Listy w sprawie biskupa Spletta



Hlond i Niemcy

W związku z rocznicą aresztowania bpa Spletta przypomniano jego osobę. Ks. prof. Juros („TP” nr 33/2000) odrzucił określenia, które nadała Spletowi przeszłość lub ludzie z aparatu przeszłości, jakoby był on „wrogiem Polski”, „Polakożercą”, „ciemiężcą narodu polskiego”. Po 55 latach, kiedy opadły emocje, można by spokojnie spojrzeć w przeszłość, przede wszystkim za względu na prawdę historyczną. Jednak takie działania mogą okazać się trudne. Chciałbym przekazać swe uwagi dotyczące fragmentów artykułu ks. prof. Iwickiego („TP” nr 33), który został zamieszczony jako przewodni. Niestety mam wrażenie po lekturze artykułu, że kard. August Hlond ukazywany jest tu jako „wróg Niemiec”, „niemcożerca”, „ciemiężca narodu niemieckiego”.
Pisząc o osobie kard. Hlonda, ks. Iwicki korzystał, jak mniemam, ze wspomnień ks. Franciszka Janka (ks. Jank został przed aresztowaniem Spletta mianowany wikariuszem generalnym diecezji gdańskiej) oraz sprawozdania kard. Hlonda („Sprawozdanie Kard A. Hlonda, Prymasa Polski dla Watykańskiego Sekretariatu Stanu w sprawie administracji kościelnej na Ziemiach Odzyskanych”). Podkreślić należy inną wartość obu dokumentów. Praca ks. Janka jest wspomnieniem, sprawozdanie natomiast dokumentem, przesłanym Stolicy Apostolskiej. Kard. Hlond w innych „Sprawozdaniach” kilkakrotnie wspomina o konsultacjach z abpem Sapiehą, aby w sytuacjach – jak pisze – których nikt nie mógł przewidzieć, zabezpieczyć funkcjonowanie i „interesy” Kościoła powszechnego. Dziwne, że po takiej lekturze cytowanych przez autora dokumentów można przedstawić osobę Kardynała jako „ciemiężcę narodu niemieckiego”, a przynajmniej hierarchii Kościoła niemieckiego.
Na działania kard. Augusta Hlonda, podjęte w sierpniu 1945 można spojrzeć pozytywnie i negatywnie. Spojrzenie negatywne rodzi odpowiedź: „niemcożerca”, wykorzystuje sytuację, nie ma uprawnień, pozbawia niemieckich hierarchów możliwości sprawowania funkcji pasterskiej i działa zgodnie z interesem rodzącego się państwa socjalistycznego. Takie spojrzenie nie ma oparcia w archiwach. 
Spojrzeć też można pozytywnie. W trudnej sytuacji Hlond podejmuje działania zgodnie ze swymi pełnomocnictwami, w imieniu Najwyższego Urzędu i w imię dobra Kościoła powszechnego, by zabezpieczyć na obszarze „nowej” Polski, po sparaliżowaniu przez władzę ludową „hierarchii niemieckiej”, byt Kościoła powszechnego, by obszar ten nie był ateistyczny, pozbawiony struktury kościelnej i opieki duszpasterskiej dla wiernych. Czy można mu mieć za złe wypełnianie zleconych zadań?
Ks. Iwicki pisze: „Prymas Hlond nalega, by Splett zrzekł się urzędu biskupa diecezji gdańskiej. Biskup odpowiada, że bez wiedzy i zgody papieża zrzec się nie może ani nie chce”. Tymczasem nad nową sytuacją bp Splett zupełnie nie panował! A mianowanie ks. Janka wikariuszem generalnym dało władzy ludowej kolejne dowody „antypolskiej” działalności biskupa. Gdy władze komunistyczne aresztowały Spletta, kard. Hlond z biskupem się nie spotkał i nie wysyłał posłańca, który by namawiał go do rezygnacji. Jak pisze w „Sprawozdaniu”: „Do Jego Ekscelencji, który wówczas przebywał w więzieniu, przesłałem drogą oficjalną list, na który tenże natychmiast mi odpisał. Akt zrzeczenia się bpa Spletta, podpisany 22 sierpnia 1945 r. dawał natychmiastową możliwość zamianowania przez Stolicę Apostolską administratora apostolskiego, który mógłby zabezpieczyć istnienie Kościoła”.
Ks. Iwicki pisze:„Wtedy ks. Prymas żachnął się i powiedział: »Mamy tyle ciężkich dowodów przeciw niemu«”. Znając inne „Sprawozdania” kard. Hlonda do Stolicy Apostolskiej wątpię, by taką opinię wypowiedział kard. Hlond, który cenił godność innych i nigdy nie pozwoliłby sobie na wyrażanie negatywnych opinii, tym bardziej gdy chodziło o biskupa.
Dalej ks. Iwicki relacjował wspomnienie ks. Janka, który opowiadał: „Podszedłem do niego [do biskupa Kallera z Warmii], a on płakał. Chcąc zmienić przykrą sytuację, zwróciłem się do niego z prośbą, żeby pozdrowił mego kolegę ks. Dziendzielewskiego, proboszcza pod Olsztynem. Na to odpowiedział ks. biskup Kaller: »Nie wiem, czy go jeszcze zobaczę. W trzech dniach muszę opuścić diecezję i Polskę«”. Sugeruje to, że prawie natychmiastowe opuszczenie Polski przez bpa Kallera spowodowane było decyzjami kard. Hlonda. Otóż 13 sierpnia 1945 r. Okręgowy Komitet Narodowościowy odmówił wydania obywatelstwa polskiego bpowi Kallerowi. W ciągu kilku dni (nie jak zwykły obywatel niemiecki kilku godzin) miał on opuścić obszar „nowej” Polski. 
Osoba kardynała Hlonda wielokrotnie będzie wracać w publikacjach, szczególnie dotyczących roku 1945. Dlatego pozwoliłem sobie napisać to wyjaśnienie, by nie powielać błędnych opinii, które przynoszą szkodę nie tylko osobie kardynała, ale też historii.
 
KS. JAN KONIECZNY SChr
(Poznań)

Autor listu należy do zgromadzenia Księży Chrystusowców; założycielem tego zgromadzenia był kard. Hlond, którego proces beatyfikacyjny trwa w Rzymie.






Splett i Hlond

Ocena postawy Spletta powinna być dokonywana w kategoriach moralno-historycznych, nie przed sądem. Dlaczego? Powód jest prosty: Splett nie miał na sumieniu żadnej zbrodni. A został potraktowany gorzej niż wielu zbrodniarzy i spędził za kratami więcej czasu niż niejeden nazistowski morderca! 
Oceniając jego działania – i szukając odpowiedzi na pytanie „TP”, czy powinien zostać zrehabilitowany, a prochy sprowadzone – rozdzieliłbym dwie sprawy, które niesłusznie łączy wielu tych autorów listów do „TP, opowiadających się przeciw Splettowi. Otóż należy oddzielić kwestię odpowiedzialności karnej od oceny moralnej i historycznej. W kategoriach prawnych jest oczywiste, że powinna odbyć się rewizja procesu, a Splett powinien zostać zrehabilitowany. Druga sprawa to ocena w kategoriach etycznych i historycznych. Tu nie mam jednoznacznego zdania; wydaje mi się, że trudno o oceny czarno-białe. Przychylam się natomiast do opinii Stefana Chwina, że jeśli biskup tego pragnął, prochy jego powinno się sprowadzić, nie czyniąc jednak z tego absolutnie symbolu. Niech to będzie chrześcijański uczynek, nie impreza polityczna.
Powstaje tu bowiem kluczowe pytanie: czy Splett nie był w gruncie rzeczy bardzo podobny do kardynała Hlonda? Stojąc w obliczu starcia polsko-niemieckiego obaj ci duchowni zachowywali się nie jak ludzie Kościoła – w którym „nie ma Greka ani Żyda” – ale jak przedstawiciele swoich narodów. Splett wydał ów list z 1939 r., w którym dziękował Bogu za „powrót” Gdańska do „Macierzy”. Kilka lat później Hlond postąpił również jak polityk, działający w imię polskiej racji stanu i usunął niemieckich biskupów z ziem „wracających” do polskiej „Macierzy”, milcząc wobec brutalnego usuwania niemieckiej ludności i księży. 
Z punktu widzenia Niemca w 1939 r. Gdańsk „wracał” do „Macierzy”; z punktu widzenia Polaka „powrót” w 1945 r. „do Macierzy” Wrocławia był wobec utraty kresów polską racją stanu. Ale optyka polityczna – to jedno, a wiara – to drugie. Co pomyślałby dziś niemiecki katolik, pamietający rok 1945, jeśli Hlond (którego proces beatyfikacyjny trwa) zostanie ogłoszony błogosławionym? Co pomyślałby polski katolik, gdyby Niemcom nagle przyszło do głowy wszcząć proces beatyfikacyjny Spletta?

ANDRZEJ CZARNECKI
(Warszawa)


 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl