A mój syn

Pigułki Krummeliusa

JACEK PODSIADŁO

 

A mój syn lubi ostatnio poczytać do poduszki „Dzieci z Bullerbyn”, więc kiedy dowiedziałem się o śmierci Astrid Lindgren, mogłem zaraz sprawdzić, czy razem z nią umarli Anna, Lisa, Olle, Bosse i reszta. Na szczęście nie. Życie w zagrodach Północnej i Południowej toczy się, jak toczyło. Dziadziuś nadal powtarza swoje ho-ho, tak-tak, i jak dawniej zawsze ma w szafce narożnej cukierki ślazowe. Lisa, Anna i Britta znowu przygotowują dla Lassego „skarb” z owczych bobków w starej puszce. Po staremu sprzedają wiśnie przy drodze. Może tylko wszyscy mieszkańcy Bullerbyn odrobinę spoważnieli, jakby nagle przybyło im pół roku czy rok, ale poza tym bez zmian. Sprawdziłem.
Sprawdziłem też Pippi Langstrump na kasetach video. W porządku. Nadal mieszka po swojemu w willi Śmiesznotce obok drzewa lemoniadowego, z koniem w cętki, panem Nilssonem i armią myszy. Chyba dobrze pamiętam, były myszy w którymś odcinku? Zabiera Tommiego i Annikę do lunaparku, gdzie kładzie na łopatki największego siłacza świata. Podnosi też nad głowę swojego konia. Wymyka się z rąk Klingowi i Klangowi, policjantom-fajtłapom chcącym umieścić ją w domu dziecka. Częstuje Tommiego i Annikę „pigułkami Krummeliusa” (cukierki ślazowe?). „Kto je zje, nigdy nie urośnie!” „I nawet za 50 lat będziemy mali?”, nie może się nadziwić Annika. Astrid Lindgren stworzyła Pippi już prawie sześćdziesiąt lat temu, a pigułki Krummeliusa wciąż działają. Fakt, że wspomógł ich działanie właśnie cykl filmów z przełomu lat 60. i 70. Nasi rodzice pamiętają ją jako „Fizię Pończoszankę”, mój syn ogląda czasem nową Pippi w wersji animowanej, amerykańskie bachory mają remake z roku ’88., a ja mam swoją Pippi, jedynie prawdziwą. Nie tylko ja, bo na całym świecie wielu z mojego pokolenia zna Pippi Langstrump vel Linę Langsoukkur vel Bibi Maeia-Longa vel Fifi Brindacier vel Pipi Pikksukk vel Pippę Mediaslargas vel Peppi Dlinnyj Czułok vel Pipi Gurab-baland vel Bilbee Bat-Gerev vel Nagakutsushita-No-Pippi vel Mal-gwal-ryang-eeh Pippi, jako rudą dziesięciolatkę, której twarz dała Inger Nilsson (nic nie wymyślam i nic nie przesadzam, cztery ostatnie wersje imienia pochodzą z Iranu, Izraela, Japonii i Korei). Czasem zastanawiam się, na czym, poza cudownym aktorstwem cudownego dziecka, polega czar tego serialu, nie będącego przecież najwyższym wzlotem sztuki filmowej. Odpowiedź można znaleźć chyba w rzuconej mimochodem uwadze widza wspomnianych amerykańskich popłuczyn, „Nowych przygód Pippi Longstocking” z 1988 roku. Uwaga była krótka, a ocena prosta: „made without love”.
Tak, „mój” film o Pippi zrobiony był z miłością. Zresztą scenariusz do niego napisała sama Lindgren. Mam takie ulubione zdjęcie pisarki z Pippi – Inger na kolanach. Wyglądają jak babcia i wnuczka. Musiało to być dziwne uczucie: wziąć na kolana kogoś, kogo się wymyśliło. Przyjaźń obu pań przetrwała lata, zwykły spotykać się czasem w Sztokholmie na ploteczkach, a czterdziestokilkuletnia dziś Nilsson, która oczywiście przez całe życie zmaga się z brzemieniem sławy, powiedziała kilka lat temu: „Tylko Astrid Lindgren miałaby prawo nazywać mnie Pippi. Ale ona wie, że tego nie lubię”.
Z okazji śmierci Astrid Lindgren przypomniałem sobie ulubione miejsca „Dzieci z Bullerbyn”. Pierwsze, kiedy dzieci śpią pod gołym niebem. „Było tak jakoś dziwnie, że w pewnej chwili nie wiedziałam, czy mi jest smutno, czy wesoło. Leżałam i myślałam, czy mi jest smutno, czy wesoło, ale nie mogłam nic wymyślić. Może człowiek staje się trochę dziwny od spania w lesie?”. Drugie, kiedy nieśmiertelna gromadka próbuje sprzedawać wiśnie kierowcom aut wznoszących tumany kurzu.
„Było bardzo nieprzyjemnie, więc powiedziałam:
– Fe, jak okropnie kurzy.
Wtedy Lasse zapytał mnie, dlaczego tak mówię. Dlaczego nie mówisz: »Fe, jak słońce świeci« albo »Fe, jak ptaszki śpiewają« – dopytywał się. (...) Wówczas postanowiliśmy, że będziemy lubić, gdy się kurzy. I gdy następny samochód przejeżdżał i cały kurz dmuchnął na nas tak, że ledwo mogliśmy widzieć się nawzajem, Lasse powiedział:
– Ach, jak dzisiaj pięknie się kurzy.
Britta przyznała:
– Tak, na tej szosie ślicznie się kurzy, przepięknie.
Bosse zaś dodał:
– Gdyby tak chciało trochę więcej pokurzyć”.
Dawno temu, ale już jako dorosły, zacytowałem ten dialog znajomemu. Z pewnym zażenowaniem, że stary koń zapamiętuje takie kawałki dla dzieci. A znajomy na to: „No, bo postawa Lassego jest tutaj głęboko buddyjska!”. Od tej pory patrzę na te dzieci jeszcze inaczej.
Mądrość Pippi jest trochę innego rodzaju. To mądrość dziecka, ale też błazna i szaleńca. Dzieci czują ją jeszcze lepiej niż dorośli, choć nie do końca rozumieją. Amerykańska nauczycielka zadała dzieciom po lekturze przygód Pippi kilka pytań. „Czy uważacie, że Pippi jest rozgarnięta?” Sean: „Jest bardzo rozgarnięta, bo ładnie rysuje i wie, jak się jeździ na koniu”. „Czy Pippi powinna chodzić do szkoły?” Danielle: „Nie. Poniewasz ma dość doświatczenia, żeby żyć po sfojemu”.
Z okazji śmierci Astrid Lindgren zainstalowałem sobie jako tapetę na monitorze komputera podobiznę Pippi. Do wyboru miałem sporo zdjęć, ale od razu wiedziałem, że wybiorę jedno z dwóch, na których Pippi siedzi z nogami na stole. Z początku miałem chęć na to w szkolnej ławie. Bardzo anarchistyczne. „Który fragment książki najbardziej wam się podobał?” Kirsten: „Jak Pippi poszła do szkoły, bo chciała mieć ferie zimowe”. W końcu jednak zrozumiałem, że najbardziej lubię, kiedy Pippi siedzi „trochę dziwna” w bujanym fotelu w swoim domu, przy świecy, myśląc o swoim tacie, który dowodzi piratami na morzach południowych, i rozmawiając z mamą, która jest aniołem w niebie.
I teraz zawsze, kiedy włączam lub wyłączam komputer, wita mnie i żegna zamyślony rudzielec, którego imię w każdym języku świata brzmi zabawnie. I jednak nie mogę wyzbyć się wrażenia, że patrzy na mnie tymi nie swoimi oczami zza grobu. A to nie Pippi umarła. To umarło na amen moje dzieciństwo, zdolność radowania się kurzem, wiara, że można wziąć na ręce konia i zrobić w konia dwóch policjantów naraz. Że można nie dorosnąć. 

Jacek Podsiadło


P.S. „Pogoda była piękna. Usiedliśmy sobie nad brzegiem jeziora i wygrzewaliśmy się w słońcu.
– Fe, jak słońce świeci – powiedział Lasse. A Olle roześmiał się i powiedział:
– Fe, jak ptaki śpiewają”.

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl