O wszystkim

Rojenia szalonej głowy

ANDRZEJ DOBOSZ

 

Gdy już, dzięki dochodom z „Rejsu 2”, staniemy się polską klasą średnią, część naszych zasobów moglibyśmy – ostrożnie – inwestować w przedsięwzięcia niekonwencjonalne. Ja, który od paru lat nie mam szczęśliwie w domu telewizora, wyobraziłem sobie nawet telewizję, którą gotów byłbym oglądać. Jej program byłby nadawany jedynie w soboty, powiedzmy od dziesiątej rano do dziesiątej wieczór, i w niedziele od południa, także do dziesiątej. Byłby to program nadawany na żywo, bez seriali, filmów, transmisji sportowych, a nade wszystko bez dzienników. Jeśli kogoś interesują wydarzenia polityczne, i tak nie obejdzie się bez lektury gazety (w moim przypadku jest to „Rzeczpospolita”).
W telewizorze chciałbym oglądać rzeczy całkiem zwyczajne, jednak w wersji doskonałej. O poranku jestem gotów patrzeć, jak Andrzej Łapicki wybiera i wiąże krawat i przy okazji mówi, jakiej możemy się spodziewać pogody w ciągu najbliższych godzin i dni. W piękny dzień wiosenny – gdyby coś mnie zatrzymało w domu – chętnie bym się przysłuchiwał rozmowie, którą prowadzi na spacerze w Łazienkach Erwin Axer z Ewą Starowieyską, Jerzym Timoszewiczem i jego żoną. A potem siostra Anastazja, autorka bestselleru Wydawnictwa Apostolstwa Modlitwy, rozłożyłaby na stole produkty do swego sto czwartego ciasta. Potem, gdy oboje z żoną pogłębilibyśmy naszą wiedzę kulinarną, ja byłbym gotów wysłuchać lekcji matematyki. Ponieważ nic nie zapowiadało, że pragnę zostać inżynierem, nie czyniono mi z tego przedmiotu szczególnych trudności na maturze. Teraz jednak rad bym móc odpowiadać na pytania mego syna. A po dobrze prowadzonej lekcji Maja Komorowska może zechciałaby opowiedzieć, co widziała ostatnio w Paryżu, gdzie występowała z ogromnym powodzeniem w spektaklu Krystiana Lupy. 
Po Mai Komorowskiej lubiłbym zobaczyć p. Wiktora Świętka z ulicy Lwowskiej, przystępującego do krojenia klap nowej marynarki. Jeśli marynarka u pana Świętka, to konferencja na temat spodni u pana Mystkowskiego na Belgijskiej. A między jedną a drugą, skoro Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski, wyszukując wciąż nowe osoby, z każdą rozmawiają raz tylko, ich dotychczasowi rozmówcy mogliby się spotkać między sobą. Bohdan Paczowski znalazłby z pewnością wspólny język z profesor Barbarą Skargą. Ja gotów byłbym prasować koszulę lub czyścić buty, bo lubię i umiem to akurat robić dobrze. Kwestia klap zasługuje na kilka minut uwagi. Jacka Woźniakowskiego słuchałbym tak długo, jak tylko zechce mówić.
Oczywiście byłoby tylko złudzeniem przypuszczać, że program może być rzeczywiście nadawany na żywo. Materiały trzeba by rejestrować przez wszystkie pozostałe dni tygodnia, oczyszczać z wielu, choć nie wszystkich chrząknięć i pauz, gdy się zastanawiamy. Sztuką byłoby też, kształtując dramaturgię, zestawienie rzeczy pozornie błahych z ważnymi.
Nie byłoby też żadnych reklam. W czasach, gdy jeszcze mieliśmy aparat, śledziłem reklamy, by wstrzymywać się od nabywania produktów reklamowanych. Sądzę jednak, że lepiej wyrzucić kilka groszy więcej na jakiś proszek do prania, bez świadomości, że się uczestniczy w kosztach jego propagowania, niż tracić czas na oglądanie ostrzeżeń. Nie sprzedając reklam, nasza telewizja nie musiałaby wydawać pieniędzy na badania oglądalności. I tak wydawałyby je stacje komercyjne. Gdyby okazało się, iż zmniejsza się ich publiczność, moglibyśmy się wreszcie policzyć. My z naszymi przyjaciółmi i ludźmi, których jeszcze nie znamy, ale których chcielibyśmy poznać, podobnymi do nas, ale może od nas ciekawszymi.
Póki takiej telewizji jeszcze nie ma, warto przynajmniej już zacząć przy pomocy środków własnych rejestrować sceny z życia codziennego i umysłowego. Jakżebym chciał móc pokazać memu synowi film z Janem Józefem Lipskim mówiącym nie o KOR-ze, ale o Mironie Białoszewskim albo o warszawskich felietonistach XIX wieku.

Andrzej Dobosz

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl