„Zasłużył na karę”

PETER RAINA

 

Biskup Splett zasłużył na karę, można jedynie mieć wątpliwość co do jej wysokości. Jego rehabilitacja byłaby policzkiem dla wszystkich, którzy podczas wojny z narażeniem życia starali się wypełnić swe moralne zobowiązania.


Dobrze, że „Tygodnik” w kilku ostatnich numerach poruszył tekstami oraz listami czytelników sprawę biskupa Spletta. Przy jej rozpatrywaniu uwzględnić należy, moim zdaniem, kilka faktów. Po pierwsze, chodzi o list bpa Spletta z 2 stycznia 1940 r. do księży Plewy i Bartla, w którym zakazuje on posługiwać się językiem polskim w kazaniach i publicznych modlitwach. Po drugie: o rozporządzenie bpa Spletta z 1 kwietnia 1940 r. dla diecezji chełmińskiej, w którym czytamy, że „kazania, modlitwy publiczne i pieśni w języku polskim są zakazane”, a „nauka przygotowawcza do spowiedzi i komunii może odbywać się tylko po niemiecku w zwyczajowo przyjętych w danej parafii porach roku”. Po trzecie: o rozporządzenie bpa Spletta z 25 maja 1940 r. dla duchowieństwa diecezji chełmińskiej, zawierające natychmiastowy zakaz używania języka polskiego przy spowiedzi zarówno przez penitenta, jak i spowiednika.
Jaka była reakcja Stolicy Apostolskiej, gdy dowiedziała się od nuncjusza apostolskiego w Berlinie, abpa Cesare Orseniego, o rozporządzeniach bpa Spletta? W liście z 12 listopada 1940 r. do Orseniego sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej, kard. Luigi Maglione, scharakteryzował rozporządzenie bpa Spletta jako: a) bezprawne, gdyż żaden biskup nie ma prawa zabronić używania ojczystego języka w prywatnej rozmowie; b) niesprawiedliwe, ponieważ przyrodzone człowiekowi prawa nakazują szacunek dla jego narodowości; c) szkodliwe, gdyż naruszające godność sakramentu. Stolica Apostolska dała więc jasno do zrozumienia, że bp Splett naruszył obowiązki biskupa i złamał przysięgę, nakazującą biskupowi bronić praw Kościoła z narażeniem życia.
Jak w podobnej sytuacji zachował się kard. Adolf Bertram, arcybiskup wrocławski i przewodniczący niemieckiego Episkopatu? Otóż na pytanie niejakiego księdza Grochla, jak ustosunkować się do zakazu używania polskiego przy spowiedzi, Bertram 26 grudnia 1940 r. pisał do niego: „Na pytanie księdza z 20 bm. odpowiadam, że ksiądz nie może odmówić wysłuchania spowiedzi w języku polskim, kiedy przyjąć można, że spowiadający się nie jest w stanie wystarczająco jasno wysłowić się w języku niemieckim. Ponieważ przyjęcie takiej spowiedzi parafianina jest obowiązkiem urzędowym księdza, spowiadający się ma prawo wyspowiadać się w tym języku, w którym zgodnie ze swym przekonaniem potrafi on wystarczająco jasno wyrazić swe wyznanie”. Postępowanie kard. Bertrama to przykład, że nie wszyscy biskupi niemieccy ulegali naciskowi władz hitlerowskich.
Trzeba przywołać też – po czwarte – list pasterski bpa Spletta z 4 września 1939 r., w którym aprobował on agresję na Polskę i zaanektowanie Gdańska przez Rzeszę: „(...) W tej historycznej godzinie dziejowej nie zapomnijmy podziękować Bogu najwyższemu i prosić go o dalsze błogosławieństwo dla przyszłości, führera, narodu i ojczyzny”. List ten został odczytany w niedzielę 10 września na wszystkich nabożeństwach w Gdańsku (zamiast kazań). Do tego listu Splett dołączył „modlitwę za naród i ojczyznę”: „Wszechmocny, wieczny Boże! W Twoich rękach spoczywa władza nad wszystkimi państwami i krajami świata. (...) Pozwól rządowi naszego kraju być zwierciadłem Twojego nieskończenie potężnego i sprawiedliwego, dobrego i mądrego kierowania światem. Twoja święta wola niechaj będzie jemu prawem wszystkich praw. (...) Roztocz szeroką swoją łaskę, O Panie, nad naszym führerem, narodem i ojczyzną. (...) Ochraniaj całą naszą niemiecką siłę wojenną na ziemi, jak i na wodzie, a zwłaszcza okręty i samoloty, które znajdują się w rejsie lub w powietrzu (...)”. W tym czasie Luftwaffe masakrowała ludność cywilną na polskich drogach.
Z kolei – po piąte – 15 września 1939 r. bp Splett wydaje specjalne polecenie: „Z okazji oczekiwanego w najbliższym czasie przyjazdu führera, kościoły i plebanie mają być przybrane chorągwiami, a ponadto ma być bite w dzwony (...).”
Po zakończeniu wojny bp Splett został oskarżony przez władze polskie o dopuszczenie się zbrodni na narodzie polskim i skazany na osiem lat więzienia. Za swoje bezprawne czyny skazany zostałby nie tylko w Norymberdze, ale w każdym innym demokratycznym kraju. Stąd przejaskrawione jest stwierdzenie, że to polscy komuniści zemścili się na nim. Proces w Gdańsku nie był pokazowy. Wystarczy uważnie przeczytać akta tego procesu. Oskarżony mógł się bronić bez przeszkód, swobodnie i obszernie. 
Biskup Splett zasłużył na karę. Można jedynie mieć wątpliwość co do jej wysokości. Zresztą sąd wyraził opinię, że lepiej będzie „pozbyć się skazanego”, ponieważ „nie ma specjalnego interesu w przetrzymywaniu go w więzieniu”. Splett odbył swą karę w Polsce. Pogwałceniem prawa było natomiast przetrzymywanie go w odosobnieniu jeszcze przez trzy lata po zakończeniu kary.
Obrońcy bpa Spletta usprawiedliwiają jego działania stanem wyższej konieczności: chęcią uratowania księży polskich od śmierci. Sam bp Splett użył we własnej obronie argumentu, że działał pod przymusem, gdyż był pod stałym naciskiem ze strony gestapo, grożącego aresztowaniami księży, jeżeli biskup nie wykona poleceń władz. Groźba taka rzeczywiście istniała, ale faktem jest też, że gestapo aresztowało i zamęczyło na śmierć duchownych bez względu na postawę bpa Spletta. Jeżeli jakiekolwiek uwolnienia aresztowanych księży miały miejsce, nie było to wynikiem interwencji bpa Spletta, lecz głównie decyzji gauleitera Gdańska, przekonanego, że dany ksiądz nie jest wrogiem NSDAP, co zwykle potwierdzał fakt podpisania niemieckiej listy narodowej (Volksliste).
Jeżeli bp Splett występował do władz, czynił to tylko na prośbę rodzin aresztowanych księży. Prośby te dotyczyły przede wszystkim księży niemieckich, których gestapo podejrzewało o sympatie dla Polaków. Splett, przekazując pisma krewnych do gestapo, popierał zazwyczaj prośby o uwolnienie aresztowanych. W niektórych przypadkach jako argument podawał, że dany ksiądz znany mu jest jako dobry Niemiec. Swoje listy kończył pozdrowieniem „Heil Hitler”.
Argument działania pod przymusem jest więc chybiony, gdyż Splett nie był nigdy osobiście zagrożony przez władze hitlerowskie. Również inne argumenty, które z punktu widzenia prawa kanonicznego osłabić mogą winę (np. zakłócenia równowagi psychicznej lub nieznajomość prawa), nie mogą znaleźć zastosowania w przypadku Spletta. Był on w doskonałym stanie umysłowym, o czym świadczy chociażby jego rozległa korespondencja urzędowa. Posiadał również znajomość prawa kościelnego. Działał więc w pełni świadom swych czynów.
W świetle powyższych argumentów uważam, że biskup Splett nie zasługuje na rehabilitację. Byłaby ona policzkiem dla tych wszystkich, którzy z narażeniem życia starali się wypełnić swe moralne zobowiązania.

Autor jest historykiem, wydał szereg książek poświęconych powojennej historii polskiego Kościoła, w tym pracę poświęconą procesowi bpa Spletta. Mieszka w Berlinie.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl