Listy w sprawie biskupa Spletta



Biskup Splett nie bronił Polaków

Nawiązując do sprawy biskupa Spletta, opowiem moje wspomnienie z jesieni 1939. Moi rodzice byli krakowianami, którzy osiedlili się w Toruniu na początku lat 30. (opisuję to w autobiografii „Minęło życie”). Ojciec był wicedyrektorem Pomorskiej Izby Rolniczej, Mama nauczycielką na wczesnej emeryturze. Ja zacząłem u progu wojny naukę w gimnazjum. We wrześniu 1939 wzięliśmy udział z konwojem Izby Rolniczej w ogólnym exodusie, w rezultacie czego przeżyliśmy oblężenie Warszawy. 
Po kapitulacji Rodzice ze mną i młodszym bratem wrócili do Torunia, byli bowiem przeświadczeni, że okupacja niemiecka będzie cywilizowana, podobna do tej z I wojny światowej. W Toruniu, gdzie znaleźliśmy się 5 października, okazało się, że jest całkiem inaczej. Miasto przybrało niemiecki (a nawet hitlerowski) wygląd. Ojca aresztowano już 17 października 1939 r. w czasie wielkiej fali aresztowań polskiej inteligencji i duchowieństwa w Toruniu, kiedy w Forcie VII uwięziono m.in. także młodego księdza Stefana Frelichowskiego, który zmarł pod koniec wojny w obozie koncentracyjnym w Dachau (i został beatyfikowany podczas pobytu Ojca Świętego w Toruniu 7 czerwca 1999 r.). Mamę z bratem i mną wysiedlono z Torunia 22 listopada 1939 roku; wojnę spędziliśmy w Krakowie, korzystając z pomocy krewnych. 
Przed wysiedleniem byliśmy jeszcze dwa razy w toruńskim kościele Najświętszej Marii Panny na niedzielnej Mszy świętej (była to wtedy nasza parafia). Mszę odprawiał proboszcz ks. Jank (autor cytowanej w „Tygodniku” relacji); liturgia była łacińska, jak zawsze, natomiast Ewangelię odczytał ksiądz proboszcz z ambony po polsku i niemiecku (w tej kolejności). Zrobiło to na nas bardzo przykre wrażenie, ale rozumieliśmy, że inaczej być nie może.
Moje dalsze informacje rodzinne o tym, co działo się w Toruniu po naszym wysiedleniu, mam od mojej śp. żony Barbary, córki przedwojennego wicestarosty krajowego pomorskiego Stanisława Gąsowskiego. Dr Gąsowski, mój teść, został aresztowany w tym samym czasie co Ojciec i przeszedł przez obozy Stutthof (koło Gdańska), Sachsenhausen i Dachau. Rodzina Gąsowskich, jako pochodząca z Pomorza, wysiedlona nie została, odebrano im tylko zbudowaną w II Rzeczypospolitej willę i przydzielono liche mieszkanko (w tym samym domu, w którym mieszkała rodzina Frelichowskich). Podaję te szczegóły dla ewentualnego uwiarygodnienia dalszych informacji, które chociaż znam „z drugiej ręki”, bo od Żony, są jednak ścisłe, ponieważ rozmawialiśmy na te tematy wielokrotnie. 
Nie chcę wchodzić w szczegóły, które osoby znające materiały źródłowe mogą opisać i ocenić w sposób bardziej kompetentny. Chcę tylko przekazać ogólne wrażenie, jakie rządy biskupa Spletta w diecezji chełmińskiej pozostawiły w pamięci katolików polskich, którzy żyli tam podczas okupacji niemieckiej 1939-45. Otóż Polacy mieli mu za złe (wtedy, nie dopiero po wojnie), że nie ujmował się za aresztowanymi, męczonymi i pozbawianymi życia w wielkiej liczbie księżmi polskimi. Było to coś dokładnie odmiennego od postawy, jaką przejawiał w Krakowie arcybiskup Sapieha i co doskonale pamiętamy my wszyscy, którzy przeżyliśmy okupację w tym mieście. 
Generalne wrażenie było takie, że biskup Splett stanął po stronie władz hitlerowskich i że wspierał na swój sposób politykę „Eindeutschung” [zniemczenia – red.], prowadzoną przez gauleitera NSDAP w Gdańsku Forstera. Wrażenie to dodatkowo spotęgowało się, kiedy Splett wydał zarządzenie o zakazie używania języka polskiego nie tylko w nabożeństwach (co można było jakoś usprawiedliwić), ale i w konfesjonale. Żona opowiadała mi, że księża radzili sobie z tym m.in. w ten sposób, że nie chcącym czy nie mogącym spowiadać się po niemiecku udzielali rozgrzeszenia bez wysłuchiwania grzechów (być może, że używali formuły „in articulo mortis”, ale to tylko mój domysł – warunki wojenne uzasadniałyby zapewne taki tryb rozgrzeszania) – ale było to już naruszenie zarządzenia biskupa.
O nieludzkich metodach, jakie władze „Polski demokratycznej” (bo wtedy jeszcze nie nazwano jej „ludową”) zastosowały wobec biskupa Spletta po jego uwięzieniu nie było powszechnej wiedzy. Jest to stary problem niewiedzy społecznej pod rządami totalitarnymi. Natomiast – wydaje mi się, że to jednak jakoś pamiętam – nie było jakiejś odczuwalnej dezaprobaty dla samego faktu jego osądzenia. Ja sobie w każdym razie z ówczesnych, bardzo szczerych rozmów między kolegami-studentami, w gronie osób mających do siebie zaufanie (było takich środowisk wcale niemało w tamtych czasach), tego rodzaju dezaprobaty sobie nie przypominam. Może jednak mam za wiele zaufania do własnej pamięci?

JERZY SERCZYK 
(Toruń)

Autor jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.





Rzesza poprosiła, Watykan zdecydował

Chciałbym uzupełnić informacje o „sprawie Spletta”. Ksiądz Socha pisze, że „w atmosferze wrogiej Polakom, gdy faktycznym władcą miasta Gdańska był Albert Forster, szef gdańskiej NSDAP, biskupem diecezji został Karl Maria Splett”, jako Niemiec. Jak wynika z dokumentów archiwalnych, przechowywanych w monachijskim archiwum Institut für Zeitgeschichte (renomowanego Instytutu, zajmującego się historią najnowszą Niemiec, w tym szczególnie okresem 1933-45 – red.) pod sygnaturami NO-4043 i NO-4044, to właśnie Albert Forster 7 września 1939 roku zwrócił się telefonicznie do Urzędu Spraw Zagranicznych (niemieckie MSZ – red.) w Berlinie z wnioskiem o „przekazanie przez Watykan biskupowi gdańskiemu nadzoru (niem. Oberaufsicht) nad instytucjami Kościoła katolickiego na okupowanych obszarach zachodniopruskich”, co w języku prawa kanonicznego równało się wnioskowi o mianowanie przez Stolicę Apostolską biskupa Carla Marii Spletta administratorem apostolskim polskiej diecezji chełmińskiej. Już 9 września 1939 r. wieczorem zastępca sekretarza stanu w Urzędzie Spraw Zagranicznych, Ernst Woermann, powiadomił telegraficznie ambasadę Rzeszy przy Watykanie o wniosku Forstera, ale dodał, że sprawa ta może być rozstrzygnięta dopiero „nach endgültiger Gebietszugehörigkeit”, czyli „po ostatecznym określeniu przynależności tych terenów”. Prosił jednak ambasadę o zwrócenie uwagi Stolicy Apostolskiej „już teraz”, że Rzesza jest zainteresowana nie tylko ostatecznymi, ale i tymczasowymi zmianami podziału całego terytorium polskiego na poszczególne diecezje.
Miesiąc później, 9 października 1939 r., Woermann w instrukcji przesłanej do ambasady Rzeszy przy Watykanie pisał, że – w odniesieniu do diecezji chełmińskiej (w oryginale niemieckim błędnie podano Kulm/Pelplin, tzn. Chełmno/Pelplin, gdy tymczasem tradycyjną siedzibą diecezji była Chełmża/Kulmsee) – ze strony rządu Rzeszy nie zostaną podniesione zastrzeżenia, jeśli tymczasowy (niem. vorlaüfig) zarząd nad wspomnianą diecezją przekazany zostanie biskupowi gdańskiemu. Wkrótce też, bo 29 listopada 1939 r., bp Splett otrzymał nominację z Watykanu. 
Przywołane wyżej dokumenty niemieckie powstały w Urzędzie Spraw Zagranicznych w Berlinie. Zaś sygnatury „NO” oznaczają, że dokumenty te przekazane zostały alianckiemu Trybunałowi Wojennemu w Norymberdze, jako materiał dowodowy.

MARIAN WOJCIECHOWSKI 
(Warszawa)

Autor listu jest profesorem w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego.






Zrehabilitować Spletta i sprowadzić prochy

Przychylam się do opinii wyrażonych w „Tygodnikowych” materiałach o sprawie biskupa Carla M. Spletta. Postulat rehabilitacji oraz sprowadzenia prochów Biskupa do katedry w Oliwie w pełni popieram. Sądzę, że w tej sprawie powinien odezwać się też były prezydent Lech Wałęsa.

KAROL JONCA 
(Wrocław)

Autor jest profesorem, kierownikiem Katedry Doktryn Politycznych i Prawnych na Uniwersytecie Wrocławskim, redaktorem „Studiów nad Faszyzmem i Zbrodniami Hitlerowskimi”.






Miał złą opinię więźniów Wronek

„Tygodnik Powszechny” głosami kilku autorów postuluje zrehabilitowanie biskupa Spletta i sprowadzenie jego prochów do Gdańska, opisując również jego pobyt w komunistycznym więzieniu we Wronkach. Jako były więzień Wronek (od stycznia 1952 do sierpnia 1955), chcę przedstawić inną opinię o tym biskupie. 
Otóż: odnośnie przetrzymywania go w „karcu”, w celi z wodą lub na „twardym łożu” – to mogło się zdarzać, gdyż dopiero po śmierci Stalina, mniej więcej od sierpnia 1953, we Wronkach zmienił się kurs i m.in. przestano na więźniach wymuszać dodatkowe oświadczenia i zeznania. Nie jest natomiast prawdą, że na oddziale „D” były karne cele, gdyż takowe istniały jako pojedynki na „IV B” i ze względu na ciasnotę były przez więźniów nazywane „szafami”. Tam obowiązywała specjalna „dyscyplina”. Biskup Splett siedział po 1954 roku w celi na „D” na własną prośbę pojedynczo, gdyż miał „trudne usposobienie” i nie mógł się dogadać z innymi księżmi na wspólnej celi. Wiem to od samych księży, z którymi siedziałem i którzy o Spletcie jako o współwięźniu mieli ujemne zdanie. Czasem napomykali, że to „germańska mentalność” i „rygorysta”.
Siedząc na oddziale „D” był Splett więźniem uprzywilejowanym, gdyż dostawał paczki żywnościowe z zewnątrz (czego dostąpili wówczas tylko nieliczni więźniowie polityczni) i korzystał z więziennej biblioteki, zamkniętej na głucho dla całej reszty. Dostawaliśmy tylko raz na miesiąc wymienianą broszurę „Wiedzy Powszechnej”, np. „Uprawa pomidorów” lub „Hodowla świń”, co miało znaczyć, że więźniowie dostają i czytają książki. Poza tym bp Splett wyróżniał się nadmiernym zdyscyplinowaniem wobec tej hołoty-strażników. Gdy tylko otwierała się cela, trzaskał obcasami na baczność. Może to był pruski nawyk, wpajany Niemcom od młodości i stanowiący później odruch. Raziło to nas jednak, jako objaw zbytniej uległości czy czołobitności. Jeśli Wiesio Chrzanowski (który jako minister sprawiedliwości nie chciał przeprowadzenia rewizji procesu Spletta – red.) będąc ministrem odmówił wniosku o rehabilitację, to widać znał i podzielał tę opinię o biskupie. Siedziałem z Chrzanowskim po jednej z „przerzutek” przez trzy miesiące w jednej celi i zapamiętałem go jako autorytet więzienny. Był tam bez zarzutu.
Piszę to nie jako antyklerykał lub wróg Kościoła, gdyż sam siedziałem za sprawy katolickie, jako jeden ze sprawy ojca Tomasza Roztworowskiego, którego proces beatyfikacyjny toczy się obecnie w Łodzi. Sprawy katolicyzmu i Kościoła były mi i są bardzo drogie, ale z drugiej strony razi mnie ta „apoteoza na wyrost” w materiałach „Tygodnika”. Biskup Splett miał we Wronkach zdecydowanie złą opinię wśród nas, więźniów. A tam mimo krat i izolacji wiedziało się o współwięźniach wiele.
 
ANDRZEJ SOŁDROWSKI 
(Chorzów)

Autor listu, były więzień stalinowski, jest rzeczoznawcą budowlanym i inżynierem budownictwa.




Polskiego zakazali najpierw hitlerowcy 

Jako Pomorzanin, który przeżył okupację hitlerowską na Pomorzu, pragnę sprostować pewną nieścisłość, zawartą w materiałach na temat losów ks. Biskupa C.M. Spletta. Przede wszystkim chciałbym odnieść się do wzmianki o księdzu Bernardzie Wieckim (w artykule ks. Iwickiego „Czy wróci na miejsce ojczyste?”). Ksiądz Iwicki zalicza ks. Wieckiego do grona niemieckich księży diecezji gdańskiej. Informacja ta jest błędna. Ks. Bernard Wiecki był Polakiem i pochodził ze starej rodziny kaszubsko-pomorskiej, zamieszkującej od stuleci w powiecie kościerskim, o czym świadczą m.in. zapisy z XVIII-wiecznych lustracji parafii w Skarszewach. Cała rodzina ks. Wieckiego była polska i mieszkała w Polsce. Mogę wypowiedzieć się na ten temat autorytatywnie, ponieważ moja śp. Matka, Natalia Podlaszewska, była rodzoną siostrą księdza Bernarda.
Ksiądz Wiecki ukończył seminarium duchowne w Pelplinie i był kapłanem tej diecezji do czasu erygowania diecezji gdańskiej. Przez kilka lat pełnił obowiązki wikariusza przy Kaplicy Królewskiej w Gdańsku, a przed II wojną światową był proboszczem na parafii wiejskiej we Wocławach niedaleko Gdańska.
W pierwszym dniu wojny został wraz z innymi księżmi polskimi i z dużą grupą gdańskich działaczy polskich aresztowany przez gestapo. Od 2 września był już więźniem utworzonego tego dnia obozu koncentracyjnego Stutthof. W marcu 1940 ks. Wiecki został – wraz z kilkudziesięcioosobową grupą księży i działaczy polskich – rozstrzelany, a potem pogrzebany we wspólnej mogile na gdańskiej Zaspie. Czy Polacy ci zostali rozstrzelani w Stutthofie czy na Zaspie, nie jest jednoznacznie stwierdzone. W każdym razie obecnie na Cmentarzu Zasłużonych ks. Wiecki ma symboliczną mogiłę. 
Drugi aspekt „sprawy Spletta” to kwestia zakazu używania języka polskiego w życiu kościelnym. Otóż na Pomorzu hitlerowcy wprowadzili generalny zakaz używania języka polskiego w życiu publicznym, gdziekolwiek by to było: na ulicy, w sklepie, w urzędzie. Od wiosny 1940 roku zakaz taki obowiązywał też w kościele. Było to jeszcze przed majowym poleceniem biskupa Spletta, o którym wspomina autor artykułu. Mam na to następujące argumenty: przebywałem na przełomie 1939/1940 roku w Radzynie Chełmińskim u mojego stryja ks. Franciszka Podlaszewskiego. Pasterka w grudniu 1939 odbyła się jeszcze bez przeszkód ze śpiewami polskich kolęd. Ale zaraz na początku nowego roku musiały dotrzeć do stryja jakieś zakazy, o których mi oczywiście nie opowiadał; miałem wtedy 13 lat. Pamiętam jednak, że wkrótce miejscowy mistrz malarski z polecenia stryja zamalował podpisy pod stacjami Drogi Krzyżowej (zresztą celowo zrobił to zmywalną farbą, więc po wojnie bez trudu można było powrócić do pierwotnego tekstu).
Przed wojną w niedzielnej liturgii bardzo popularne w niedzielę były popołudniowe nieszpory. Nabożeństwo trwało od 20 minut do pół godziny. Śpiewane były trzy pieśni z fragmentami śpiewu celebransa. Śpiewało się m.in. „Magnificat”, „Witaj Królowo” oraz pieśń „Już słońce schodzi ogniste”. Otóż gdy zakazano śpiewania w kościele w języku polskim, mój stryj sporządził pismem ręcznym teksty owych pieśni w języku łacińskim i powielił takowe na tzw. hektografie. Pamiętam jak na najbliższych nieszporach śpiewaliśmy po łacinie: „Iam sol recedit igneus”. Potem niewiele pamiętam z kolejnych wydarzeń, bo 10 kwietnia 1940 r. mój stryj, po raz drugi aresztowany, został osadzony w obozie koncentracyjnym Oranienburg-Sachsenhausen i tam zginął 13 czerwca tego samego roku. Te aresztowania w kwietniu 1940 objęły na Pomorzu dużą grupę osób różnego statusu i wieku.
 
MARCELI PODLASZEWSKI 
(Gdańsk)

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl