Votum separatum

Podobne do życia

JÓZEFA HENNELOWA

 

Zaczęło się od Matysiaków i Jezioran, słuchowisk cotygodniowych, z którymi zaprzyjaźniały się miliony Polaków w PRL, chociaż w scenariuszu życiowym bohaterów z Dobrej i owej umownej wsi tylko częściowo odnajdować mogli swoje życie, jako że cenzura czuwała. To zresztą było całkiem ciekawe: obserwować, jak luz cenzurowy zaczyna dopuszczać realia dotąd zakazane i jak ci sami ludzie w pewnym momencie okazują się praktykującymi katolikami, obchodzą święta, zauważają rocznice, ba, zaczynają komentować niektóre bodaj wydarzenia. To samo działo się później w pierwszych telewizyjnych serialach czy telenowelach: nagle w scenariuszach pojawiać się zaczęli na przykład byli kombatanci czy byli więźniowie czasów stalinowskich, a dzieci w laickich dotąd rodzinach szykowały się do Pierwszej Komunii albo do ślubu kościelnego.
Im głębiej w okres „normalności”, tym podobniejsze do życia powinny być te opowiadane odbiorcom coraz częściej i gęściej ulubione historie, których końca nie tylko nikt nie wypatruje, ale na których zakończenie pewnie by się gremialnie zgodzić nie chciano. Zastanawiam się, czy o powodzeniu ich wszystkich w większym stopniu decyduje to właśnie, co z własnego życia widz w danym odcinku odnajduje, czy przeciwnie – baśniowość ich poetyki, to że z każdego kryzysu znajduje się jednak wyjście, choroby szybko się kończą, pieniędzy brakuje o tyle rzadziej niż w życiu, ba, sama estetyka wnętrz i aparycji bohaterów, niby to realnych, o kilkaset procent przewyższa to, co znamy z rzeczywistości. Bajka więc nas pociesza, czy solidarność losowa umacnia? Wściekamy się na nieprawdziwość kolejnych meandrów akcji albo psychiki oglądanych ulubieńców, czy przeciwnie, chcemy, żeby u nich przynajmniej było tak, jak nam w życiu prawdziwym raczej się nie zdarza? Sądzę, że twórcy owych telenowel i seriali nieustannie żonglują obu tymi reakcjami odbiorców i że osiągają w tym spore mistrzostwo.
Szczególnie interesujące jest to, co dzieje się od pewnego czasu w serialu „Plebania”. Dopiero niedawno dowiedziałam się, iż konsultantem tego serialu jest mój długoletni korespondent tygodnikowy ksiądz proboszcz Stanisław Bartmiński z Krasiczyna (nb. redaktor jednej z najciekawszych gazetek parafialnych „Wieści Krasiczyńskich”). Teraz rozumiem, dlaczego tak długo bez wpadki, owszem, coraz ciekawiej rysują się sylwetki obu księży z serialu, proboszcza i wikarego, co przecież w tego typu utworze, goniącym przede wszystkim za sensacją po to, by emocje nie gasły z odcinka na odcinek i by zawsze kończyć pewnym nowym napięciem, niemal nieuchronnie naraża na podfałszowywanie postaci kapłanów. A przecież tu ani granic, ani prawdopodobieństwa przekraczać się nie godzi. To ma być przecież parafia nie z księżyca, lecz z obecnych polskich kresów i to parafia wiejska. Tak mi się zdaje, że ksiądz proboszcz jako konsultant musi wiele bojów staczać z twórcami serialu o to, by więcej prawdy o takiej właśnie polskiej i religijnej rzeczywistości obronić, nie pozwalając zdominować kolejnych epizodów ulubionymi przez wielu wątkami kryminalnymi czy sensacyjnymi, które nazbyt rozrośnięte, stworzyłyby z „Plebanii” karykaturę. Zdarzają się sukcesy, przy których właśnie o konsultancie myśli się z prawdziwą wdzięcznością. Taki jest – za szczupły! – wątek katechizowanych dzieci, wątek pogardzanego we wsi „głupiego” Romusia, wierzącego z żarliwą autentycznością, czy wątek rodziny próbującej szukać ocalenia od alkoholizmu ojca. Oby tak dalej.



PS. Przy okazji warto zanotować, że w numerach „Wieści Krasiczyńskich” figurują rubryki i działy, które tak bardzo przydałyby się w każdej gazetce parafialnej: rozliczenia z ofiar kolędowych, z remontów kościoła, z powinności parafian w sprzątaniu świątyni i pomaganiu księżom w odwiedzinach okolicznych wsi. Wspólnota przebija w ten sposób nie tylko z rozważań i wieści budujących, lecz z najzwyklejszej prozy.


Józefa Hennelowa 



 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl