. A przecież zakazujące owego wynaturzenia prawo, ponoć wciąż obowiązujące w paru stanach Stanów, jest kosmiczną bzdurą i dobrowolnym ustawieniem się dwieście lat za Murzynami. Bo kiedyś za „występki przeciw naturze” to owszem, palono, oj, tak palono, że jeszcze dziś na myśl o tym niektórym robi się ciepło.
A, właśnie. Do rzeczy. Staram się trwać w przekonaniu, że także w dziedzinach fałszu i nierozumu, wszeteczności i zbrodni, nie masz nic nowego pod słońcem w nowoczesnym świecie. Kiedy włączam TV i trafiam na kolejny wywiad z mordercą wylewającym łzy nad własnym losem, wyobrażam sobie, że 200 lat temu mógłbym usłyszeć zamiast niego „gorzkie żale ubogiej grzesznicy Ewy Turkowej, rodzonej Cybulszczanki, z Burdąga w jedwabieńskiej parafii, która z przyczyny [(...) – zob. „Karnawał dziadowski”, LSW 1977, ss. 46, 75]”. Kiedy trafiam na tok-szoł z [(...), anagram „tu kąt prosty”] albo obywatelem, który z żoną się skłóciwszy zabił psa własną teściową, przypomina mi się „obraz nędzy i rozpaczy dwóch sióstr, które zostały [(...) – zob. „Karnawał...”, s. 336]” lub zwyczajne „piekiełko w rodzinie”. Wszystko to są tytuły starych pieśni dziadowskich zaczerpnięte z ich zbioru autorstwa Stanisława Nyrkowskiego. Niekiedy utrwalano te pieśni drukiem, a ich funkcja bliska była funkcji dzisiejszych mass-mediów zaspokajających zapotrzebowanie społeczne na krew, ohydę i dreszczyk w krzyżach. Zeszyciki z tekstami owych mrocznych ballad jako żywo przypominają tytułową stronę „Super Ekspresu”: „[(...) – zob. „Karnawał...”, s. 397n.]”. 
Zapotrzebowanie na wynaturzenie i zbrodnię rośnie, ale telewizji wciąż jeszcze nie wszystko wolno pokazywać, w każdym razie nie przed 22. Co innego internet. Wystarczy niechcący wyłączyć filtr rodzinny i hulaj dusza! Dla każdego coś miłego. Pani [(...) – zob. internet; niestety, adresów odpowiednich stron na szczęście nie pamiętam]. Można by załamać ręce nad nagłym upadkiem świata, ale przecież i to nic nowego. Jan Witkowski z Wolbromia złożył przed sądem w 1778 roku zeznania, które dziś zamieściłby pewnie na stronie www.witkowski-max, tymczasem można je znaleźć w krakowskim Wojewódzkim Archiwum: „...z małą [(...) – zob. J.Kracik, M.Rożek „Hultaje, złoczyńcy, wszetecznice w dawnym Krakowie”, WL 1986, s. 172], ale effectus był nullus, podobnież z wiewiórką”. Co nowego, to to, że dawniejszy występek, wynaturzenie, despekt, a przynajmniej „senzacja”, dziś staje się czymś pospolitym, powszechnie dostępnym, normą, a czasami nawet – obiektem podziwu. Pomyślicie, że zmyślam, ale opowiadała mi znajoma pisarka, że jej córka z chłopakiem obawiają się, że nie są „cool”, bo jako nieliczni w klasie są całkowicie [(...), anagram „ussalkohnieeter”]. I to jest rozchwianie norm, jakiego się obawiam, choć po raz siedemnasty powtórzę, że nie mam nic do [(...), anagram „wójeg”]. Dopóki wyczyny pani Chylińskiej z wąsaczami w celu pozyskania weny twórczej odbieramy jako żenujące ekscesy, effectus śpiewanych przez nią piosenek będzie nullus. Ale kiedy uznamy, że prowadząc normalne życie szaraczków nie jesteśmy cool, naprawdę zawiśnie nad nami niebezpieczeństwo. 
Jacek Podsiadło,
skr.poczt.32, 45-076 Opole1;
podsiadlo@atol.com.pl

PS. Dla nietęgich intelektualnie rozwiązanie rebusów dziecka: włosy, słoń. Tytuł niniejszego tekstu: „Wójeg wianonóg”.
 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl