W obronie biskupa Spletta

KS. STANISŁAW BOGDANOWICZ

 

To nie biskup Splett zamknął przed Polakami kościoły, a droga przezeń obrana była rozważna. Był biskupem w Gdańsku, mieście-piekle. Wychylić się z niego było bardzo trudno.


1 września 1939 r. działa „Schleswig-Holstein” dały sygnał do wprowadzenia w życie w Gdańsku list proskrypcyjnych, zawierających nazwiska ok. 1500 polskich obywateli Wolnego Miasta – inteligencji, duchowieństwa, działaczy polskich organizacji – przeznaczonych do wymordowania. Z 12 księży polskich tylko dwaj uniknęli aresztowania. Z tej dziesiątki przeżyło trzech. Jednocześnie naziści rozpoczęli niszczenie wszystkiego, co było związane z polskim kultem religijnym. 
W dniu wybuchu wojny zamknięte zostały wszystkie polskie kościoły. Konfiskowano ich wyposażenie i dzieła sztuki. W jednym z nich wyniesiono na plac przykościelny całe wyposażenie świątyni, oblano benzyną i podpalono. Podpalacze tańczyli wśród okrzyków, że nigdy już nie będzie się tu rozlegać to „przeklęte »Boże coś Polskę«”. Kościół zamieniono na warsztaty i garaż (stan ten utrzymywali komuniści do 1972 r.). Kościół polski przestał istnieć już w pierwszym dniu wojny.


W pierwszych dniach września niemiecka ludność żyła w euforii zwycięstwa nad Polską, przygotowując się do wizyty Hitlera. Jak na te wydarzenia i panującą w mieście atmosferę zareagował bp Splett? 
4 września wydał list pasterski, składający się z czterech zdań. List ten rozesłano do parafii, z poleceniem odczytania z ambon w niedzielę 10 września, zamiast kazania. Oto jego treść: „Smutek napełnił nas, gdy przed 20 laty nasz piękny, niemiecki Gdańsk, mimo swego stanowczego »nie«, został oderwany od Macierzy. Dziś cieszymy się i serdecznie dziękujemy Bogu, że spełniło się życzenie wszystkich gdańszczan rychłego powrotu do niemieckiej wspólnoty. Brak też słów dla wyrażenia wdzięczności za bohaterstwo i ofiarny wysiłek naszych gdańskich synów i braci, dzięki którym nasza mała ojczyzna uchroniona została od zburzenia przez wroga. W tej historycznej, dziejowej godzinie nie zapomnijmy podziękować Najwyższemu Bogu i prosić Go o błogosławieństwo na przyszłość dla führera, narodu i ojczyzny.


Oliwa, dnia 4 września 1939
Karol Maria Splett, Biskup Gdański”.


List przypomina zatem smutek z powodu odłączenia Gdańska od Niemiec, wyraża radość z jego „powrotu” oraz zachęca do modlitwy „za führera, naród i ojczyznę”. Jest jakby streszczeniem mowy gauleitera Forstera z 1 września. W liście powtórzone są te same „państwowe” slogany. Nie słychać w nim jakiejś euforii czy emocji, nie wymienia się nieprzyjaciół. 
Wobec takich wydarzeń jak wybuch wojny i włączenie Gdańska do Niemiec, Splett milczeć nie mógł. Romuald Muehlhoff, sekretarz biskupa, motywy wydania listu przedstawia następująco: „Ludność pochodzenia niemieckiego, która na mocy traktatu wersalskiego wbrew swej woli została oddzielona od Niemiec, jednomyślnie świętowała powrót do Rzeszy. Temu ogólnemu entuzjazmowi musiał dać wyraz również biskup poprzez krótkie słowo pasterskie, aby nie zostać napiętnowanym przez nazistów jako zdrajca narodu. W słowie tym zostało zawarte podziękowanie Bogu, że uchronił ojczyznę od zniszczenia w czasie walk. Żadnym słowem nie określił biskup wojny jako sprawiedliwej. To wyznanie wierności niemieckiej ojczyźnie zostało wypomniane później biskupowi przez polskie władze komunistyczne jako wyraz sympatii dla napadu Hitlera na Polskę”.
Wyważoną ocenę listu podaje w swym krytycznym artykule Tadeusz Bolduan. Pisze on: „Podobne listy i zarządzenia były wydawane we wszystkich niemieckich kościołach katolickich. Splett był przeciwnikiem postanowień traktatu wersalskiego, jak wszyscy Niemcy, bez względu na wyznawaną ideologię i orientację polityczną. Uznawał Gdańsk za miasto niemieckie i cieszył się z jego powrotu do Niemiec”.


Walka z polskością stanowiła istotę hitlerowskich planów nie tylko w Gdańsku, lecz także w diecezji chełmińskiej. Zamordowano w niej 356 kapłanów. 20 października l939 r. aresztowano cały kler pelpliński, całą kapitułę, wszystkich profesorów seminarium – 21 księży. Wszystkich zamordowano, z wyjątkiem chorego biskupa sufragana Dominika i ks. prof. Sawickiego, którego wydobył z aresztu oficer SS, berliński profesor archiwistyki. Zamykano polskie kościoły, zamieniając je na sale teatralne, magazyny, biura. Aresztowano ludzi udających się na Msze.
Z notatek szefa kontrwywiadu, admirała Canarisa, wynika, że już w połowie września zapadła decyzja o likwidacji polskiego duchowieństwa. 25 września sporządzono memoriał Urzędu ds. Polityki Rasowej NSDAP: „Należy zabronić wszelkich nabożeństw w języku polskim. Katolickie, jak również ewangelickie nabożeństwo ma być odprawiane tylko przez specjalnie wyszukanych duchownych, posiadających niemiecką świadomość i tylko po niemiecku. Ze względu na polityczne znaczenie i związane z tym niebezpieczeństwo ze strony katolicko-polskiego Kościoła (...), można dojść do wniosku, aby katolickiego Kościoła w ogóle tu nie dopuszczać. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że ludność jest usposobiona zdecydowanie katolicko i że tego rodzaju środek mógłby może osiągnąć coś przeciwnego niż zniemczenie”. 
W celu realizacji tych planów minister Rzeszy ds. kościelnych Hans Kerrl zwrócił się 1 października do ministra spraw wewnętrznych Wilhelma Fricka z żądaniem: „Niższy kler polski musi być zastąpiony przez niemiecki. Dla tego celu diecezje Rzeszy muszą postawić do dyspozycji duchownych, którzy z jednej strony głęboko są przywiązani do niemczyzny, z drugiej – nie wywołują żadnych zastrzeżeń politycznych”. Praktyka pokazała, że te mrzonki nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Wielu księży, przysłanych w ramach „desantu z Rzeszy” do Gdańska i diecezji chełmińskiej ofiarnie sprawowało posługę duszpasterską. Zapisali się dobrze w pamięci polskiej ludności. Wielu z nich po wojnie utrzymywało z Gdańskiem pozytywne kontakty.


Dekretem Hitlera z 8 października zachodnie ziemie polskie włączono do Rzeszy. Podzielono je na: Okręg Gdańsk-Prusy Zachodnie, Okręg Kraj Warty i Regencję Katowicką. Ten pierwszy potraktowano jako modelowy: Mustergau. W publikacjach dotyczących regionu używano terminu „regermanizacja”; polskość miała być wytępiona.
Wykładnię tego dał Reichsstatthalter i gauleiter Okręgu Albert Forster w przemówieniu wygłoszonym w październiku 1939 na rynku w Wejherowie: „Z przykrością muszę stwierdzić, że Neustadt [niemiecka nazwa miasta] zamieszkuje znikomy odsetek Niemców, zaledwie trzy procent. Reszta to Polacy. Ziemia ta jest niemiecka, a ludność polska. (...) Może nie w ciągu roku lub dwóch, lecz w ciągu pięciu lat wszystko tu będzie niemieckie. Kto się nie podda, dla tego tu nie będzie żadnego miejsca. (...) Polska inteligencja przeszkadzać nam już nie będzie. Znajduje się ona tam, gdzie jest jej miejsce”.
W protokole powojennego procesu przeciwko bp Splettowi przed polskim sądem odnotowano, że 5 września 1939 r. udał się on do Forstera z interwencją w sprawie aresztowanych polskich księży. Było to zarazem pierwsze spotkanie biskupa z gauleiterem. Interwerncja nie przyniosła oczywiście nic. Po pewnym czasie dowództwo Wehrmachtu odpowiedziało, że „wymienieni prawdopodobnie padli ofiarą terroru polskich band morderców”. 
Następnego dnia Splett obwieścił o zawieszeniu polskich nabożeństw aż do odwołania. Biskup był świadom, że próba odprawienia nabożeństwa po polsku w opanowanym przez hitlerowców mieście skończyłaby się tragicznie: celebrans i uczestnicy zostaliby natychmiast wydani, aresztowani i zamordowani, a w najlepszym wypadku zesłani do obozu.


Pod koniec października 1939 przybył do Oliwy ks. Franciszek Sawicki. Poinformował biskupa o tragicznej sytuacji w diecezji chełmińskiej. Wykorzystując wyjazd proboszcza katedralnego ks. Behrendta do brata do Berlina, bp Splett polecił mu, aby udał się do biskupa Wienkena, delegata Episkopatu niemieckiego ds. kontaktów z rządem i poinformował o sytuacji w diecezji chełmińskiej. Z informacjami tymi bp Wienken udał się do nuncjusza abp. Orseniego. Nuncjusz telegraficznie zawezwał do Berlina samego Spletta i odbył z nim w nuncjaturze dwugodzinną rozmowę. Uzyskane informacje przesłał przez specjalnego kuriera do wiadomości osobistego sekretarza Piusa XII. Ponadto pismem z 25 listopada l939 r. do Sekretarza Stanu kardynała Luigi Maglione informował o tragicznej sytuacji w diecezji chełmińskiej i przychylił się do sugestii, aby ordynariuszowi gdańskiemu powierzyć administrację tejże diecezji. 
Na wniosku Orseniego o nominację bpa Spletta papież Pius XII własnoręcznie napisał, że „należy wyjaśnić Polakom, iż jest to czasowe rozwiązanie dla dobra wiernych, w wyjątkowych okolicznościach”. Po takim przedstawieniu sprawy Stolica Apostolska 29 listopada 1939 r. podjęła decyzję mianowania Spletta administratorem diecezji chełmińskiej. Aby podkreślić prowizoryczny i nadzwyczajny charakter nominacji, dekret nominacyjny wystawiony został w sposób normalnie nie spotykany, bo przez nuncjusza berlińskiego.
Już jako administrator diecezji chełmińskiej, bp Splett w kwietniu 1940 podał do wiadomości antypolskie zarządzenia władz państwowych zabraniające kazań, modlitw i śpiewów publicznych po polsku. W sferze języka pozostała jeszcze ostatnia enklawa, mianowicie spowiedź: księża nadal spowiadali po polsku. 
Pismo tajnej policji z 4 grudnia l939 r. wspomina, że już w październiku terenowe placówki gestapo zakazały używania polskiego w czasie spowiedzi. Szef gdańskiego gestapo Tanzmann w liście do biskupa z 3 kwietnia l940 r. pisze: „Zakazuję używania polskiego także przy przystępowaniu do spowiedzi. W razie naruszenia zakazu podjęte zostaną kroki policyjne przeciwko właściwym osobom. Proszę o przekazanie tego zakazu swoim księżom”. Po otrzymaniu pisma 6 kwietnia biskup zwrócił się do bpa Wienkena z prośbą o interwencję w ministerstwie ds. kościelnych i powiadomił go, że w rozmowie z gestapo odmówił ogłoszenia tego zakazu. Protesty swe wysłał również do głównej komendy gestapo w Berlinie, Reichsstatthaltera w Gdańsku i ministerstwa ds. kościelnych w Berlinie. 
9 kwietnia Splett poinformował Tanzmanna, że ze względów zasadniczych nie może przekazać zarządzenia zabraniającego słuchania spowiedzi po polsku podległym mu księżom. Następnego dnia biskup otrzymał pismo z Berlina, w którym bp Wienken informował, że wystąpił do ministerstwa ds. kościelnych z interwencją w sprawie zakazu. W odpowiedzi zapewniono go, że do gestapo zastaną skierowane odpowiednie zarządzenia. Ale oczywiście interwencja była bezskuteczna.
Wkrótce potem aresztowano 10 księży spowiadających po polsku: sześciu z diecezji chełmińskiej, czterech z gdańskiej. 22 maja 1940 r. poinformowano ich, że gauleiter już w styczniu 1940 polecił Splettowi ogłosić zakaz spowiadania po polsku, zatem aresztowanie mogą zawdzięczać krnąbrnej postawie biskupa. 25 maja gestapo powiadomiło biskupa o aresztowaniach i zapowiedziało, że aresztowani zostaną wszyscy kapłani spowiadający po polsku oraz penitenci, niezależnie od ich narodowości. 
W takiej sytuacji, po pięciu miesiącach zwlekania, 25 maja bp Splett wydał pismo polecające zaprzestać używania języka polskiego. Hitlerowskie władze nie pozwoliły na poinformowanie adresatów o inicjatorach zakazu. Cenzura mimo protestów biskupa wykreśliła z tekstu stwierdzenie: „ze względu na bezpieczeństwo państwowe gestapo zakazało spowiedzi po polsku”, zastępując je zwrotem: „zabrania się”.


Oto jak wydarzenia te opisuje w czasie procesu biskupa ks. Józef Grzemski: „Przewodniczący [sądu]: Co wiadomo księdzu o zachowaniu się osk. w czasie okupacji, o jego stosunku do duchowieństwa polskiego, do ludności polskiej cywilnej?
Świadek: Ksiądz biskup Splett został administratorem diecezji chełmińskiej na początku grudnia. Ja zostałem w maju, dokładnie 25.05.1940, aresztowany za słuchanie spowiedzi polskiej. Aresztowano wtedy oprócz mnie mego sąsiada Tomaszewskiego, śp. ks. Odyję i innych. Zawieźli nas do głównego Gestapo do Gdańska. Gestapowcy powiedzieli: »Teraz zobaczymy, co ksiądz biskup na to powie. On miał rozkaz od Forstera ogłosić zakaz wszystkim kapłanom w styczniu 1940 roku. On odwlekał i myśmy was aresztowali. Zobaczymy co on zrobi«. Załadowali nas potem w nocy na tzw. »auta śmierci« i przewieźli do Gdańska do więzienia. Chcieli nas tam wsadzić i potem kazali policjantom nas przypilnować. Po trzech godzinach powiedzieli: »Teraz możecie jechać do domów«. 
P: Bez przesłuchania? 
Św: Bez. Powiedzieli jeszcze: ks. biskup wyda teraz ten zakaz. To było 25.05 na Boże Ciało”.
Była to akcja nie tylko gdańska, lecz ogólnoniemiecka. Minister Rzeszy ds. kościelnych Kerrl trzy tygodnie później, 13 czerwca, wydał rozporządzenie w sprawie „opieki duszpasterskiej” wobec Polaków wywiezionych na przymusowe roboty. Zezwolono im na udział w specjalnie dla nich odprawianych nabożeństwach lub w Mszach dla Niemców, ale w wydzielonym miejscu, którym zwykle była boczna nawa. Sprawę spowiedzi regulowano identycznie jak w Gdańsku, tj. spowiedź po polsku była zabroniona. Na wypadek niemożliwości porozumienia się po niemiecku, księża otrzymali prawo udzielania absolucji generalnej. 
Na zarządzenie to zareagował przewodniczący Episkopatu kard. Bertram. W liście z 12 lipca do ministra wyjaśniał, że absolucja taka może być udzielana tylko w wyjątkowych wypadkach i za zgodą Stolicy Apostolskiej. Nie daje ona możliwości wyznania grzechów i nie może zaspokoić religijnych potrzeb wiernych; indywidualna spowiedź ma znaczenie psychologiczne i etyczne. Kardynał podkreślał, że polscy pracownicy nie mogą być na dłuższy czas pozbawieni spowiedzi. Prosił więc o zniesienie zakazu z 13 czerwca. A gdyby całkowite jego wycofanie było niemożliwe, proponował ustanowienie ograniczonej liczby księży, mianowanych przez ordynariuszy, którym wolno będzie spowiadać po polsku. Kerrl odmówił. 
Wielu biskupów i księży zwracało się potem do Bertrama z pytaniem, jak mają ustosunkować się do zarządzenia. Przykład odpowiedzi znajdujemy w liście do ks. Grochla, datowanym w drugim dniu Bożego Narodzenia 1940 r. „Na pytanie księdza z 20 bm. odpowiadam, że ksiądz nie może odmówić wysłuchania spowiedzi w języku polskim, kiedy przyjąć można, że spowiadający się nie jest w stanie wystarczająco jasno wysłowić się w języku niemieckim, ponieważ przyjęcie takiej spowiedzi parafianina jest urzędowym obowiązkiem księdza”. W praktyce, jak wynika z oświadczeń ludzi, zarówno wielu księży, jak i sam Splett mimo działalności prowokatorów spowiadali po polsku.
Identyczne antypolskie zarządzenia obowiązywały więc nie tylko w Gdańsku, lecz w całej Rzeszy i na terenach anektowanych. Ich autorem nie był Splett, ale władze. On, pod wpływem różnych okoliczności, ich istnienie jedynie obwieszczał.


4 grudnia l940 r. w piśmie sporządzonym w Nuncjaturze Apostolskiej w Berlinie bp Splett obszernie przedstawia okoliczności, w jakich doszło do opublikowania owego zarządzenia. Podaje również motywy swych poczynań: „Ażeby zachować to, co da się jeszcze zachować i przy stosunkach panujących na zajętych terenach, ocalić księży i wiernych”. 
Podobnie Splett wyjaśniał w czasie procesu, odpowiadając na ataki (będące mieszanką stalinowskiej frazeologii i pseudonaukowego bełkotu) biegłego, apostaty z kapłaństwa, prof. Bolesława Wilanowskiego. Splett mówił: „Pan profesor powiedział, że ja mówiłem, że z bojaźni działałem. Ja nigdy tego nie mówiłem. Według mego zdania o bojaźni można mówić, jeżeli chodzi o własną osobę. O moją osobę mi nie chodziło. Ja byłem w czasie okupacji gotów umrzeć za religię, za ojczyznę, za lud polski. Wszyscy świadkowie świadczyli, że był terror, przymus. Ja nie z bojaźni. Nigdy. Ja tylko pod przymusem działałem. Mnie chodziło o to, żeby ratować księży, nie o moje życie, o życie księży Polaków, żeby ratować lud polski, który tu mieszkał”. Podobnie w ostatnim słowie: „Ponieważ oni żądali tego i grozili, że resztę księży aresztują, więc zrobiłem to tylko dlatego, ażeby obronić resztę księży. (...) Chciałem tylko lud polski ocalić i księży”.
Wyrazem zrozumienia tej postawy była zdecydowana obrona biskupa przez polskich kapłanów i innych świadków w czasie tego pokazowego procesu przed Specjalnym Sądem Karnym w Gdańsku.
Biskup Splett jako głowa Kościoła w Gdańsku miał wszelkie podstawy sądzić, że stosowany szantaż nie jest tylko czczą pogróżką, lecz że niemieckie władze zrealizują to, co zapowiadały, przy pomocy wszystkich dostępnych im narzędzi represji. Wybrał więc drogę polegającą na pisaniu odwołań, zwracaniu się z interwencjami do władz i na możliwych działaniach praktycznych, zmierzających ku temu, aby szaleństwa prawa stanowionego przez przestępcze państwo w miarę możliwości odwlekać, rozmywać i omijać.
Myślę więc, że przyznać trzeba rację sformułowaniu wybitnego znawcy okupacyjnej historii Gdańska Tadeusza Bolduana, który napisał: „To nie Splett zamknął przed Polakami bramy kościołów; on je przed nimi otworzył. (...) Droga przez niego obrana była rozważna. Nie siedział na tronie krakowskim, lecz w Gdańsku, mieście-piekle. Wychylić się z niego było bardzo trudno”.

Autor jest historykiem, opublikował szereg książek poświęconych historii gdańskiego Kościoła, w tym biografię bpa Spletta. Ostatnio wydał „Kościół gdański pod rządami komunizmu 1945-1984”. Mieszka w Gdańsku.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl