Komentarze

 


Andrzej Łukowski Wizy przez wschodnią miedzę...

Krzysztof Burnetko Lepsze partyjne niż prywatne

Anna Mateja Komu zabrać, komu podarować...

Michał Okoński Tego nie obejrzycie w „Wiadomościach” 

 




  
Wizy przez wschodnią miedzę...

...t o dla nas konieczność – spełnienie wymagań Unii Europejskiej. Teraz chodzi o to, jak rozmawiać ze „stroną pokrzywdzoną”, by się pokrzywdzoną nie poczuła i nie zechciała na zasadzie retorsji „uprzyjemniać” naszym obywatelom podróży po swoim terytorium. A wyrazy niezadowolenia mogą się pojawić – i pojawiają od momentu podniesienia sprawy wprowadzenia polskich wiz dla obywateli Białorusi, Ukrainy i Rosji – na różnych poziomach: podczas rozmów na najwyższym szczeblu i podczas roboczych kontaktów władz regionalnych (które korzystają na ożywionym handlu przygranicznym). Warto pamiętać, że, na przykład, mieszkańcy leżących przy granicy z Polską rejonów obwodu kaliningradzkiego niemal w stu procentach utrzymują się z mrówczego handlu. Ale trzeba też oprzeć się rosyjskiej presji dotyczącej wprowadzenia przywilejów akurat przy przekraczaniu granicy tego obwodu. 
Niezależnie od celu podróży, starający się o wizę nie powinien mieć wrażenia, że jest człowiekiem drugiej kategorii – otrzymanie polskiej wizy nie może być porównywalne ze zdobyciem Mount Everestu. Nasze służby strzegące granic mogłyby już dziś powstrzymać się od praktyk „apartheidu” i zacząć traktować podróżnych po ludzku, bez okazywania wyższości. Byłby to ważny sygnał na przyszłość.
Pozostaje mieć nadzieję, że ślamazarnie działające na ogół tryby i trybiki machiny biurokratycznej nie zatną się już w pierwszym tygodniu obowiązywania nowych przepisów i nie doprowadzą do nieprzyjemnych reakcji naszych wschodnich partnerów. Do tego momentu pozostał z górą rok. Jest więc czas, żeby dobrze się przygotować. 
 
Andrzej Łukowski

 


 

 



Lepsze partyjne niż prywatne

Dziwić w tej sprawie mogą co najwyżej dwa elementy. Po pierwsze, że operacja ruszyła na ostro tak późno. Przecież SLD już podczas kampanii wyborczej jednym z głównych swych haseł uczynił wymianę obsady zarządów spółek z udziałem skarbu państwa. Co gorsza, trudno było na to odpowiadać: w wielu przypadkach ludzie wprowadzeni tam przez poprzednią, „solidarnościową” ekipę, rzeczywiście nie grzeszyli fachowością. Nie wahali się za to odpłacać politycznym dobrodziejom. Dość wspomnieć decyzję o finansowaniu przez państwowe spółki partyjnych interesów (choćby telewizji Plus), nieraz z naruszeniem zasady dbałości o dobro spółki (zlecanie intratnych kontraktów zaprzyjaźnionym firmom zewnętrznym) i przepisów prawa (wspieranie kampanii wyborczych, wyprowadzanie zysków itd.). 
Tym bardziej zdumiewa, po drugie, sposób, w jaki ekipa SLD dokonuje czystki. Nie dość, że sięga po tanie chwyty z użyciem UOP i medialnych przecieków – siebie narażając na ośmieszenie, a służby specjalne i publiczną telewizję na utratę i tak malejącego autorytetu. Prezesa jednej z kluczowych polskich spółek zatrzymuje się z wielkim szumem (do akcji skierowano 15 oficerów, pięć aut – a polegała ona na zabraniu prezesa z oficjalnej biurowej narady). Po czym prokuratura ogranicza się do przesłuchania doprowadzonego. Na dodatek premier Miller zapowiada potem, że zmiana w PKN Orlen to dopiero początek. Wśród uzasadnień jest zdanie: „Akcji Wyborczej Solidarność nie ma w sejmie, to dlaczego ma być w spółkach”. Nikt już niczego nie ukrywa: nie ma mowy o naprawianiu przez rząd sytuacji w strategicznych dla kraju przedsiębiorstwach (bo tym przecież uzasadnia się pozostawianie ich w rękach państwa). Jest tylko wymiatanie przegranych przez zwycięzców. 
W efekcie w PKN Orlen znajomego Andrzeja Szkaradka (niegdyś szarej eminencji w „Solidarności” i w AWS) zastępuje znajomy Wiesława Kaczmarka (ministra prywatyzacji i zapalonego żeglarza, co o tyle ważne, że to z łódki zna on swojego faworyta na prezesa czołowego koncernu w kraju). Ludzi Krzaklewskiego zastąpią ludzie Millera. A jak podały ostatnio media, w Polsce jest wciąż 1700 spółek z udziałem skarbu państwa. 
Że Polacy tracą zaufanie do polityków, wiadomo. Ale dlaczego równocześnie – mimo tylu doświadczeń z taką czy z inną ekipą – wciąż popularna jest teza o konieczności bezpośredniego nadzorowania przez państwo tzw. branż strategicznych oraz pogląd, że tylko rządowa kontrola może zapewnić, iż przedsiębiorstwa będą działać w interesie kraju i nie zaczną być wykorzystywane przez pojedyncze grupy interesów?


Krzysztof Burnetko

 


 

 

 

 

 

 


Komu zabrać, komu podarować...

Ile powinna wynosić renta socjalna osoby głęboko upośledzonej? Dotychczas było to 406 zł miesięcznie przyznawane niezależnie od dochodów czy wysokości innych świadczeń. To musiało wystarczyć na leki, środki pielęgnacyjne, codzienne życie. I oczywiście nie zawsze starczało. Ratunkiem byli rodzice (lub dalsza rodzina), którzy zabezpieczali potrzeby dorosłych nieraz dzieci. I do tego momentu chyba wszystko jest w porządku: państwo powinno wspierać, nie ma jednak obowiązku dawać pieniędzy na wszystko. Tak jest oszczędniej i bardziej odpowiedzialnie: obywatele muszą przyzwyczaić się, że wiele spraw zależy od ich inicjatywy, a nie „od organów państwowych do tego powołanych”.
Nowelizacja ustawy o pomocy społecznej z połowy grudnia ub. r. posunęła się jednak o krok dalej. Świadczenia dla rodzin niepełnych, gdzie na dziecko poza rentą socjalną przysługuje również renta rodzinna, nie mogą przekroczyć 200 proc. renty socjalnej, czyli 816 zł brutto miesięcznie. Sumę obu świadczeń albo, kosztem renty socjalnej, obniża się do tej kwoty, albo, jeśli renta rodzinna osiąga taki pułap, traci się prawo do wypłaty drugiego świadczenia.
Pozostaje niemało, jeśli przypomnimy sobie, ile jest już w Polsce osób bez zasiłku dla bezrobotnych, które mają na utrzymaniu kilkoro dzieci. Jednak osoba głęboko upośledzona potrzebuje nieustannej rehabilitacji, która podtrzymywałaby to, co już umie, i nauczyła ją rzeczy nowych, np. w czasie turnusów rehabilitacyjnych albo warsztatów terapii zajęciowej. W nowym roku zlikwidowano uprawnienia do przejazdów bezpłatnych dla niepełnosprawnych i ich opiekunów, więc dojazdy to teraz kolejny wydatek. Wiele leków, też od nowego roku, skreślono z listy refundowanych przez Ministerstwo Zdrowia. Biorąc pod uwagę, że niepełnosprawność z reguły połączona jest z leczeniem przewlekłych chorób (np. padaczki czy astmy) i mniejszą odpornością organizmu, tygodniowe rachunki w aptekach mogą przekraczać nawet 100 zł. Gdy brakuje wolontariuszy, muszą znaleźć się też pieniądze na płatną opiekunkę lub opiekuna, którzy zajmą się niepełnosprawnym, gdy rodzic pracuje – albo, po prostu, musi zrobić większe zakupy czy pójść do lekarza. 
Taka „oszczędność” dotyka rodzin, w których brakuje drugiego rodzica, dochody są niższe i szanse na ich poprawę również. Jak miały one zaplanować wydatki, jeśli nowelizacje poważnie wpływające na ich budżety zaczynają obowiązywać po dwóch tygodniach od ich uchwalenia? Żeby było ciekawiej, w tym samym czasie rząd jakoś „znalazł” środki na akcję dożywiania dzieci w szkołach (choć podobne akcje z dużym sukcesem prowadzą m.in. Caritas i Polska Akcja Humanitarna) oraz na wyprawki dla pierwszoklasistów. Akurat tam, gdzie – zamiast budżetowych pieniędzy – wystarczyłaby inicjatywa obywateli.

  
Anna Mateja

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tego nie obejrzycie w „Wiadomościach”

W czerwcu ub. r. pod przesadnym – wydawałoby się – tytułem „Requiem dla dziennikarza”, opublikowaliśmy „Kontrapunkt” poświęcony sytuacji w polskich mediach, a przede wszystkim upolitycznieniu telewizji publicznej. Kolejne miesiące dopisywały uzasadnienia do tez stawianych wówczas przez ks. Andrzeja Lutra. Miniony tydzień przyniósł zwieńczenie tego procesu.
Przypomnijmy: dziennik „Życie” ujawnia, że w oświadczeniu majątkowym premiera Millera znajduje się informacja, iż zaciągnął on kredyt mieszkaniowy w banku kontrolowanym przez Aleksandra Gudzowatego (szefa Bartimpeksu, pośredniczącego między Polską a Rosją w sprawie handlu gazem). Bank w zasadzie nie udziela kredytów mieszkaniowych, wyjątek zrobił jedynie dla spółdzielni Dębina, do której oprócz Leszka Millera należy kilku innych prominentnych polityków SLD. Premier na konferencji prasowej przyznaje, że wiedział, iż bank należy do Gudzowatego...
Ale o całej sprawie można się dowiedzieć jedynie z prasy i z telewizji komercyjnej. Telewizyjne „Wiadomości”, po interwencji władz TVP, nie wyemitowały przygotowanego przez Katarzynę Kolendę-Zaleską materiału. Czym kierował się prezes Kwiatkowski, cenzurując program? Bo na pewno nie troską o wiarygodność instytucji, którą kieruje. Ani troską o wiarygodność zawodu dziennikarza. Chcąc ją ratować, autorka materiału oraz wydawca i dziennikarz prowadzący program poszli na urlop – ale ich demonstracja jest raczej gestem bezsilności. W końcu nie jest powiedziane, że za tydzień nie zdarzy się coś podobnego. 

  
Michał Okoński

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 7, 17 lutego 2002

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze


Medytacja Biblijna
 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl