55 lat temu władze PRL aresztowały biskupa Gdańska, Carla Marię Spletta

Czy wróci na miejsce ojczyste?

KS. ZYGMUNT IWICKI

 

Marzec 1945. Armia Czerwona zbliża się pod Gdańsk. Zadaniem Konrada Simonsa z broniącego miasta niemieckiego 57. pułku jest ochrona ewakuacji ludności cywilnej. W drugiej połowie marca Simons przybywa do Oliwy i proponuje biskupowi gdańskiemu, by opuścił strefę walk, oferując podstawienie dla kurii samochodów. Biskup, grzecznie dziękując, oświadcza: „Myśmy tu nad niejedną otwartą mogiłą mawiali, że śmierć jest bramą do życia. Teraz chcemy to, cośmy głosili, potwierdzić postawą. Biskup i każdy jego kapłan pozostanie na swoim posterunku”. 
Po latach Simons – już redaktor dziennika „Rheinische Post” w RFN – napisze: „Oto odpowiedź, której nigdy nie zapomnę”. I doda: „Okręty wypłynęły z Gdańska bez biskupa”.


Biskup Carl Maria Splett, bo o nim mowa, urodził się w 1898 r. w Sopocie; ojciec był nauczycielem w szkole katolickiej, później jej rektorem, a także lokalnym politykiem z ramienia katolickiej Partii Centrum. Po maturze Carl studiuje filozofię i teologię w seminarium duchownym w Pelplinie, gdzie w 1921 r. otrzymuje święcenia. W latach 1921-24 studiuje w Rzymie; tam zostaje inkardynowany do powstałej w 1922 r. Administratury Apostolskiej w Gdańsku, który jako ,,Wolne Miasto” podlega Watykanowi. 
Do Gdańska Splett wraca w 1924 r. i pracuje w różnych parafiach. W 1938 r. Pius XI powołuje go na biskupa. Konsekracja odbywa się w katedrze oliwskiej, a pamiątkowe obrazki są rozdawane również w języku polskim. 
Jesienią 1938 biskup jedzie do Rzymu. Kardynał Eugeniusz Pacelli – ówczesny Sekretarz Stanu i późniejszy Pius XII – wypowiada w rozmowie z nim znamienne słowa: „Ekscelencja został biskupem tylko małej diecezji, ale owo małe Wolne Miasto Gdańsk stanowi ognisko zapalne ukrytych europejskich konfliktów. Ksiądz Biskup nie będzie w swojej diecezji miał lekkiego życia”. 
Istotnie, pokój trwa jeszcze rok. Rankiem 1 września huk dział „Schleswig-Holstein” dociera do Oliwy. Dla wiernych biskupa, zwłaszcza polskich – ale również dla niego samego – następuje czas drogi krzyżowej. Tego dnia jeszcze zostają aresztowani polscy księża diecezji gdańskiej: ks. Bronisław Komorowski, proboszcz z Wrzeszcza; ks. Franciszek Rogaczewski, proboszcz parafii przy kościele Chrystusa Króla w Gdańsku; ks. Alfons Muzalewski, wikariusz przy tymże kościele; ks. Władysław Szymański, katecheta przy Polskiej Szkole Handlowej; ks. Marian Górecki z Nowego Portu. 
Wszyscy są torturowani, a potem wywiezieni do obozu koncentracyjnego w Sztutowie i tam w Wielki Piątek 1940 r. rozstrzelani (z wyjątkiem ks. Muzalewskiego). Podobny los dzieli kilku kapłanów niemieckich: ks. Bernard von Wiecki, proboszcz z Żuław, zostaje rozstrzelany razem za kapłanami polskimi w Sztutowie; ks. Robert Wohlfeil z Kłodawy zostaje zamęczony w obozie w Oranienburgu; ks. Ernst Karbaum, proboszcz w Niedźwiedziówce (aresztowany za odprawienie Mszy dla Polaków i zamęczony w Sztuthofie); ks. Jan Aeltermann, proboszcz w Mierzeszynie--Przywidzu (rozstrzelany); ks. Walter Hoeft, gdańszczanin kaszubskiego pochodzenia, wikariusz przy polskiej parafii Chrystusa Króla (rozstrzelany). 
Już po pierwszych aresztowaniach, 5 września 1939 r., bp Splett interweniuje u gauleitera Gdańska Alberta Forstera: protestuje i żąda uwolnienia księży. Bez rezultatu. Wkrótce aresztowani zostają ks. Jerzy Majewski, wikariusz z Sopotu (zamęczony w Dachau) i ks. Bruno Binnebesel, Niemiec i proboszcz w Brzeźnie (ścięty za krytykę reżimu i słuchanie radiostacji zachodnich).


W sąsiedniej diecezji chełmińskiej sprawa wygląda jeszcze gorzej. Tamtejszy biskup Wojciech Okoniewski opuszcza we wrześniu 1939 diecezję i ucieka za granicę. W grudniu 1939 administratorem apostolskim tej diecezji zostaje Splett, ustanowiony, jak mówi Pius XII, „dla dobra wiernych w wyjątkowych okolicznościach” – i wbrew konkordatowi, który II Rzeczpospolita zawarła z Watykanem. 
W diecezji brakuje kapłanów: z siedmiuset przedwojennych Niemcy aresztowali 450; 214 zamordowali, w tym całą kapitułę chełmińską. Splett raportuje nuncjuszowi w Berlinie o tragicznej sytuacji. Naziści zaczynają wywierać presję na biskupa: żądają usunięcia polskiego z kazań, modlitw i śpiewów. Szef gdańskiego gestapo pisze do Spletta: „Zakazuję używania polskiego także przy przystępowaniu do spowiedzi. W razie naruszania zakazu podjęte zostaną kroki policyjne przeciwko właściwym osobom”. Po otrzymaniu tego pisma Splett prosi biskupa Winken w Berlinie o interwencję w ministerstwie ds. kościelnych. Powiadamia również, że w rozmowie z szefem gdańskiego gestapo w marcu 1940 odmówił ogłoszenia takiego zakazu. 
W odpowiedzi w maju gestapo aresztuje grupę księży spowiadających po polsku, a innych wzywa na przesłuchania – grożąc, że każdego księdza, który słucha spowiedzi po polsku, osadzi w Sztutowie. Władze informują też duchowieństwo diecezji chełmińskiej i gdańskiej, że gauleiter polecił biskupowi ogłosić zakaz spowiadania po polsku. Gestapo sugeruje, że aresztowanie księża ci mogą więc zawdzięczać krnąbrnej postawie Spletta, który sam uniknie aresztowania, ale „zostanie bez księży-Polaków”. 
Chcąc bronić kapłanów, bp Splett dochodzi do wniosku, że gdy trzeba wybierać pomiędzy dwiema postaciami zła, należy decydować się na zło mniejsze – i w maju 1940 wydaje pismo, polecające zaprzestania w diecezji chełmińskiej używania polskiego podczas spowiedzi. Cenzura, mimo protestu biskupa, wykreśla z zarządzenia stwierdzenie: „ze względu na bezpieczeństwo państwowe gestapo zakazało spowiedzi po polsku”, zastępując je zwrotem: „zakazuje się”. 
W czasie jednej z wizytacji biskup zwraca się do wiernych diecezji chełmińskiej z prośbą: „Proszę Was, przyjmijcie tę ofiarę, aby nie zamknięto Wam zupełnie świątyń”. A księżom zwierza się: „Przez cały rok walczyłem z władzami państwowymi i nie chciałem podpisać. Przystałem na podpis dopiero wtedy, gdy mi zagrożono zamknięciem wszystkich polskich kapłanów”. 


Kiedy w roku 1946 biskup stanie przed sądem polskim, oświadczy: „Była wojna, musiałem ratować, ile tylko było możliwe”. Po wojnie władze polskie – państwowe i kościelne – nie podzieliły bowiem poglądów Spletta odnośnie do ,,wyboru mniejszego zła”. Prymas Hlond nalega, by Splett zrzekł się urzędu biskupa diecezji gdańskiej. Biskup odpowiada, że bez wiedzy i zgody papieża urzędu zrzec się nie może ani nie chce. 
Okoliczności tych zdarzeń tak opisuje w swych pamiętnikach ks. Franciszek Jank z diecezji chełmińskiej: „Listem odręcznym z dnia 9 sierpnia 1945 r., skierowanym do ks. kanonika Leona Kozłowskiego, wikariusza generalnego Diecezji Chełmińskiej w Pelplinie, zapowiedział ksiądz kardynał August Hlond, Prymas Polski, swój przyjazd do Pelplina (...) na czwartek, 16 sierpnia 1945 r. w południe. Na ten sam dzień zostali przez ks. Kardynała wezwani do Pelplina ks. bp Splett z Gdańska i ks. Marquardt, wikariusz generalny Diecezji Warmińskiej”.
Biskup Splett nie przyjechał, gdyż już kilka dni wcześniej został przez władze aresztowany, zaś księdza Marquardta Sowieci wywieźli na wschód. Natomiast stawił się Maksymilian Kaller, biskup Warmii – a raczej został przywieziony przez pracownika urzędu wojewódzkiego w Olsztynie (w towarzystwie polskiego księdza i osób cywilnych). Podczas spotkania prymas Hlond poinformował, że mianował administratora apostolskiego diecezji chełmińskiej i gdańskiej – ks. Andrzeja Wronkę z Gniezna.
Jank wspomina: ,,Zapanowało mroźne milczenie. Ks. kanonik Kozłowski zbladł i zsiniał (...). Zapytałem, czy wobec nominacji ks. Wronki jestem zwolniony z obowiązków wobec diecezji gdańskiej. Doręczono mi bowiem pod koniec lipca nominację na wikariusza generalnego diecezji gdańskiej, wygotowaną własnoręcznie przez biskupa Spletta (...). Ks. Prymas odpowiedział: »Tak jest, nominacja już nie obowiązuje«. Zresztą ks. Kardynał zawiesił nominację biskupa Spletta (...). Zacząłem opowiadać ks. Kardynałowi, w jakich warunkach w czasie okupacji pracowaliśmy, ile kapłanów diecezji zginęło, a teraz jeszcze ks. biskupa Spletta aresztowano, który jak mógł, nas osłaniał. Wtedy ks. Prymas żachnął się i powiedział: »Mamy tyle ciężkich dowodów przeciw niemu« (...)”. 
I dalej: ,,Posiłek trwał około godziny. Po modlitwie dziękczynnej ks. Kardynał zwrócił się do ks. biskupa Kallera: »Ekscelencja pozwoli teraz ze mną« i poszli razem do przygotowanych dla ks. Kardynała pokoi. (...) Mniej więcej za 10 minut wyjrzałem na korytarz i ujrzałem ks. biskupa Kallera samotnie stojącego przed głównym wyjściem. Podszedłem do niego, a on płakał. Chcąc zmienić przykrą sytuację, zwróciłem się do niego z prośbą, żeby pozdrowił mego kolegę ks. Dziendzielewskiego, proboszcza pod Olsztynem. Na to odpowiedział ks. biskup Kaller: »Nie wiem, czy go jeszcze zobaczę. W trzech dniach muszę opuścić diecezję i Polskę«. Podszedł w tej chwili ks. Borowiec [z Olsztyna] i zabrał ks. biskupa Kallera na plebanię i zaraz odjechali do Olsztyna”.


Biskup Splett nie przyjechał, gdyż aresztowano go 9 sierpnia. Wkrótce potem odwiedza go specjalny wysłannik Hlonda i oświadcza aresztowanemu, że jest zwolniony z urzędu administratora apostolskiego diecezji chełmińskiej oraz zawieszony w urzędzie biskupa diecezji gdańskiej. 1 lutego 1946 r. wyrokiem Specjalnego Sądu Karnego w Gdańsku Splett zostaje skazany „za działalność na szkodę państwa polskiego i duchowieństwa katolickiego i ludności cywilnej” na osiem lat więzienia, utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na pięć lat oraz konfiskatę mienia. 
Tymczasem polscy komuniści stosują wobec ludności niemieckiej metody podobne do tych, których Niemcy używali wobec ludności polskiej. W raporcie do Stolicy Apostolskiej Hlond pisał, że „wojewódzkie władze komunistyczne zabroniły używania języka niemieckiego na terytorium Gdańska podczas publicznych obrzędów kościelnych już w czasach Jego Ekscelencji Biskupa Spletta”. Zaś ks. Bolesław Kominek – mianowany przez prymasa Polski administratorem apostolskim w Opolu – zauważał, że na ,,ziemiach odzyskanych” prawa Niemców wygasły. 
Ks. Romuald Mühlhoff, w l. 1940–1943 sekretarz Spletta, relacjonuje: „Na koniec należy przytoczyć fakt, że od sierpnia 1945 r. w Gdańsku władze polskie zakazały używania języka niemieckiego w czasie nabożeństw, że wszędzie usunięto z kościołów niemieckie napisy, pamiątki, zabytki, że na Śląsku nakazano usunięcie z kościołów »wszystkich śladów germanizmu«, że z całego terytorium na wschód od Odry niemieccy duchowni zostali lub zostaną usunięci, że duszpasterstwo ludności niemieckiej zostało praktycznie pozostawione inicjatywie pojedynczych duchownych, że dla protestantów nie istnieje żadne duszpasterstwo”.


W marcu 1946 biskup Splett znalazł się w więzieniu we Wronkach – i pozostał tu na osiem lat. Swoje więzienne przeżycia tak opisywał w roku 1957: „Jeżeli chodzi o sposób traktowania mnie ze strony personelu więziennego, to można wyróżnić rozmaite okresy. Pierwszy trwał, o ile mnie pamięć nie myli, do Wielkanocy 1948. Poprzez całkowitą izolację próbowano mnie złamać zarówno duchowo, jak i psychicznie. Publiczne przesłuchania i wyszydzanie były na porządku dziennym (...). 
Po ogłoszeniu listu papieża do episkopatu niemieckiego z 1 marca 1948 r., którego treści nigdy nie przeczytałem, zaczął się dla mnie nowy, gorszy okres. Dotąd więziony byłem w odosobnieniu. Teraz przeniesiono mnie do celi wspólnej, wraz z trzema innymi polskimi księżmi, wśród których, jak stwierdziłem dopiero później, znajdował się jeden konfident. Nazywał się Ewaryst Gałązka. Jak wywnioskowałem z późniejszych przesłuchań, przekazywał on w fałszywy sposób informacje na temat tego, o czym w celi rozmawiałem ze współbraćmi kapłanami na temat Kościoła i papieża.
W dzień Bożego Ciała zostałem wezwany do naczelnika więzienia. Zapytał mnie, czy znany mi jest list papieża do episkopatu niemieckiego. Musiałem zaprzeczyć. Wtedy oświadczył mi, że papież podburza niemiecki episkopat przeciwko narodowi polskiemu, i żądał, bym złożył pisemne oświadczenie, że jako biskup katolicki potępiam takie szowinistyczne postępowanie papieża. Kategorycznie odmówiłem. Natychmiast zostałem przeniesiony do izolatki. Zamknięty zostałem w bardzo małej celi (12,5 m2), która używana jest do wymierzania kar dyscyplinarnych. 
Żądanie to było jeszcze kilkakrotnie ponawiane przez różnych funkcjonariuszy więziennych. Za każdym razem jednoznacznie odmawiałem. W dzień Matki Boskiej z Lourdes [11 lutego] 1949 r. pojawił się w mojej celi przedstawiciel państwowej służby bezpieczeństwa z Warszawy i powtórzył powyższe żądanie. Ponownie odmówiłem. W nocy weszli komunistyczni strażnicy i zaprowadzili mnie do zupełnie ciemnej, wypełnionej po kolana wodą celi. W tej celi zupełnie nago przetrzymywany byłem przez 7 dni. Do jedzenia dawano mi co drugi dzień pół litra wodnistej zupy. Dwie noce z tych 7 dni spędziłem w suchej, zupełnie pustej celi, w której jednak na oścież były otwarte okna, przy temperaturze na zewnątrz minus 15 stopni. 
Siódmego dnia wróciłem do normalnej więziennej celi. Nocami byłem jeszcze 5-6 razy odprowadzany do tej ciemnej, wypełnionej wodą celi. Tu godzina po godzinie oblewany byłem kubłem lodowato zimnej wody lub musiałem położyć się na podłodze, zanurzając się w brudnej wodzie. Pytano mnie ciągle, czy wiem, dlaczego zostałem zamknięty w tej ciemnej celi. Miałem wrażenie, że próbowano się mnie pozbyć. (...) 
Do tego dochodziły również przeróżne kary dyscyplinarne, jak to zwykle bywa w komunistycznych więzieniach: sprośne sceny, wyszydzanie, pozbawianie pokarmu, przykrycia do spania, zakaz korespondencji z krewnymi itp. We Mszy św., która w pierwszych latach była odprawiana raz w miesiącu przez miejscowego księdza, a później została zlikwidowana, nie pozwolono mi uczestniczyć. Nie przychylono się do mej prośby o umieszczenie mnie we wspólnej celi z innymi duchownymi.
Tylko raz przebywałem we wspólnej celi z sześcioma innymi księżmi. Kiedy jednak odkryto Najświętszy Sakrament, który potajemnie przechowywaliśmy w celi, uczyniono mnie odpowiedzialnym za to »przestępstwo« i ponownie przeniesiono do izolatki. 
Rok przed zakończeniem mojego uwięzienia zostałem wezwany przed młodego urzędnika państwowej służby bezpieczeństwa, który przedłożył mi propozycję, że jeżeli złożę pisemne oświadczenie, iż po moim uwolnieniu będę w konspiracji współpracował z rządem polskim, to zostanę zwolniony. Zdecydowanie odmówiłem. (...) 
W regularnych odstępach pojawiali się u mnie, w czasie trwania mojego więzienia, przedstawiciele państwowych władz bezpieczeństwa, partii, ministerstwa i prokuratury generalnej, ciągle z tym samym pytaniem: czy uważam wyrok za sprawiedliwy. Nigdy nie przyznałem się do winy. (...) Konfiskowano mi paczki, listy, zabroniono więziennego codziennego spaceru”.


Dwaj współwięźniowie – Piotr Woźniak oraz ks. Józef Zator-Przytocki, były proboszcz parafii we Wrzeszczu – przez pewien czas dzielili z biskupem celę we Wronkach. Woźniak pisze: „Do terroryzowania więźniów wykorzystywano (...) zboczeńców seksualnych, których sprowadzano do Wronek z innych więzień. Takie tortury ze zboczeńcem seksualnym, celowo wprowadzonym do celi, przechodził m.in. biskup Splett (...). Był moim sąsiadem w celi nr 409 na skrzydle D, gdzie mieściły się karne pojedynki. Słyszałem jego donośny głos, gdy meldował się oddziałowemu przed snem. Zachowywał się godnie mimo najrozmaitszych szykan i drwin ze strony ubowców”. 
Ks. Zator-Przytocki dodaje: ,,Biskup Splett miał we więzieniu bardzo ciężkie warunki. Na osiem lat przesiedział chyba siedem na pojedynce, bez książek, bez gazet, bez brewiarza, bez różańca. O odprawieniu Mszy św. nie mógł marzyć. (...) W więzieniu pozostawił wszystkie zęby. Tortury wymienione i nie wymienione nie zdołały go załamać”.
Po odbyciu kary Splett nie został uwolniony. W sierpniu 1953 funkcjonariusze UB zabrali go z Wronek i zawieźli do klasztoru w Starym Borku. Tu biskup przebywał pod strażą. W grudniu 1953 ubecy przewieźli Spletta do klasztoru w Dukli. Został tam do grudnia 1956. 
Jesienią 1956 w Polsce następuje „odwilż”, pierwszym sekretarzem PZPR zostaje Gomułka. Jego wysłannicy przyjeżdżają do klasztoru w Komańczy, gdzie więziony jest kardynał Wyszyński, i proszą, aby wrócił do Warszawy. Prymas stawia warunki (m.in. zniesienia dekretu z 1953 r. w sprawie obsadzania stanowisk kościelnych) i żąda uwolnienia skazanego w procesie pokazowym biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka oraz powrotu wszystkich biskupów usuniętych ze swych diecezji. 
28 października 1956 r. prymas Wyszyński wraca do Warszawy. 22 listopada biskup Splett otrzymuje od sekretarza Episkopatu, bpa Zygmunta Choromańskiego, pismo z informacją, że rząd PRL wyraża zgodę na jego wyjazd z Polski. 


Splett opuszcza Duklę 17 grudnia. Przed wyjazdem z Polski składa jeszcze wizytę Wyszyńskiemu. We wspomnieniach pisze o tym: „Przyjął mnie bardzo, bardzo serdecznie i zapewnił, że ani ze strony duchowieństwa, ani ze strony ludzi nie słyszał nic niekorzystnego o moim zachowaniu i stosunku do ludności polskiej. Takiego samego serdecznego i szczerego wsparcia doznałem od biskupa Choromańskiego. Mianowany przez Stolicę Apostolską dla diecezji gdańskiej koadiutor [biskup Edmund Nowicki] w ostatnim dniu przed moim wyjazdem przysłał mi list za pośrednictwem posłańca. Do Jego Ekscelencji Biskupa katowickiego Stanisława Adamskiego, który przed 12 laty na moją rozprawę sądową przesłał opinię kościelną w mojej obronie, która jednak została odrzucona, przesłałem z Warszawy list z serdecznym podziękowaniem.
W czasie mego kilkudniowego pobytu w diecezji chełmińskiej, na krótko przed wyjazdem z Polski, mimo okresu Bożego Narodzenia, odwiedziło mnie wielu księży, aby wyrazić mi swą wdzięczność i podziękować za wszelką pomoc, jakiej udzieliłem im w latach wojny. Najdostojniejszy ordynariusz chełmiński biskup Kowalski dziekanowi, u którego mieszkałem, wydał polecenie, aby biskupa Spletta przyjął ze wszystkimi honorami, jakie według zwyczaju należą się ordynariuszom podczas biskupich wizytacji. 
Diecezjanie świeccy z diecezji gdańskiej i chełmińskiej w czasie 8 lat więzienia i 3,5 roku przymusowego pobytu w klasztorze przysyłali mi paczki, udzielali pomocy pieniężnej i wzruszająco wyrażali mi swą wierność. I w ten sposób, trzeciego dnia świąt Bożego Narodzenia, cały i zdrowy dotarłem tutaj do Niemiec i kończę moje sprawozdanie z lat 1945–1956 serdecznym i szczerym Deo Gratias i Te Deum”.
W Niemczech Zachodnich biskup osiada w Düsseldorfie. W 1957 r. przyjmuje go Pius XII i zleca opiekę duszpasterską nad gdańszczanami w RFN. W kolejnych latach bp Splett pisze listy pasterskie do diecezjan, mieszkających teraz w Niemczech, udziela święceń kapłańskich pochodzącym z Gdańska diakonom, bierzmuje. Bierze udział w Soborze Watykańskim II i tam nawiązuje kontakt z gdańskim koadiutorem sedi datus, bp. Edmundem Nowickim. Spotyka się również z prymasem Wyszyńskim. 
Umiera nieoczekiwanie, w nocy z 4 na 5 marca 1964 roku.
W kościele św. Lamberta w Düsseldorfie nad jego grobem znajduje się płyta z inskrypcją: „Przez swoich kochany, przez nienawiść prześladowany, przez niesprawiedliwość przesiedlony, aż Boża dobroć dała mu miejsce ojczyste”.


W czasie obchodów Millennium w Gdańsku w maju 1966 na trasie przejazdu prymasa Wyszyńskiego pojawiają się „antysplettowskie” tablice. Prymas wspomina o nich w swoich ,,Zapiskach milenijnych”. Pisze: „To nowy, »delikatny« sposób dokuczliwości UB. Ludność tablice te zniszczyła, dając wyraz swej chrześcijańskiej postawie. Przed dworcem wywiązała się z tego powodu awantura, gdyż ludność spaliła tablice. Interweniowała MO w stalowych hełmach i z gazowymi pociskami. Było to w niedzielę po nabożeństwie w kościele Mariackim”. Dalej prymas notuje: „Młodzież zrywała afisze o zdrajcach-
-biskupach, przewracała stojaki z tablicami przeciwko biskupowi Splettowi”.
W tzw. schematyzmach (zbiorach informacji o lokalnym Kościele) diecezji gdańskiej już z czasów urzędowania arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego pojawia się natomiast notatka, że biskup Splett został „skazany w 1946 roku na osiem lat więzienia za przestępstwa przeciwko polskości w okresie okupacji hitlerowskiej”. 
W latach 90. w polskiej prasie pojawiały się czasem głosy, aby biskupa Spletta zrehabilitować, a jego prochy sprowadzić do Oliwy. Zwolennikiem tej idei jest m.in. Tadeusz Bolduan, którego ojca hitlerowcy rozstrzelali w 1939 roku. Natomiast w polskim Kościele na temat bpa Spletta i jego ewentualnej rehabilitacji głosów takich nie było – panuje milczenie. Wyjątkiem była książka ks. Stanisława Bogdanowicza z 1995 roku (o książce tej patrz obok – red.). Za to w 1998 r. również w Gdańsku ukazała się broszurka ks. Władysława Szulista (z diecezji gdańskiej), w której podtrzymuje on utarte oskarżenia wobec Spletta.
Czy w wolnej Polsce biskup gdański doczeka się osądzenia zgodne z prawem i sprawiedliwością?

Autor jest historykiem, mieszka w Zurychu (Szwajcaria)

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl