Sprawa biskupa Spletta – ciąg dalszy

Prawo do wiecznego odpoczywania

STEFAN CHWIN

 

Obiskupie Spletcie w naszej gdańsko-warszawsko-wileńskiej rodzinie nie mówiło się nigdy, chociaż mieszkaliśmy niedaleko od oliwskiej katedry, w której biskup Splett przez wiele lat pełnił swoją kapłańską posługę. Czegoś więcej dowiedziałem się o nim w szkole, gdy już z Polski wyjechał, ale – choć urodziłem się dopiero w roku 1949, a więc dość późno – co najmniej jeden raz miałem z nim bardzo „osobiste” spotkanie. Zapamiętałem je na długo. 
Było to w dniu, w którym kardynał Stefan Wyszyński odwiedził Gdańsk, by wziąć udział w obchodach tysiąclecia chrztu Polski. Gdy późnym popołudniem przechodziłem koło pętli w Oliwie, gdzie tramwaje z Gdańska kończyły swój bieg, nagle zobaczyłem setki ludzi wysiadających z czerwonych wagonów „dwójki”, którzy wracali z kościelnych uroczystości w śródmieściu. Ten tłum, w którym i ja się znalazłem, ruszył w stronę starego szpitaliku św. Łazarza, by potem przejść jezdnię ulicy Grunwaldzkiej i skierować się w stronę niedalekiego dworca – lecz nagle, nie wiedzieć czemu, zatrzymał się na chodniku.
Stanąłem na palcach. Przed nami, przy skrzyżowaniu ulicy Armii Radzieckiej z ulicą Grunwaldzką, wznosiło się rusztowanie z żelaznych rur, do których przymocowano fotograficzne plansze z napisami. Na planszach były naklejone wielkie, czarno-białe zdjęcia, przedstawiające polskich księży rozstrzeliwanych przez Niemców. Obok zdjęć umieszczono cytaty z listu biskupów polskich do biskupów niemieckich ze słynnym zdaniem „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, ale znalazło się tam także – i to na eksponowanym miejscu – duże zdjęcie kapłana z insygniami biskupimi. Tym kapłanem był właśnie biskup Splett.
Tłum stał w milczeniu. Dobrze pamiętam tę ciszę. Potem ktoś krzyknął, ludzie poruszyli się i zaczęli rzucać kamieniami. Biło mi mocno serce, bo po raz pierwszy w życiu ujrzałem ludzi, którzy ośmielili się czynnie wystąpić przeciw partyjnej władzy. Kamienie uderzały w dyktę z łoskotem, jakiś mężczyzna zaczął krzyczeć, że nie wolno tak niszczyć „własności społecznej”, ale pobito go parasolkami i przepędzono, wołając za nim „szpicel!” Rusztowanie zachwiało się i runęło. Fotograficzne plansze spadły na jezdnię. Ludzie rozeszli się szybko, ale mówili na ulicy głośno, dużo głośniej niż zwykle, a nawet głośno przeklinali „ubowców”.
Czy jednak ci wzburzeni ludzie, niszcząc to monstrualne dzieło propagandy – w którym insynuacja mieszała się z pornografią zbrodni – występowali tylko w obronie Księdza Prymasa, czy występowali także w obronie niemieckiego biskupa, którego fotografię widzieli przed sobą? Nie jestem tego pewien.
Nazwisko biskupa Spletta usłyszałem parę razy na kazaniach w katedrze, ale nigdy nie było ono wymawiane tonem przychylnym. Wiedziałem, że ten niemiecki biskup zrobił coś bardzo niedobrego i „odbył sprawiedliwą karę”. Podobnie myślało w Gdańsku wielu ludzi. Nie pamiętam, by ktokolwiek spośród naszych sąsiadów miał inną opinię w tej sprawie. 
Dziś, kiedy minęło od tamtego zdarzenia tyle lat, wydaje mi się, że sprawa biskupa Spletta nadal jest bardzo trudna do jednoznacznego rozstrzygnięcia, jak zresztą wiele spraw podobnego rodzaju, związanych z kwestią wyboru „mniejszego zła” w systemie totalitarnym. Rozmaitych wątpliwości nie da się bowiem rozproszyć. Jeśli biskup Splett rzeczywiście ów zakaz spowiadania po polsku, podsunięty mu przez gestapo, podpisał przede wszystkim po to, aby ocalić to, co w tamtej sytuacji można było jeszcze ocalić, to zwolennicy radykalnych ocen moralnych i tak nie zmienią swojej oceny: Splett był winny, bo bez względu na intencje sygnował podłość swoim nazwiskiem. Wewnętrzne opory nie mają znaczenia, liczy się fakt. Nikt – nawet ksiądz Helmut Juros (jeden z autorów „Tygodnikowych” materiałów o „sprawie Spletta” – red.) – nie kwestionuje, że zakaz został własnoręcznie podpisany przez biskupa Spletta. 
Ci, którzy skłonni są formułować oceny bardziej powściągliwe, powiedzą, że dobra intencja, a także roztropność w sposobie działania – jak pisze ksiądz Bogdanowicz (gdański historyk Kościoła, autor biografii biskupa, zwolennik jego rehabilitacji – red.) – całkowicie zmieniają moralną kwalifikację czynu. „Mniejsze zło” zostało przez biskupa Spletta wybrane zatem słusznie. Ale to także nie przekona sceptyków. Nie ma bowiem – dorzucą oni – nic trudniejszego do ustalenia niż intencje. Trzeba by zajrzeć do ludzkiego serca, a co jest w ludzkim sercu, wie naprawdę tylko Bóg. 
Jeszcze inni powiedzą, że swoje winy biskup Splett po stokroć zmazał w stalinowskim więzieniu. Lecz i to także nie przekona tych, którzy uważają, że uroczysty pogrzeb jego szczątków w oliwskiej katedrze przy tylu wątpliwościach byłby jednak niewskazany. 
Dlatego uważam, że na sprawę biskupa Spletta trzeba spojrzeć z innej perspektywy. Nie to jest najważniejsze, czy biskup Splett był winny czy nie. Decyzji o jego drugim pogrzebie w Gdańsku nie wiązałbym z jego ewentualną „rehabilitacją”. Ważniejsze wydaje mi się co innego: uszanowanie podmiotowości umarłych. Nie widzę żadnych przeszkód, by biskupa Spletta pochowano w Gdańsku, poza jedną: jeżeli on sam tego pragnął. Jeśli są niewątpliwe świadectwa takiej jego woli, wolę tę należy spełnić. Jeżeli jednak takich świadectw nie ma, powinien spoczywać tam, gdzie spoczywa dotąd i nie ma żadnego znaczenia, że był biskupem gdańskim, któremu „należy się miejsce w oliwskiej katedrze”.
Chodzi mi zatem o sprawę ogólniejszą. O bardzo delikatną sprawę przenoszenia ludzkich szczątków z jednego miejsca pochówku na inne. Boję się bowiem wszelkiej, nawet najszlachetniejszej „instrumentalizacji” ludzkich zwłok, która – oby się tak nie stało – grozi także każdemu z nas, jeśli po naszej śmierci ktoś uzna, że powinniśmy zostać z wyższych powodów „sprowadzeni” na inne miejsce. Boję się też „instrumentalizacji” nazwisk umarłych, bowiem nie tak dawno na jednej z konferencji polsko-niemieckich byłem świadkiem, jak obie strony chciały biskupa Spletta zmienić w „znak pojednania”. Zresztą przebywając w Niemczech wiele razy widziałem, jak robi się taki „znak” z bardzo różnych osób i rzeczy. 
Na konferencji, o której mówię, wszyscy chcieli zrobić z biskupa Spletta bohatera pozytywnego, tylko szukali sposobu, jak to zrobić. Niemcy mówili, że „nie mógł postąpić inaczej” (tak jakby nie było Dietricha Bonhoeffera). Polacy wybierali chętnie koncepcję „mniejszego zła”, uznając biskupa Spletta za rodzaj „Wallenroda” Kościoła katolickiego w nazistowskich Niemczech. Słuchałem tego z mieszanymi uczuciami. Albowiem nie duch poszukiwania prawdy unosił się nad salą, lecz duch poszukiwania „sposobu na pojednanie”.
Niepokoją mnie też – jak myślę, ze zrozumiałych względów historycznych – takie słowa jak „pośmiertna rehabilitacja” czy „sprowadzenie zwłok”, bo pobrzmiewa w nich właśnie zamiar „instrumentalizacji” umarłych przez żywych. Jeśli biskup Splett wyrażał kiedykolwiek życzenie, by odbył się jego proces „rehabilitacyjny”, taki proces należy wszcząć, choć takie procesy – jak dowodzi tego historia – bardziej potrzebne są nam, żywym, niż umarłym. Bo umarli są poza zasięgiem winy. Należą już do innego świata i to nie my ich tam będziemy sądzić. Biskup Splett – i myślę, że nie jest to supozycja całkiem bezpodstawna – jest już po drugiej stronie Prawdy i ludzkie sądy mają dla niego znaczenie niewielkie.
Nie widzę zatem żadnych przeszkód, by starzy niemieccy Gdańszczanie, Wrocławianie, Szczecinianie, Olsztynianie mogli spocząć po śmierci w swoich rodzinnych miastach. Rzecz w tym, że – jak wiem – mało kto z nich tego pragnie. Wrośli w swoje nowe miejsca, mają tam swoje rodziny i tam też chcą być pochowani. Bo ważniejsze jest dla nich to, że ktoś bliski będzie blisko nich, niż to, że będą spoczywać z dala od swego Heimatu. Po roku 1989, kiedy granice między Polską a Niemcami zostały otwarte, wcale zresztą nie było fali pośmiertnych powrotów z Niemiec do dawnej ojczyzny. Jeśli wola biskupa Spletta była inna, należy ją uszanować. 
Byłbym jednak przeciwny uczynieniu z pogrzebu szczątków biskupa Spletta w Gdańsku „spektaklu” polsko-niemieckiego pojednania i wybaczenia.
Umarłym należy dać spokój wiecznego odpoczywania.

Stefan Chwin jest pisarzem i historykiemliterayury, gdańszczaninem, autorem m.in. bestsellerowej powieści gdańskiej „Hanemann”, wydanej również w Niemczech.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl