Votum separatum

Może i zabawa, ale...

JÓZEFA HENNELOWA

 

„W sali sejmowej dobrze bawiła się opozycja” pisze sprawozdawca z pierwszego dnia debaty podatkowej („Gazeta Wyborcza”). Wcześniej inny dziennik przyniósł zdjęcie ław poselskich pełnych twarzy roześmianych od ucha do ucha, nie informując zresztą, który to był moment obrad (bodajże dyskusja po expose premiera). Wierzę obu dziennikarzom – pewnie dobrze oddali atmosferę parlamentarnego trudu. Ale cóż stąd? Czy my, oglądając lub czytając, też mamy się dobrze bawić? Czy wręcz przeciwnie – niepokoić od samego początku, i to coraz bardziej? „Polacy ufają nowemu Sejmowi” uspokaja mnie „Rzeczpospolita” (8 listopada), a nadtytuł noty: „Opinia społeczna” – jeszcze potęguje wymowę tego stwierdzenia. Sondaż CBOS stwierdził mianowicie, że aż 48 proc. uważa, iż Sejm ten będzie lepszy od poprzedniego, a tylko 8 proc., że gorszy. Dopiero wczytanie się w pełną informację nieco tuszuje tę wspaniałą opinię: po pierwsze, raz jeszcze przypominając, że była to „reprezentatywna grupa 1000 Polaków”, a po drugie dodając, że badania przeprowadzono między 12 a 15 października, kiedy jeszcze nic się nie działo.
I tak jednak trudno się nie zdziwić: widocznie i skład sejmu, i kondycja fachowości posłów, i liczba wśród nich takich, którzy są w konflikcie z prawem – to wszystko dla „reprezentatywnej grupy Polaków” znaczenia najmniejszego nie ma. Szczęściem w felietonie wystarczy wyrażać własną opinię. Choćby się nawet było w niej zupełnie samotnym.
Pozwalam więc sobie powiedzieć, że nie bawi mnie w Sejmie nic a nic. Ani natychmiastowe roszady, zmiany klubów, niemal tuż po wyborach demonstrowanie różnic w stosunku do list, z których otrzymało się mandat. Ani poziom dyskusji, i właśnie owo rozbawienie tam, gdzie idzie o najbardziej zasadnicze interesy nas wszystkich (kto by tam chciał odwoływać się aż do takich pojęć jak „dobro wspólne”...). Ani poziom używanych argumentów (czy ktoś jeszcze pamięta, że tak piętnowany w debacie podatkowej projekt opodatkowania procentów od lokat, nazywany nieustannie „zamachem na najbiedniejszych”, jeszcze w zeszłym tygodniu funkcjonował jako pomysł śmieszny dlatego, że pono „osiemdziesiąt procent ludzi w Polsce w ogóle nie ma żadnych oszczędności”). Nie bawi mnie uganianie sejmowych dziennikarzy za najmniej budzącymi zaufanie posłami tylko dlatego, że to od nich usłyszeć można szczególnie smaczne wyzwisko albo inwektywę. Gorszy mnie starannie nakręcana, a z daleka pachnąca hipokryzją, atmosfera oburzenia na uposażenia kilku osób strzegących finansów państwa – i to oburzenia ze strony tych, którzy nie tylko sami uposażeni są w stosunku do swojej wiedzy i wkładu pracy zaiste ponad wszelką miarę, ale nadto cieszą się wiązanką przywilejów, które państwo (czyli nas) kosztują nieporównanie więcej, tylko że się o tym nie mówi ani słowa i nigdy.
Na razie nie widać, co by w tym Sejmie, od razu podzielonym i bynajmniej nie zatroskanym o dopracowanie się jak najrychlejsze pierwszych zgodnych środków poprawiania kondycji państwa, mogło radować. Dodam więc tylko, że może jednak nie jestem tak zupełnie osamotniona w moim nastroju. Chciałabym podziękować autorowi „Gościa Niedzielnego”, ks. Remigiuszowi Sobańskiemu za jego niedawny felieton o mediach kreujących podejrzanych „bohaterów” politycznych, oraz zacytować autora, który rzadko jest teraz słyszalny (dla dziennikarzy polityk musi być „wygrany”, reszta nie liczy się wcale), ale którego może czasem nadal warto słuchać. Napisał on niedawno, na marginesie języka używanego przez tych nowych bohaterów polityki w mediach i parlamencie tak oto:
„Zniesienie karalności obrazy lub pomówienia polityka ma różnorodne konsekwencje. Uczyni życie polityczne bardziej medialnym, żywszym, zmniejszy dystans władzy do ludzi (może nie wszystkich). Stopniowo też oczyści życie polityczne z tych, którzy np. nie kłamią, nie kradną lub nie biorą łapówek i w dodatku – nie wiedzieć czemu – nie znoszą, gdy się to im bezpośrednio zarzuca.
Tak się składa, że niektórzy ludzie uczciwi są też ludźmi honoru. Skoro już w oczach połowy opinii publicznej uchodzą i tak za złodziei, a prawie cała reszta uważa ich raczej za nieudaczników i frajerów niż ludzi wiernych zasadom służby publicznej, to oczekują, że nie można ich będzie bezkarnie obrażać i pomawiać” (Tadeusz Syryjczyk, ,,GW”, 2 listopada, „Pamiętajcie, że ostrzegałem”). Właśnie. Wierzę, że nie tylko rachunki CBOS się liczą. 

Józefa Hennelowa

 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl