Votum separatum

Herezji ciąg dalszy

JÓZEFA HENNELOWA

 

Nie bardzo wiem, po co niektóre agencje informacyjne podały wybrane nazwiska posłów w komunikacie o pielgrzymce parlamentarnej na Jasną Górę w święto Matki Boskiej Gromnicznej (70 uczestników). Już sam fakt, że posłowie czy senatorowie nie przychodzą tam wtopieni w rzeszę pielgrzymów, jak zwyczajna cząsteczka Kościoła, z potrzeby serca, o której nie trzeba trąbić całemu światu, lecz wybierają formę ostentacji, wystąpienia w grupie o wyjątkowym pono prestiżu (czy każdą pielgrzymkę wita arcybiskup? czy o każdej mówią media?) – już sam ten fakt nie budzi zrozumienia, bo od razu nasuwa się myśl, że w ten sposób przecież politycy coś zyskują dla siebie w wymiarze czysto świeckim: może zwiększony prestiż? może wiarygodność? Wiem, nikt nie zechce się przyznać, ale wyeliminować tego zysku jednak się nie da. A cóż dopiero, gdy jeszcze poniektórzy i w tej grupie zostaną wyróżnieni: a to kamera zawadzi, a to padnie nazwisko... Tymczasem odbiorca wiadomości akurat te postaci oceniać może bardzo różnie: niejeden pobożny budzi raczej zgorszenie albo co najmniej zdumiewa zachowaniem czy słowami dalekimi od wzorców służby publicznej. I na cóż wtedy wiadomość, że klękał przed Cudownym Obrazem, a nawet składał „akty zawierzenia”? Wtedy tym bardziej pozostaje nam wrażenie negatywne – przynajmniej gorąca chęć uchronienia pewnych działań i pewnych miejsc, godnych największej czci, od jakichkolwiek zabiegów, które by je mogły instrumentalizować. Tam przecież każdy znaczy równie wiele albo równie mało i żadne jego ziemskie interesy progów tych przekraczać nie mają prawa.
Sejm zresztą to nie instytucja spojona jakąś wspólną ideą, która potrzebowałaby wspomożenia przez zgodną manifestację duchową swoich członków. To przecież arena nieustannej wojny przy użyciu takiej skali chwytów, która nam się mnoży w zastraszający sposób. Tam ludzi więcej dzieli niż łączy, a czasem nie łączy absolutnie nic i oglądając takie pobożne momenty nie mamy złudzeń, że po nich na Wiejskiej coś się zmieni. Od 2 lutego minęło już trochę czasu, można sprawdzić i tym razem.
W charakterze kropki nad i dodam, że nie potrafię pogodzić się z obyczajem, który każe przed szczególnie uroczystą Eucharystią z udziałem tzw. ważnych osób, witać od ołtarza każdą z nich z osobna (a nawet na końcu obrzędu dziękować!). Zupełnie jakby to była akademia czy inne nobliwe zgromadzenie świeckie, a nie Ofiara Mszy św., wobec której wszyscy, od pierwszego do ostatniego, jesteśmy tylko niegodnymi sługami Boga, który tutaj jest także i jedynym gospodarzem miejsca. Może to się kiedyś zmieni?


Józefa Hennelowa 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl