Miller – premier niemalowany

ROMAN GRACZYK

 

Poprzednik Leszka Millera był najdłużej rządzącym premierem w III RP, mimo że nie panował nad własną większością parlamentarną, a często okazywał się kompletnie bezradny. Przetrwał dzięki konstytucji, która weszła w życie w 1997 r. Jak silną ustrojowo pozycję szefa rządu wykorzysta Miller?

U początków III RP być premierem oznaczało i zaszczyt, i kolosalny kłopot. W sytuacjach, w których szef rządu powinien był zademonstrować zdecydowanie, ówczesne przepisy konstytucyjne nierzadko pętały mu ręce. Przykładów jest wiele.
W lipcu 1990 premier Tadeusz Mazowiecki chciał dokonać rekonstrukcji rządu. Udało mu się to tylko częściowo: na swoim stanowisku pozostał minister łączności Marek Kucharski, choć Mazowiecki nie chciał już z nim współpracować. Stało się tak, bo wedle ówczesnej konstytucji premier mógł jedynie złożyć wniosek o dokonanie tego rodzaju zmian personalnych, ale decydował o nich Sejm.
W lutym 1994 podał się do dymisji minister finansów w rządzie Waldemara Pawlaka, Marek Borowski. Pawlak nie był w stanie powołać następcy na to ważne stanowisko, ponieważ prezydent Lech Wałęsa miesiącami zwlekał z decyzją. Obowiązująca wówczas Mała Konstytucja stanowiła, że na wniosek premiera prezydent „może dokonywać zmian na stanowiskach poszczególnych ministrów”. I właśnie słówko „może” sprawiało, że Wałęsa „mógł nie chcieć” proponowanego przez Pawlaka Dariusza Rosatiego. Ostatecznie to prezydent wymógł na szefie rządu zaproponowanie takiego kandydata (Grzegorza Kołodki), na którego sam był skłonny się zgodzić. 
Pod władzą poprzedniej konstytucji prezydent sprawował tzw. „ogólne kierownictwo” w kwestiach wewnętrznego i zewnętrznego bezpieczeństwa państwa, a także „opiniował” kandydatów na szefów MSW, MON i MSZ. Oba te przepisy były za czasów prezydenta Wałęsy przyczyną niezliczonych konfliktów w trójkącie rząd – większość parlamentarna – prezydent. Jak kolejni premierzy: Hanna Suchocka, Waldemar Pawlak, Józef Oleksy, mieli sprawnie przewodzić ekipom ministerialnym, skoro trzech prominentnych członków ich gabinetów pochodziło zawsze nie z ich rozdania? 
Mała Konstytucja pozwalała prezydentowi używać kolejno weta i skargi do Trybunału Konstytucyjnego. Był taki moment – przełom 1994/95 – kiedy używając tej broni Lech Wałęsa zawetował, a potem zaskarżył do Trybunału ustawę o podatkach od dochodów osobistych. W ten sposób opóźniło się uchwalenie budżetu – co było celem prezydenta, który szukał pretekstu do rozwiązania Sejmu. 
Dziś wszystkie te konfliktogenne przepisy nie obowiązują. Premier Buzek wymienił prawie cały skład rządu, nie napotykając przeszkód ze strony ani Sejmu, ani prezydenta. Bo dzisiaj Sejm i prezydent nie mają w tych sprawach nic do gadania. Prezydent nie może już powoływać się na jakiś szczególny tytuł („ogólne kierownictwo”, „opiniowanie”) do ingerowania w skład i funkcjonowanie Rady Ministrów. Prezydent musi obecnie wybierać: albo wetuje ustawę, albo skarży ją do Trybunału – mając mniejsze możliwości działania, musi z nich korzystać roztropniej.
 
Komfort rządzenia

Na tle nowych przepisów konstytucyjnych, dających, jak żadnemu z jego poprzedników, komfortowe warunki sprawowania władzy, styl rządzenia premiera Buzka uderzał bezradnością. W wielu sytuacjach aż się prosiło o zdecydowanie premiera, ale ten poprzestawał na ruchach pozornych. Czasem były to przypadki drastyczne. W styczniu 1999 premier nie zdobył się na odwołanie ministrów Kazimierza Kapery i Jerzego Kropiwnickiego, którzy (jako posłowie) głosowali przeciwko stanowisku rządu w sprawie Prokuratorii Generalnej. W marcu 2000 zgodził się na wymianę ministra łączności, Macieja Srebry, przez partię, która go desygnowała – ZChN, na innego polityka także z ZChN-owskiego nadania, Tomasza Szyszkę. Decydowała tu koalicyjna partia, premier wykonywał tylko jej polecenia. 
Krzaklewski mówił pół roku przed wyborami: „Trzeba będzie jasno określić zadania, jakie stoją przed premierem, a potem dobrać człowieka do wykonania tych zadań. (...) »Wielkie nazwiska« powinny się znaleźć w Prezydium Sejmu i Senatu”. Tym samym dawał jasno do zrozumienia, że premier będzie figurantem. Jak zamierzył, tak zrobił. Zrobił, bo Jerzy Buzek godził się na taki układ.
Przypomnijmy choćby epizod z Bogusławem Grabowskim (związanym z AWS ekonomistą, członkiem Rady Polityki Pieniężnej) jako kandydatem na premiera, kiedy Krzaklewski chciał w czerwcu ub. r. skłonić Unię Wolności do powrotu do koalicji. Grabowski powiedział wtedy jednoznacznie, że nie mając samodzielnej pozycji politycznej w AWS, nie jest odpowiednim kandydatem. To była odpowiedź godna polityka dużej klasy – takiego, który potrafi ocenić, kiedy jest zapraszany do stołu jako autorytet, a kiedy jako popychadło. Status popychadła kosztuje – Buzek zawsze płacił tę cenę, ale pozostaje kwestia najważniejsza: podwójnej lojalności ministrów. Zjawisko to zyskało w polskiej publicystyce po 1997 r. wdzięczną i trafną nazwę „kierowania z tylnego siedzenia”. Takiego sposobu rządzenia żaden rząd nie wytrzyma. 
Na pozór rząd, który nie panuje nad własną większością parlamentarną, nie zasługuje na trwanie. A jednak obowiązująca dziś konstytucja broni takiego rządu oraz takiego premiera, i – jeśli wolno tak powiedzieć – konstytucja ma rację. Logika ustawy zasadniczej z 1997 r. jest taka, że dopóki w Sejmie nie wytworzy się alternatywna większość, dopóty trzeba, choćby sztucznie, podtrzymywać stary rząd. Rząd – nawet mniejszościowy i nieporadny, ale stabilny – jest wartością dla państwa. Jest mniejszym złem niż tworzenie ciągle nowych i nietrwałych koalicji, których jedynym mianownikiem byłaby niechęć do aktualnie sprawujących władzę.
Warto jednak zauważyć, że Leszek Miller szybko zrezygnował z próby utworzenia rządu mniejszościowego, który – z pomocą konstytucji – mógłby nie tylko trwać, ale może i rządzić. Koalicja z PSL daje wprawdzie większość, ale osłabia spoistość i pcha rząd w stronę rozwiązań populistycznych.

Miller Buzkiem lewicy?

Jak z tej silnej pozycji konstytucyjnej skorzysta nowy premier? Przewidywanie przyszłości jest zawsze ryzykowne, bo orzekamy o tym, co będzie, na podstawie tego, co jest. Świadomy tej ułomności mogę rzec tyle: jak dotąd premier zachowuje się jak prawdziwy szef rządu. Jest rzeczywistym przywódcą najsilniejszej partii koalicji rządzącej (w tym jej 200 posłów) i rzeczywistym przywódcą koalicji SLD-UP-PSL. 
Szybko przedstawił skład gabinetu i jego przejrzystą konstrukcję polegającą na tym, że centrum decyzyjne jest nie poza, ale w rządzie. Rząd ma swoją hierarchię – najpierw premier, potem wicepremierzy, potem ministrowie. Najważniejsze figury z koalicji wchodzą do rządu i zajmują kluczowe stanowiska – w 1997 r. Marian Krzaklewski nie chciał wykonać tak prostego ruchu. W chwili tworzenia rządu premier Miller zapowiedział, że nie będzie tolerował prowadzenia oddzielnej polityki przez poszczególnych ministrów. Czy będzie konsekwentny, nie wiemy. Ale na dobry początek taka zapowiedź powinna była paść. 
Premier błyskawicznie powołał nowych wojewodów. Nie było, jak poprzednio, publicznych targów, nie było też niedorzecznych rozważań, gdzie jaka partia koalicyjna jakie uzyskała wyniki w wyborach. Sprawę wreszcie postawiono jasno: wojewoda jest reprezentantem rządu w stosunku do województwa, a nie odwrotnie. 
Szybko zapowiedziano decyzje w sprawach nie cierpiących zwłoki: przyszłorocznej matury i przyszłorocznych podatków. Czy idą one w dobrym, czy w złym kierunku, jest oddzielną kwestią. Żadna konstytucja i żadne przywództwo polityczne nie zapewni mądrych rządów. Mogą one natomiast stworzyć warunki do tego, by rządy nie marnowały czasu – rząd Millera na razie go nie marnuje.
AWS już w 1997 r. była znacznie mniej spoista niż obecnie SLD, ale szybko rozcieńczyła nawet te marne namiastki organizacji i dyscypliny, jakie z początku miała. Miller już w punkcie wyjścia jest w lepszym położeniu niż jego poprzednik. Nie znaczy to, że nie ma problemów. Największym jest jakość moralna ludzi, którzy go popierają. Marnych ludzi miała także AWS. Krzaklewski próbował utrzymać spoistość szeregów rozdając beneficja – nie udało się. Miller też rozdaje beneficja...
Media są w prawie, kiedy protestują przeciwko zajmowaniu ważnych stanowisk przez ludzi podejrzanej konduity. Takich jak Andrzej Kaucz – oskarżyciel Władysława Frasyniuka w latach 80. – który właśnie został zastępcą prokuratora generalnego. Albo takich jak Andrzej Pęczak (b. wojewoda łódzki, tolerujący gigantyczne oszustwa wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej), który dopiero co został przewodniczącym sejmowej komisji ds. kontroli państwowej. 
Miller jest sprawnym politykiem, lecz nie cudotwórcą. Będzie pewnie twardym premierem i twardym liderem SLD, ale w polityce wszystko ma cenę. Tu może być nią także awansowanie ludzi niegodnych awansów. 
Nie należy natomiast spodziewać się frondy ze strony byłego premiera, dziś odsuniętego na boczny tor, Józefa Oleksego. Oleksy, w przeciwieństwie do niezliczonych liderów prawicy, posiada polityczny instynkt samozachowawczy. Podobnie nie wydaje się możliwa otwarta wojna premiera Millera z prezydentem Kwaśniewskim. Koalicja SLD-UP-PSL nie ma dostatecznej liczby głosów, by przegłosować ewentualne weto prezydenta, a Kwaśniewski jest ciągle de facto ważną osobistością dla SLD. Z drugiej strony, Miller stworzył sobie w partii solidne podstawy dla przywództwa – gdyby tak nie było, Kwaśniewski nie desygnowałby go na premiera. To skłania do obustronnej powściągliwości. Owszem, możliwa jest pokątna rywalizacja skutkująca jakimś modus vivendi, jak to widzieliśmy w sprawie reformy służb specjalnych oraz nominacji Zbigniewa Siemiątkowskiego do UOP i Marka Dukaczewskiego do WSI. Premier z prezydentem mogą mieć do pewnego stopnia rozbieżne interesy, ale i oni – podobnie jak Oleksy – nie są politycznymi samobójcami.
Czy rząd Leszka Millera będzie dobrze rządził – nie wiadomo. Ale wszystko wskazuje, że – w przeciwieństwie do rządu Buzka – będzie rządził.

Roman Graczyk 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl