Listy w sprawie biskupa Spletta



Mój głos przeciw

Z uwagą śledzę dyskusję w sprawie rehabilitacji i sprowadzenia do Gdańska prochów biskupa Spletta. Jak dotąd jej przebieg oceniam na korzyść biskupa. Jako rodowity gdynianin o pomorskich korzeniach i regionalny publicysta, który na Pomorzu spędził całe życie, łącznie z wojennym dzieciństwem, jestem zaistnieniem tej „sprawy” zbulwersowany. Odbieram ją jako osobistą obrazę i z tej racji mój głos w dyskusji będzie emocjonalny i subiektywny. Ale trudno by był inny, gdy wspominam dotąd moje zmarnowane wojenne dzieciństwo i pięć śmiertelnych ofiar, jakie dotknęły moją rodzinę. W takiej sytuacji trudno zachować mi dystans do sprawy.
Świadomy tych obciążeń zdecydowałem się na zabranie głosu, bo nie mogę milczeć. Stosunek mojej rodziny do osoby bpa Spletta ukształtował się w czasie wojny i pozostaje niezmienny do dziś. Według naszej opinii – a jest to także opinia naszych najbliższych sąsiadów – bp Splett to zdecydowany hitlerowiec, człowiek, który obok Gauleitera Forstera uosabia hitlerowców i ich poczynania na Ziemi Pomorskiej. A ponieważ „po owocach ich poznacie”, oto kilka takich „owoców”.
4 września 1939 r. bp Splett wystąpił z listem pasterskim do wszystkich parafii, polecając odprawienie modłów w intencji führera oraz „powrotu” Gdańska do Rzeszy. Nieco później – 1 kwietnia 1940 r. – wprowadził zakaz odprawiania w języku polskim nabożeństw, modłów i odprawiania egzekwi pogrzebowych. Nieco później w diecezji administrowanej przez bpa Spletta usunięto przydrożne krzyże, napisy polskie w kościołach i zamalowano czarną farbą lub smołą polskie epitafia na nagrobnych stellach. Więcej i szerzej na ten temat znajdzie czytelnik w książkach A.Męclewskiego „Pelplińska jesień” i „Neugarten 27”. Tam znaleźć można opisy zbrodni, dokonanych na Ziemi Pomorskiej przez hitlerowców. Sprawy te były biskupowi Splettowi znane, a jego milczenie w tej materii nie wymaga komentarza.
Tematyką pomorsko-gdańską zajmuję się od wielu lat, lecz nieznany jest mi chociaż jeden przypadek interwencji bpa Spletta u swoich hitlerowskich przyjaciół w sprawach zabijania polskich księży, np. wymordowania całej prawie kapituły pelplińskiej i zbrodni w Lasach Szpęgawskich i w Piaśnicy. Nie znam też przypadku prób podjętych przez biskupa Spletta w celu złagodzenia cierpień więźniów obozu w Stutthofie, bądź potępienia hitlerowskich praktyk wytwarzania mydła z ludzkiego tłuszczu w sąsiadującym z Oliwą Wrzeszczu.
Przypomnieć też warto karierę biskupa. Gdy jego poprzednik zaszczuty przez hitlerowców ustąpił z urzędu biskupa gdańskiego, władze kościelne wyznaczyły na jego miejsce ks. prałata Sawickiego – Polaka z pelplińskiego seminarium. Kandydaturze tej sprzeciwili się gdańscy hitlerowcy, którzy już wtedy – w 1938 r. – czuli się panami Gdańska. To oni desygnowali ks. Spletta, proboszcza jednej z gdańskich parafii na urząd biskupi. Był więc bp Splett swoistym dłużnikiem wobec hitlerowców i w tym kontekście jego późniejsza postawa jest czytelna.
Takie są fakty. Na ich tle nasuwa się pytanie: kto dziś stoi za tzw. sprawą biskupa Spletta? Czemu ma służyć rehabilitacja i przeniesienie doczesnych szczątków biskupa do katedry oliwskiej – miejsca spoczynku Książąt Pomorskich i pomorskich patrycjuszy? Czemu w licznych dotychczasowych wypowiedziach eksponuje się tak mocno szykany wobec biskupa w czasie odbywania przez niego kary we Wronkach? Czy ma to służyć kreowaniu biskupa Spletta na ofiarę „komuny”? Stąd przecież krok do uczynienia z niego męczennika i bohatera. 
Na pytania te odpowiedzi udzieli przyszłość. Na razie poglądy moje w tej sprawie zbliżone są do stanowiska Stefana Chwina („TP” 36/
/2000), bo podobnie jak on uważam całą tę sprawę za polityczną manipulację. Wszystko wskazuje na to, że prochy biskupa Spletta odegrać mają rolę próbnego balonu, za którym na fali polsko-niemieckiego pojednania rewizjoniści z ziomkostw BdV na czele z panią Steinbach, żonglując warunkami przyjęcia Polski do Unii Europejskiej, spróbują upiec swoją pieczeń... Zanim się ockniemy, zwłoki biskupa Spletta spoczną w Oliwskiej Katedrze. On sam zostanie zrehabilitowany i wykreowany na dobrego pasterza i bohatera, Gdańsk nazywał się będzie Danzig! Czyżby nasza polska naiwność miała sięgać tak daleko?
MICHAŁ SIKORA
(Gdynia)






Niegodny powrotu 

Jestem oburzony artykułami w „TP”, nawołującymi do uniewinnienia biskupa Spletta. „Zrehabilitować” Spletta i „sprowadzić do Gdańska” to tak, jakby zrehabilitować Niemców gdańskich witających owacyjnie Hitlera w 1939 r. Czy to wszystko ma się zakończyć nowym Wolnym Miastem Gdańskiem? Symbolicznym pierwszym powracającym będzie tutaj bp Splett.
Ci, którzy wychwalają biskupa, zdradzają prymasa Hlonda, który powiedział: „Mamy tyle ciężkich dowodów przeciw niemu”. Nie bezpodstawnie przecież prymas Hlond zawiesił nominację bpa Spletta. Czyżby w oczach „TP” działał on niesprawiedliwie? Przewidywał on, że znajdą się potem ci, którzy żądać będą rewizji, gdy oczywiste jego winy ulegną koniunkturalnym „zapomnieniom”. Przypominam, że w informacjach kościelnych diecezji gdańskiej z czasów bpa Gocłowskiego jest notatka, że bp Splett został „skazany w 1946 r. na osiem lat więzienia za przestępstwa przeciwko polskości w okresie okupacji hitlerowskiej”. Ujawniający ten cytat ks. Zygmunt Iwicki pyta obłudnie: „Czy biskup gdański doczeka się osądzenia zgodnie z prawem i sprawiedliwością?” – może tu chodzi o stworzenie precedensu dla następnych rewizji? 
Miejmy odrobinę honoru. Bp Splett niegodny jest powrotu do Oliwy. Gdyby nie spełniał życzeń hitlerowskich, na pewno nie akceptowano by go, co jest wystarczającym dowodem win przeciwko polskości. Sądzę, że Episkopat Polski stanie na wysokości zadania.
 
BOGUSŁAW NOWAK
(Poznań)






Porządny człowiek, nie na tamte czasy

Pragnę wyrazić słowa uznania za poruszenie sprawy ks. biskupa Spletta. Ludzie nie obeznani z sytuacją, jaka zaistniała na obszarze przedwojennego Pomorza (a takich jest większość, gdyż bądź zamieszkiwali na innym terenie, bądź ze względu na młody wiek nie mają należytego rozeznania) mogą odnieść całkowicie błędny obraz panujących tam stosunków.
Pan Marian Wojciechowski z Warszawy w swym liście do redakcji („TP” nr 36/2000) sugeruje, że hitlerowskie władze okupacyjne we wrześniu 1939 wszczęły w Watykanie starania o mianowanie bpa Spletta administratorem apostolskim diecezji chełmińskiej, przy czym wysiłki te zakończyły się powodzeniem już 29 listopada 1939. Pan Wojciechowski pomija to wszystko, co wydarzyło się na Pomorzu Gdańskim w okresie p r z e d 29 listopada, a ma przecież istotne znaczenie dla sprawy.
Po zajęciu Pomorza, na którym położona była ówczesna diecezja chełmińska, władze niemieckie już we wrześniu 1939 zabroniły używania języka polskiego w miejscach publicznych. Ludziom spoza Pomorza trudno sobie wyobrazić, że za rozmowę po polsku na ulicy wymierzano kary pieniężne, a dodatkowo można było dostać skierowanie do pracy przymusowej w Rzeszy. Podobnie kary pieniężne nakładali policjanci, jeśli przypadkowo stwierdzili, że np. matka w domu rozmawia z dziećmi po polsku. Już we wrześniu 1939 władze niemieckie zabroniły też w kościołach kazań i śpiewów w języku polskim, zezwolono na odczytywanie po polsku tylko Ewangelii w czasie Mszy świętej. Krótko po tym, chyba w początku października 1939, zabroniono również i tego.
Biskup chełmiński Stanisław Wojciech Okoniewski opuścił diecezję zaraz po wybuchu wojny w obawie przed gestapo. Miał ku temu wszelkie powody. Jego diecezjanie z pewnością nie mieli mu tego za złe, inaczej bowiem – jak obu biskupów płockich czy biskupa Michała Kozala z Włocławka – czekałoby go uwięzienie i śmierć. Pomorzanie byli zadowoleni, że ich biskup-Polak nie dał się ująć Niemcom, podczas gdy księża z Generalnej Guberni czynili mu zarzuty, że porzucił swoją diecezję.
W październiku 1939 władze hitlerowskie zamknęły w Pelplinie katedrę i seminarium duchowne, w którym urządziły szkołę policyjną i prowizoryczne więzienie. Katedra zresztą pozostawała przez cały okres okupacji zamknięta, podobnie jak inne kościoły katedralne na obszarze wcielonym do Rzeszy (Gniezno, Poznań, Włocławek, Płock, Łódź). W chwili wybuchu wojny diecezja chełmińska liczyła 701 księży, z czego Niemcy aresztowali 450 czyli 2/3 ogólnej liczby. Zamordowano w październiku 1939 r. 224 księży, a w obozach koncentracyjnych zginęło ich 85 – łącznie więc 309. W samym Pelplinie, siedzibie kurii biskupiej, w chwili wkroczenia Niemców przebywało ponad 20 księży, łącznie z biskupem sufraganem ks. Konstantynem Dominikiem. Już we wrześniu 1939 uwięziono trzech z nich, pozostałych urzędników kurialnych i profesorów seminarium duchownego aresztowano i zamordowano 20 października. Ocalało tylko dwóch księży narodowości niemieckiej. Do tego należałoby dodać straty materialne jak np. spalenie biblioteki biskupiej i seminaryjnej w miejscowej cukrowni.
W grudniu 1939 w parafiach diecezji chełmińskiej pracowało jedynie około 40 księży polskich, do których władze okupacyjne nie zgłosiły zastrzeżeń natury politycznej. Około 100 księży się ukrywało. Zniesiono też zgromadzenia zakonne. Pozostały tylko niedobitki sióstr elżbietanek i sióstr miłosierdzia, które pracowały w charakterze pielęgniarek. Na 314 parafii 139 było nie obsadzonych, a w 175 działało jedynie 76 proboszczów, w tym pewna liczba Niemców.
Dokładnie 9 listopada 1939 r., czyli w rocznicę pogromu niemieckich Żydów (tzw. Reichskristallnacht, gdy w całych Niemczech palono synagogi), hitlerowcy zniszczyli na terenie Pomorza wszystkie przydrożne krzyże i kapliczki. Krzyże porąbano siekierami, a figury świętych potrzaskano młotkami. 
70-letni i schorowany biskup sufragan K. Dominik nie posiada żadnego zaplecza w postaci urzędów kurialnych itd. Hitlerowski terror zniszczył faktycznie diecezję chełmińską, istniała ona już tylko formalnie. Nie po to hitlerowcy wymordowali księży lub zesłali ich do obozów koncentracyjnych, nie po to zlikwidowali kurię, zamknęli seminarium i katedrę, aby pozwolić na urzędowanie polskiemu biskupowi. W tej jakże tragicznej sytuacji Stolica Apostolska powołała 5 grudnia 1939 r. biskupa gdańskiego na administratora apostolskiego diecezji chełmińskiej.
Przebywający na obczyźnie biskup Okoniewski, dowiedziawszy się o tym, napisał do Ojca Św. Piusa XII list, w którym sugerował, że na administratora apostolskiego – o ile taki musi być dla jego diecezji ustanowiony – proponuje któregoś z księży, podając przy tym nazwiska: Bartkowski, Sawicki, Boryński, Partyka, Dąbrowski, Schuett. Nie zdawał sobie sprawy, że – z wyjątkiem ks. Sawickiego – wszyscy oni od dwóch miesięcy już nie żyją, gdyż zostali zamordowani.
Hitlerowski terror zniszczył więc diecezję, która istniała odtąd tylko formalnie. W takich to tragicznych okolicznościach doszło do nominacji ks. bpa Spletta na administratora apostolskiego, o czym należałoby pamiętać w imię historycznej prawdy. Tak więc nie biskup Splett zakazał używania języka polskiego w diecezji chełmińskiej w maju 1940 roku, gdyż już pół roku wcześniej (październik 1939) uczyniły to niemieckie władze okupacyjne. Taki sam zakaz używania w duszpasterstwie języka polskiego wprowadziły władze hitlerowskie w październiku 1939 roku tzw. okręgu „Gdańsk – Prusy Zachodnie”, który do diecezji chełmińskiej nie należał, np. w Bydgoszczy.
Wydany przez biskupa Spletta w 1940 roku nakaz usunięcia z kościołów wszystkich polskich pamiątek też jest problematyczny, skoro samą katedrę w Oliwie zdobiły w tym czasie portrety władców polskich, m.in. Kazimierza Jagiellończyka, który po wojnie trzynastoletniej (1454-1466) przywrócił władzę Polski nad Pomorzem Gdańskim, zajętym przez Krzyżaków w 1308 r., za czasów Władysława Łokietka. 
W trakcie wizytacji bp Splett apelował do księży, aby w istniejących trudnych warunkach, przy wszystkich ograniczeniach, tak postępowali, aby nie dopuścić do zamknięcia kościołów i całkowitego pozbawienia ludności opieki duszpasterskiej.
Katolicki biskup Splett musiał sobie zdawać sprawę z tego, że zwycięstwo hitlerowskich Niemiec doprowadzi siłą rzeczy do całkowitej likwidacji religii chrześcijańskiej. W lipcu 1933 roku Adolf Hitler powiedział do Hermanna Rauschniga, prezydenta Senatu Wolnego Miasta Gdańska, że nic go nie powstrzyma od zupełnego wyplenienia chrześcijaństwa („mit Stumpf und Stiel ausrotten”), bo czy Stary czy Nowy Testament to jeden i ten sam żydowski szwindel.
Ks. Andrzej Wronka, od sierpnia 1945 r. administrator apostolski w Gdańsku, późniejszy biskup sufragan wrocławski, powiedział o ks. biskupie Splettcie, że „był to w samej rzeczy bardzo porządny człowiek, ale nie na tamte ciężkie czasy. Gestapo deptało mu po piętach i był w ciągłych tarapatach”. Z taką opinią wypada się zgodzić.

H.H. 
(Słupsk)

Autor listu jest czytelnikiem „TP” od 1945 roku; nazwisko do wiadomości redakcji.






Papież uległ Niemcom

W nawiązaniu do sprawy bpa Spletta prof. Marian Wojciechowski wskazał w liście („TP” 36/2000), że inicjatywa mianowania ordynariusza Gdańska administratorem diecezji chełmińskiej wyszła od Forstera, szefa gdańskiej NSDAP. Warto dodać, że we wrześniu 1939 ordynariusze trzech diecezji polskich opuścili kraj: kard. Hlond z Gniezna-Poznania, bp Radoński z Włocławka i bp Okoniewski z Chełmna-Pelplina (dotarł on do Rzymu, podobnie jak Hlond). 
17 października 1939 r. ambasada niemiecka przy Stolicy Apostolskiej zgłosiła możliwość mianowania Spletta administratorem w diecezji chełmińsko-pelplińskiej. 20 października Pius XII przychylił się do opinii kard. Maglionego (sekretarza stanu), że w danym momencie nie byłoby właściwe powierzanie diecezji polskich (chodziło też o Gniezno-Poznań i Katowice) biskupom niemieckim. 
Abp Orsenigo, nuncjusz w Berlinie, w piśmie do Maglionego z 25 listopada przedstawił trudności diecezji chełmińskiej: ordynariusz nieobecny, z 500 księży ledwie 20 sprawuje posługi; wymienił też ordynariusza gdańskiego, który w owym czasie przybył do Berlina. 29 listopada papież uznał za właściwe mianowanie Spletta administratorem apostolskim „ad nutum S. Sedis” diecezji chełmińskiej, „ewentualnie powiadamiając Polaków, że jest to posunięcie prowizoryczne w sytuacji skrajnej konieczności”. 1 grudnia Maglione upoważnił Orsenigo do wysondowania władz niemieckich; następnego dnia nuncjusz poinformował o przewidywanym braku trudności ze strony duchowieństwa diecezjalnego i ludności polskiej oraz spodziewanej przychylności rządu. 4 grudnia Maglione upoważnił nuncjusza do ogłoszenia nominacji Spletta. Ale dopiero 15 grudnia Maglione zlecił kard. Hlondowi – ewidentnie dotąd nic nie wiedzącemu – powiadomienie bpa Okoniewskiego. Prymas Polski nie spieszył się z wykonaniem tej misji, zapewne kłopotliwej dla niego i adresata. Oto bowiem jeszcze 22 grudnia, z tegoż Rzymu, Okoniewski – w nieświadomości papieskich posunięć – pisał do Piusa XIII, przedstawiając sytuację diecezji i proponując do wyboru sześciu kapłanów na urząd administratora apostolskiego. Zaś 18 grudnia ambasada RP przy Stolicy Apostolskiej złożyła Maglionemu protest, wskazując na sprzeczność nominacji z konkordatem zawartym między Stolicą Apostolską a Polską.
Innymi słowy: instancje Kurii Rzymskiej nie uznały za właściwe powiadomić Hlonda i Okoniewskiego; choć sondowano władze niemieckie, nie poinformowano ambasady RP, która uzyskała nowiny drogą okrężną. Powstaje wrażenie, że w kurialnym pojmowaniu Polska stawała się wielkością bez znaczenia, może kłopotliwą, którą informowano by „ewentualnie”. 
Pocieszające, że u niektórych kurialistów mógł powstać niesmak. Po wystąpieniu w styczniu 1940 niemieckiego chargé d’affaires w kwestii konsultowania z władzami niemieckimi kandydatów na opróżnione biskupstwa polskie – prałat Tardini, faktyczny szef dyplomacji papieskiej napisał na marginesie dokumentu: „Jakaż bezczelność! Chcieliby powtórzyć sprawę Chełmna...”

MICHAŁ HOROSZEWICZ
(Warszawa)


 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl