Strusie a sprawa ubezpieczeń

MICHAŁ KOMAR

 

Ponieważ nikt mnie nie chwali, to sam to zrobię, przy czym pochwała nie będzie dotyczyć ani mej urody, ani wdzięku, ani innych cnót. Pochwała dotyczyć będzie mej niepospolitej przenikliwości ekonomicznej. Na początku bowiem lat 90. XX wieku, w czasach wielkich reform dokonywanych przez Leszka Balcerowicza, przedstawiłem na łamach „Życia Warszawy” artykuł pt. „Business-plan dla Polski”. Był to krótki traktat, zachęcający rzesze naszych hodowców bydła i nierogacizny do szybkiej restrukturyzacji gospodarstw i przestawienia ich na produkcję charakteryzującą się zdecydowanie niższymi kosztami, wyższymi wskaźnikami rentowności i zgoła niebotycznymi możliwościami eksportowymi, w tym także do USA. Po mojej publikacji otrzymałem kilkanaście listów od hodowców zainteresowanych podjęciem śmiałej inicjatywy; prosili o szczegółowe instrukcje, które im natychmiast zostały dostarczone w formie feasibility studies.
Szło mianowicie o hodowlę strusi (Struthio camelus), na które popyt w krajach postindustrialnych rósł wtedy z dnia na dzień. Młody osobnik kosztował siedem tysięcy dolarów, osobnik dorosły dwadzieścia pięć tysięcy. Mięso zdrowe i smaczne, pozbawione cholesterolu – z jednego osobnika można uzyskać 50 kg. Ze skóry wytwarza się eleganckie torebki, portfele i damskie obuwie. Koszty hodowli są skromne. Wystarczy kurnik o wysokości 280 cm, hektarowy wybieg, trochę lucerny, kapusty, granulatu zbożowego i zgniłych ziemniaków. Optymalne stado składa się z samca i dwóch kur. Jedna kura może złożyć w ciągu roku do stu jaj. Jajo strusie kosztowało wtedy w Europie około 200 marek niemieckich. Strusie żyją siedemdziesiąt lat i są pełne wigoru. Przy inwestycji nie przekraczającej trzydziestu tysięcy dolarów, z dwóch kur i jednego samca można w ciągu 50 lat uzyskać dwa miliony marek w samych jajach, nie licząc wpływów ze sprzedaży mięsa, skóry oraz piór, które znajdują zastosowanie w operetkach i przemyśle elektronicznym.
Tak pisałem przed laty... Dziś, w czwartek, 7 lutego 2002 roku mogę śmiało stwierdzić: polska hodowla strusia stoi na mocnych nogach! Czy kto słyszał, żeby jakiś rolnik hodujący tego ptaka zbankrutował, nie spłacił kredytów, został posłem? Więcej: biorąc wzór z polskiego przykładu, do hodowli strusia zabrali się też przodujący farmerzy rosyjscy w okolicach Moskwy – rezygnując (jak informuje prasa i telewizja) z ryzykownej w rosyjskich warunkach hodowli byków na corridę. Nie wyciągam ręki po doktorat honoris causa mej macierzystej SGH (SGPiS), nie chcę od nikogo nagród i orderów. Chcę tylko, by pamiętano, że byłem pierwszy!
Na podstawie powyższego czuję się upoważniony do zabrania głosu w sprawie rządowego projektu nowelizacji ustawy o ubezpieczeniu zdrowotnym, zgodnie z którym sprawca wypadku samochodowego będzie płacił za leczenie poszkodowanych z komunikacyjnej polisy OC. Ujmując rzecz dokładniej: idzie o podwyższenie stawek OC nie tyle dla sprawców wypadków (bo póki co Polska nie dysponuje rejestrującym takie zdarzenia centralnym systemem informatycznym), ile dla wszystkich kierowców, przedsiębiorstw oraz urzędów terenowych i centralnych będących użytkownikami pojazdów mechanicznych. Jest to zgodne z zasadą sprawiedliwości społecznej, na podstawie której można domniemywać, że – primo – człowiek bogaty ma samochód (kilka samochodów) w przeciwieństwie do człowieka ubogiego, który samochodu nie ma, secundo – człowiek bogaty zmuszony do zapłacenia podwyższonej stawki OC nie będzie tracił czasu na organizowanie blokad i demonstracji, tylko pójdzie do kasy i zapłaci, a nawet jeśli nie zapłaci, to się go złapie i naśle nań komornika. Życie (praktyka społeczna) ma jednak to do siebie, że jest bardziej skomplikowane niż najbardziej wymyślne marzenie ministra, a nawet całej rady ministrów. Nie wchodząc w żmudne analizy i przeliczenia, a mógłbym, daję słowo, jakbym się zaparł, mógłbym! – pragnę tylko przypomnieć o statystycznie istotnym wzroście ilości wypadków, których sprawcami są piesi.
Co zrobić z pieszymi? Dopóki państwo nie posiada centralnego rejestru pojazdów (projekt obalono w 1997 roku – siłą zainteresowanych posłów i innych działaczy rządowych*), dopóki nie ma w Polsce centralnego rejestru szkód – wszyscy piesi powinni być obłożeni obowiązkową opłatą z tytułu komunikacyjnej OC, przy czym wysokość stawek należy powiązać z takimi kryteriami, jak miejsce zamieszkania (położenie w stosunku do dróg, po których poruszają się pojazdy mechaniczne), wiek, płeć, wykształcenie, skłonność do używania alkoholu i innych środków odurzających itp. Jakich korzyści winniśmy się spodziewać z obłożenie pieszych opłatą OC? Po pierwsze – wpływu znacznych środków do Skarbu Państwa. Po drugie – uruchomienia znacznej armii urzędników zajmujących się przygotowaniem procedur, poborem opłaty i ściganiem uchylających się od niej (ograniczenie bezrobocia). Po trzecie – zaspokojenia potrzeb finansowych służby zdrowia, i to z nadwyżką. Po czwarte – skierowania części tej nadwyżki do budżetu ministra kultury, a to w celu sfinansowania filmów, książek, czasopism i paru jeszcze innych celów statutowych, a także na kawę do wypicia z artystami.
Dla zadośćuczynienia zaś zasadzie sprawiedliwości społecznej – ci kierowcy (właściciele) samochodów, którzy niekiedy chodzą pieszo, winni być obłożeni opłatą w potrójnej wysokości.

Michał Komar 



* projekt – o zupełnie sensownych założeniach – został zgłoszony przez menadżerów związanych z SLD; obalano go rękoma działaczy AWS. Głupio, bezwstydnie – uniemożliwiono bowiem w ten sposób utworzenie systemu wykrywającego rejestrację samochodów skradzionych. Złośliwi twierdzili wówczas (co przekazuję dla przypomnienia ducha epoki), że: „podczas gdy »czerwoni« tak się już nachapali, że stać ich na legalny zakup drogiego samochodu, to »awuesiaków« stać tylko na kupno tańszego pojazdu od złodzieja i dlatego postanowili uwalić sprawę rejestru”.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl