Zrehabilitować – i  sprowadzić do Gdańska!

WOJCIECH PIĘCIAK

 

Najbardziej obiektywną spośród niewielu wydanych w Polsce książek, poświęconych sprawie biskupa Spletta, jest praca ks. Stanisława Bogdanowicza – kapłana z Gdańska i autora ponad tuzina publikacji z historii gdańskiego Kościoła. To zarazem jedyna polska biografia biskupa – wydrukowana zresztą, co warto zaznaczyć, przez wydawnictwo diecezjalne (Ks. Stanisław Bogdanowicz, „Karol Maria Splett, Biskup Gdański”, wyd. Stella-Maris, Gdańsk-Oliwa 1995).
Bogdanowicz oparł się na źródłach niemieckich i polskich, w tym na książkach, rozmowach ze świadkami wydarzeń oraz archiwach kościelnych i dokumentach z archiwów państwowych, także z procesu Spletta. Te ostatnie po raz pierwszy opublikował w 1994 r. Peter Raina (historyk, autor wielu książek o dziejach Kościoła w PRL, utrzymanych w duchu narodowo-apologetycznym) w swej pracy „Karol Maria Splett biskup gdański na ławie oskarżonych” (dokumenty te obecnie znajdują się w archiwum UOP i choć zostały opublikowane przez Rainę, Urząd odmówił udostępnienia ich ks. Bogdanowiczowi). Zdumiewające – choć nie nielogiczne, pamiętając o nacjonalistycznych poglądach Rainy – jest to, że o ile w swych innych książkach historyk ten odnosi się krytycznie do PRL, to w przypadku sprawy Spletta jest bezkrytyczny w ocenie materiałów z pokazowego w końcu procesu. Ksiądz Bogdanowicz wyznaje, że to również postawa Rainy zachęciła go do pracy nad biografią Spletta – tak, by „odsiać ziarno prawdy od plew nachalnej, komunistycznej propagandy”. Książka jego to zatem również polemika z Rainą – i apel o obiektywną ocenę postawy Spletta, wolną od apologetyki (widocznej w publikacjach w RFN) oraz od przejmowania argumentów propagandy PRL (vide książka Rainy, choć nie tylko).
 
Jakie są tezy Bogdanowicza? 

Po pierwsze, twierdzi on, że wytaczając proces Splettowi komuniści nie tylko chcieli ułatwić sobie zerwanie konkordatu – co miało zapewnić im „silny start w rozpoczynającej się już bezwzględnej walce z Kościołem”. Bogdanowicz pisze: „Analiza materiału wskazuje na jeszcze jeden ważny motyw, który Urzędowi Bezpieczeństwa częściowo udało się zrealizować. (...) Jestem zdania, że chodziło tu również o zantagonizowanie Kościoła polskiego i Kościoła niemieckiego, duchowieństwa polskiego i duchowieństwa niemieckiego, ludności napływowej i autochtonicznej (...). Chodziło więc o rozbijanie Kościoła i antagonizowanie oraz atomizację społeczeństwa, w myśl zasady divide et impera”.
Po drugie, Bogdanowicz podkreśla, że przed sądem stanął niewłaściwy oskarżony, gdyż to nie Splett odpowiadał za antypolskie działania, lecz władze hitlerowskie; proces był typowo stalinowski. Natomiast oceniając moralnie jego postawę, ks. Bogdanowicz stawia tezę, że wynikała ona z roztropności: z pragnienia uchronienia księży i katolików przed prześladowaniami. „Przeciwko najwyższym władzom państwowym, przeciwko państwowemu prawu, przeciwko armii, Einsatzkommandom, placówkom gestapo i różnego rodzaju ogniwom terroru miał tylko wykpiwany oficjalnie autorytet moralny”. „Jestem przekonany – pisze Bogdanowicz – że droga wybrana przez biskupa, polegająca na tym, aby szaleństwa prawa stanowionego przez przestępcze państwo odwlekać, rozmywać, bojkotować i omijać, zaowocowała jak przysłowiowy kij wkłądany w szprychy machiny terroru i pozwoliłą uchronić niejedną ofiarę przed walcem zbrodni”.
Po trzecie, motywem działań biskupa nie był antypolonizm czy chęć germanizowania. Przeciwnie: Splettowi chodziło o ratowanie w środowisku polskim tego, co dało się jeszcze uratować. Nie znaleziono ani jednego złego słowa, które Splett wypowiedziałby pod adresem Polski czy Polaków.
Po czwarte: Splettowi należy się pośmiertna rewizja nadzwyczajna procesu (czego strona polska – np. w osobie ministra sprawiedliwości Wiesława Chrzanowskiego – dotąd odmawiała), a jego prochy powinny zostać sprowadzone i pochowane w oliwskiej katedrze.
Książka ks. Stanisława Bogdanowicza ukazała się w roku 1995. Minęło pięć lat. W tym czasie ukazało się trochę głosów, popierających jego postulaty. Nie było wśród nich jednak nikogo ani z hierarchii kościelnej, ani polityków, którzy mogliby poprzeć np. wniosek o rewizję. Może czas przełamać wreszcie to dziwne milczenie?

Wojciech Pięciak 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl