Listy w sprawie biskupa Spletta



„Bronił Niemiec”

Biskup Splett godności biskupa gdańskiego nie zrzekł się do końca życia, choć nie miał szans wrócić do Polski. W listach do znajomych w diecezji gdańskiej tytułował się jako „Bischof von Danzig”. O sobie zwykł mawiać, że jest wciąż nominalnym biskupem na wygnaniu. W Niemczech Zachodnich prowadził ożywioną działalność, współpracując z pismami „Unser Danzig” i „Heimatbrief” i biorąc udział w zjazdach ziomkostw, wygłaszając przemówienia i kazania. Do swoich diecezjan w Niemczech pisał: „Jak wiernie jednoczy się młodzież naszej diecezji. Jak pięknie, że utworzyliście Centrum [wysiedlonych gdańszczan] i Heimatbrief. Wszystko to napełnia mnie radością i wdzięcznością wobec tych, którzy sprawili, że duch Kościoła naszej Ojczyzny został zachowany i nadal żyje”.
Już w 1991 r. na sugestie rewizji wyroku w sprawie bpa Spletta ówczesne władze odpowiedziały negatywnie i wątpię, aby kolejny rząd zgodził się na jego rehabilitację. A jeśli chodzi o ideę sprowadzenia zwłok biskupa do Oliwy: znamienne, że G. Nitschke, jeden z działaczy „Vertriebene”, stwierdził, że zwłoki Spletta powinny zostać w Düsseldorfie jako pamiątka dla przyszłych pokoleń. W tym przypadku myślenie Nitschkego jest rozsądne, ale i jednoznaczne oraz dalekosiężne z uwzględnieniem czynnika wychowawczego dla młodego pokolenia. Ewentualne sprowadzenie zwłok biskupa do Oliwy wydaje się ryzykowne – czy jest nam potrzebne, aby na jego grób przybywały z Niemiec pielgrzymki?
Gdy w sierpniu 2000 oglądałem płytę nagrobną bpa Spletta w bazylice św. Lamberta, tuż nad Renem, panowała tam cisza i spokój. Można na niej przeczytać: „Von den Seinen geliebt, vom Hass verfolgt, vom Unrecht vertrieben, bis Gottes Güte ihm Heimat gab” [kochany przez swoich, prześladowany przez nienawiść, wypędzony przez bezprawie, aż Boża dobroć dopuściła go do ojczyzny wiecznej]. Szczególnie mocne są słowa „vom Unrecht vertrieben”. Pomyślałem wówczas: niech tu spoczywa. Wkrótce potem stanąłem przy płycie kardynała Gallena w Münster i od przewodnika usłyszałem słowa uznania za jego postawę w czasie hitlerowskiej okupacji.
Wydaje się, że postać biskupa Spletta będzie budziła spory jeszcze przez wiele lat, na co wskazują również głosy w „TP”. Zastrzeżenia mogłyby ulec korekcie, gdyby podjęto próbę opracowania naukowej monografii tej postaci. Spojrzenie niemieckie będzie się chyba jednak zawsze różnić od polskiego. Niemcy mogą go tylko kreować na bohatera, a my Polacy znamy go z innej strony. Wobec swej nacji biskup potrafił się zdobyć na czyny niezwykłe i trudne do opisania cierpienia, zwłaszcza w więzieniu. O ile w obronie zasad Kościoła katolickiego i Polaków okazał się człowiekiem bojaźliwym i uległym przedstawicielem hitlerowskiego systemu, o tyle w obronie praw Rzeszy do Gdańska i Pomorza Gdańskiego wykazał determinację oraz niezmordowanie – i bronił tego stanowiska aż do śmierci.

KS. WŁADYSŁAW SZULIST
(Lipusz, woj. pomorskie)





„Weźcie tego diabła”

Jestem Pomorzaninem, który pierwszy okres okupacji (do kwietnia 1940) przeżył w rodzinnej wsi w powiecie świeckim (w czerwcu 1939 ukończyłem 4. klasę gimnazjalną). Ludność wsi składała się w połowie ze społeczności polskiej i niemieckiej. Współżycie między nimi było przez lata poprawne, dopiero gdy Hitler doszedł do władzy, zaczęło się psuć. Od pierwszych dni Września gospodarstwo moich rodziców znajdowało się pod przymusowym zarządem Trehändera, miejscowego Niemca; byliśmy zatrudniani we własnym gospodarstwie jako robotnicy.
Na początku 1940 r. udałem się do kościoła w pobliskim Serocku (diecezji chełmińskiej), by się wyspowiadać. Gdy przystąpiłem do konfesjonału, w którym siedział ks. proboszcz Józef Sarnocki (kilka miesięcy później zginął w Stutthofie) próbowałem spowiadać się po polsku – powiedziałem: „teraz mówię poza spowiedzią” i wymieniłem moje grzechy. 
Na początku 1941 r. zdecydowałem się uciec do Generalnej Gubernii, by uniknąć dalszych szykan ze strony miejscowych Niemców. Ponieważ każde przemieszczanie było utrudnione, zameldowałem mojemu Niemcowi, że jadę do Bydgoszczy, do spowiedzi (Bydgoszcz należała jeszcze do archidiecezji gnieźnieńskiej i spowiedź odbywała się po polsku, co później i tu zostało zakazane). Tak uciekłem do GG, gdzie przebywałem do końca wojny.
Przypomniałem sobie te fakty, gdy pojawił się problem biskupa na łamach „TP” – bo szczegóły te ilustrują, jak administracja kościelna prowadziła bezwzględną politykę wobec ludności polskiej, wspólnie z administracją partyjno-państwową. W październiku 1942 Splett pisał list do Göringa: „Dla odrodzenia i rozpowszechnienia kultury niemieckiej podległe mi placówki zdobyły takie zasługi, że nie może ich negować żaden wnikliwy znawca tych stosunków. W ten sposób spełniłem bez reszty obowiązek biskupa niemieckiego”. Gdy po wyzwoleniu był przeciwny zatrudnianiu księży polskich i nie anulował zarządzeń z okresu okupacji, delegacja kaszubska zażądała: „Weźcie stąd tego diabła, my go tu nie możemy mieć. My jesteśmy Polacy-Kaszubi. On nam po polsku modlić się ani pochować nie pozwala”.
Co na to zwolennicy rehabilitacji bpa Spletta?
 
Prof. HENRYK GĄSIOROWSKI 
(Poznań)





„Pomagał w więzieniu”

W sierpniu 1945 wraz z kolegą Tadeuszem wpadliśmy w ubecki „kocioł” w Sopocie. Zostałem umieszczony w pojedynczej celi w gdańskim więzieniu, a Tadeuszowi przypadła wspólna cela z bpem Splettem. Obie mieściły się w tym samym korytarzu. W mojej celi brak było szyb, a judasz był tak zdezelowany, iż można było swobodnie odchylić zapadkę. Tą drogą otrzymywałem codziennie ćwiartkę jabłka, wsuwaną ręką biskupa lub Tadeusza. Biskup dostawał paczki i miał przywilej codziennego spaceru na korytarzu. Dożywiani byliśmy więc przez niego, a głód był totalny. Racje dzienne wynosiły: rano miska płynu zwana kawą, kromka ersatzu zwanego chlebem, w południe miska niby-zupy, wieczorem miska „kawy”. 
Tadeusz Partyka, który przez miesiąc był wówczas współwięźniem biskupa, później lekarz wrocławski, zmarł przed kilku laty. Nie wypowie się więc na temat swego towarzysza niedoli. Ten list również nie chce oceniać postaci zamieszanych w te czy podobne sytuacje. Jest tylko próbą zasygnalizowania, iż niektóre ostre i jednoznaczne oceny formułowane w listach przysyłanych do redakcji „TP” w „sprawie biskupa Spletta” mogą się wydawać nazbyt uproszczone w stosunku do scenariuszy, jakie aranżowało i stale aranżuje życie.

MIECZYSŁAW LENCZNAROWICZ
(Warszawa)





„Jestem przeciw!”

Na postulaty niektórych autorów tekstów i listów w ,,TP” o rewizję procesu i rehabilitację bpa Spletta oraz ewentualne sprowadzenie jego prochów do Gdańska – zdecydowanie odpowiadam: nie! W pełni podzielam argumenty np. Petera Rainy (,,TP” nr 42/2000), który pisał, że „Splett działał w pełni świadom swych czynów”. Uważam, że biskup Splett nie zasługuje na rehabilitację. Byłaby ona policzkiem dla tych wszystkich, którzy z narażeniem życia starali się wypełnić swe moralne zobowiązania.

ANDRZEJ BATORSKI
(Warszawa)





Splett i Hlond

Uważam za nieporozumienie tezę, że Splett był w gruncie rzeczy bardzo podobny do polskiego kardynała Hlonda (,,TP” z 31 grudnia 2000). Do starcia polsko-niemieckiego nie stanęły wówczas dwie równorzędne wartości – jeden patriotyzm kontra inny patriotyzm. W starciu stanęły z jednej strony hitlerowski faszyzm, z drugiej, patriotyzm, obrona ojczyzny, życia niewinnych ludzi. Bp Splett wiedział, kim był Hitler. Jeśli nie, to źle o nim świadczy jako o człowieku elity. Kardynał Hlond wiedział, co to faszyzm. Na miejsce w elicie zasłużył. Powołaniem ludzi Kościoła jest ocena zjawisk w świetle Dekalogu i jego wdrażanie w życie swoje i powierzonych im wiernych, za każdą cenę w ramach cnoty roztropności. W tej mierze kardynałowi Hlondowi nic zarzucić nie można. Natomiast Splettowi można zarzucić wykonanie polecenia politycznych rozkazów faszystowskich władz.

Stanisław Stec
(Katowice)





„Dać spokój Zmarłemu”

Biskup Splett zmarł 37 lat temu i mało kto już o nim pamięta. Został pochowany w Niemczech, swej ojczyźnie, w miejscu godnym, czego nie można powiedzieć o setkach polskich duchownych zamordowanych w czasie okupacji przez rodaków biskupa. Jeśli w czymkolwiek zawinił, winy te (jak sądzę) odpokutował, a zostały one zważone przed Sądem Bożym. Sądy i wyroki ludzkie nie mają tu już większego znaczenia, zwłaszcza wyroki naszych sądów. Materiały dotyczące życia i działalności biskupa Spletta zostały zebrane i opublikowane z myślą także o przyszłych pokoleniach. Kto chce się bawić w sędziego, niech sobie czyta i wyciąga wnioski. Proszę, dajcie spokój Zmarłemu. On nie potrzebuje obrony, co najwyżej modlitwy. 

STANISŁAW LUBIENIECKI
(Bielawa)


 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl