Wiejska szkoła,
czyli początek edukacji obywatelskiej




Na początku minionego roku szkolnego przez dziesiątki polskich wsi przetoczyła się fala protestów w sprawie likwidowania małych wiejskich szkół. Po wprowadzeniu reformy oświaty w ciągu pięciu lat „reorganizacji” (czytaj: zamknięciu) miało ulec 7 tys. takich placówek. Skala protestów zaskoczyła władze w Warszawie i organizacje pozarządowe. Okazało się, że szkoła wcale nie musi być prowadzona przez gminę.
Aby ją przejąć, potrzeba trochę samozaparcia i powołanie stowarzyszenia. 
W bazie Federacji Inicjatyw Oświatowych w Warszawie jest zarejestrowanych 200 szkół wiejskich, prowadzonych przez stowarzyszenia. – Każda z tych 200 szkół ma swoją, często dramatyczną historię – mówi Agnieszka Włodarczyk z fundacji. – Były głodówki, okupacje, przykuwanie się łańcuchem. Mechanizm protestów był podobny: inicjowali go rodzice lub nauczyciele, jedni i drudzy mieli interes w tym, by szkoła istniała. Okazało się, że te protesty były dla nich pierwszą lekcją demokracji. Jedna z uczestniczek bardzo dramatycznego protestu w Warpnicy, zresztą przegranego, powiedziała mi potem, że po raz pierwszy poczuła się obywatelem. Dzięki szkołom lokalne społeczności rolnicze zaczynają się budzić z letargu. 
Dane dotyczące wykształcenia na wsi nie napawają optymizmem. Wykształcenie wyższe ma niecałe 2 proc. mieszkańców wsi. Podstawowe – ponad 40 proc. TP

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl