Przyszłość naszych pieniędzy

MARCIN KRÓL

 

Zapewne większość Polaków nie ma poważnych oszczędności ulokowanych w banku lub takich, którymi operują, żeby mieć jeszcze więcej oszczędności. Jednak wbrew pozorom oszczędności mają wszyscy ci, którzy przepracowali pewien okres lub ci, którzy wpłacali składki na ubezpieczenie zdrowotne w ZUS. Jaka jest przyszłość naszych pieniędzy: czy warto oszczędzać, czy warto zbierać na emeryturę, czy warto płacić dodatkowe pieniądze w nadziei na większe dodatkowe pieniądze, kiedy już przestaniemy pracować?
W Polsce pytanie to muszą zadawać sobie wszyscy, kiedy słyszą o zdumiewającym długu ZUS wobec funduszy emerytalnych – jedni dlatego, że ufają tym funduszom i pokładają w nich nadzieje, inni dlatego, że jeżeli ZUS w końcu odda te pieniądze, to z czego będzie płacił emeryturę na przykład mnie i wszystkim tym, którzy nie są członkami funduszy emerytalnych. W Polsce zatem sytuacja przedstawia się dramatycznie i nie liczyłbym na to, że dostanę sto procent emerytury, jaka mi się należy. Jednak bardzo podobnie jest w innych krajach, znacznie zamożniejszych. A z tego wynikają bardzo poważne argumenty społeczne i polityczne, bo ekonomicznymi się nie zajmuję.
Bankructwo firmy Enron, to – jak się powszechnie sądzi – tylko pierwszy krok czy raczej pierwsze aż tak poważne ostrzeżenie. Przecież w świecie zachodnim działa olbrzymia liczba wielkich firm, które operują cudzymi pieniędzmi. Tak zapewne musi być, bo nie jesteśmy w stanie sami prowadzić skutecznych inwestycji czy działań na giełdzie, a ponadto wiele drobnych składek (emerytalnych czy jakichkolwiek innych) zebrane razem pozwala na działania o wiele bardziej skuteczne finansowo. Jednak cały ten system opiera się na bezwzględnym zaufaniu, a ponieważ zaufanie (Francis Fu-kuyama napisał nawet o tym całą książkę) stanowi podstawę gospodarki kapitalistycznej, naruszenie zaufania może doprowadzić do nieobliczalnego kryzysu tej gospodarki. 
Dzisiejszy kapitalizm nie jest w gruncie rzeczy aż tak różny od kapitalizmu sprzed stu lat. W dalszym ciągu znaczna większość pieniędzy, jakie są na rynku, pochodzi od drobnych ciułaczy, a nie od opisywanych w mediach miliarderów. Przed stu laty państwa kilkakrotnie nie potrafiły sobie dać rady ze spekulantami, którzy okradali drobnych ciułaczy, a czy teraz potrafią sobie dać radę? Oto pytanie, jakie powinni sobie stawiać wszyscy, w Polsce i na świecie. I pytanie to jest coraz częściej stawiane. Jednak odpowiedź prowadzi nas w kierunku rozwiązań, jakie niekoniecznie pochwalamy, to znaczy w kierunku większego interwencjonizmu państwowego. Wszystkie zachodnie państwa ograniczają możliwość bardzo ryzykownego operowania cudzymi pieniędzmi, jednak nie tylko spektakularny przepadek firmy Enron, ale również zwyczajne zjawisko recesji, może sprawić, że nadzór państwa będzie nieskuteczny, bo skoro przedsiębiorstwa operujące naszymi pieniędzmi nie będą miały na czym zarobić, to i my nie zarobimy, a jeżeli one popadną w długi, to i my popadniemy. 
Dlatego sądzę, że nadchodzi czas zasadniczej reformy państwowej i społecznej kontroli nad kapitałem. Naturalnie nie takiej, jaką proponował Karol Marks (chociaż miał on ślad racji), ale takiej, która zasadniczo zmniejszy swobodę operowania tak zwanymi pustymi pieniędzmi, która przybliży własność do właściciela i która wobec tego będzie miała nieuchronnie anty-globalistyczne konsekwencje. Przecież to własność, a nie zysk, była podstawą gospodarki i wolności dla takich myślicieli jak John Locke czy Adam Smith. Dlatego też coraz częściej ludzie na świecie chcą mieć coś swojego, na przykład trochę ziemi, chociaż zysku z tego spodziewać się nie należy. Musimy zatem zacząć się zastanawiać po raz kolejny, czy chcemy więcej pieniędzy, czy chcemy gwarancji, że będziemy mieli w dalszym ciągu nasze pieniądze za lat dziesięć lub trzydzieści. Bo teraz jest to wielce wątpliwe.

Marcin Król

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl