19 lutego Władysław Bartoszewski kończy 80 lat

Pół wieku życia w teczkach opisane

Opowieści prof. WŁADYSŁAWA BARTOSZEWSKIEGO wysłuchał KRZYSZTOF BURNETKO

 

Pierwszy dokument w moich teczkach pochodzi z września 1945 r. Ostatni: z końca roku 1989. Przez 44 lata byłem więc obiektem rozpracowań komunistycznych służb specjalnych. Najpierw Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a potem różnych departamentów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych: II, czyli zajmującego się wywiadem, III – od opozycji i IV – od Kościoła. Albo wymiennie, albo naraz. I przez te wszystkie dziesięciolecia – aż do upadku systemu w 1989 r. – byłem wrogiem najwyższej kategorii. 

Jak dotąd Instytut Pamięci Narodowej zdołał zgromadzić 15 metrów bieżących – czyli na sztorc ustawionych teczek – akt sygnowanych „Bartoszewski”. 
Z tego zasobu prezes Instytutu Pamięci Narodowej prof. Leon Kieres przekazał mi na razie metr. Dziesiątki miejsc w kserokopiach jest – zgodnie z wymogami ustawy – zamazanych. Zaczernione są nazwiska osób, które przewijały się w prowadzonych przeciwko mnie sprawach, oficerów bezpieki, którzy je prowadzili, tych, którzy na mnie donosili, sędziów, którzy mnie skazali. Naturalnie, w wielu przypadkach bez trudu można je odtworzyć. 

Na udostępnianie teczek, czyli materiałów dotyczących inwigilacji, prowokacji i terroru wobec tych, których komunistyczna władza uznała za wrogów, patrzę jako jeden ze świadków i zarazem jedna z licznych ofiar tego systemu. Nie jestem pod żadnym względem ofiarą wyjątkową. Wielu ludzi straciło życie – to oczywiście ofiary szczególne. Inni wskutek bicia czy terroru psychicznego stracili zdrowie. 
Od wielu ofiar różni mnie po pierwsze to, że czas komunizmu przetrwałem w niezłej formie fizycznej i psychicznej. Po drugie, przez wszystkie te lata wiedziałem, że jestem konsekwentnie ścigany przez władze. Ta świadomość była niewielkim, ale jednak pewnym atutem w pojedynku z tymi, którzy mnie ścigali. Inaczej przecież zachowuje się człowiek, który ma pojęcie o zagrożeniu, niż ten, który się go nie spodziewa. Po trzecie, przez dziesiątki lat zawodowo zajmowałem się historią najnowszą Polski. Dawało to specyficzne nastawienie: mogłem profesjonalnie rejestrować fakty, oceniać je i wyciągać wnioski. I to dawało mi przewagę nad inwigilującymi mnie funkcjonariuszami. Pomocna oczywiście okazała się i formacja, w jakiej dojrzewałem, i ludzie, których miałem szczęście spotkać. Byliśmy wychowywani w przywiązaniu do państwa polskiego, które było wielką wartością, w poczuciu interesu społecznego, aczkolwiek w oderwaniu od jakiegoś tokowania o ojczyźnie. Nie przypominam sobie na przykład, żebym w latach szkolnych w rozmowie z jakimś kolegą użył słowa „ojczyzna”. Stuknąłby się w czoło. O czymś takim się nie mówiło, to było oczywistością. Darem losu było, że moimi nauczycielami w gimnazjum byli tacy księża, jak Roman Archutowski czy Julian Chruścicki, a potem nauczycielem w innym sensie, pozaszkolnym – Jan Zieja. Bo nie tylko nauczyli mnie, co jest w życiu cenne, ale pomogli i w taki sposób, że w trudnych momentach do podjęcia właściwej decyzji wystarczyło zastanowić się, co oni by zrobili w tej sytuacji.
I wreszcie, co najważniejsze, miałem doświadczenie okresu wojennego. Siedem miesięcy byłem w obozie w Oświęcimiu, gdzie tylko trzeźwe zachowanie dawało choćby minimalną szansę na przeżycie. Potem zaś poszedłem do konspiracji. I wiedziałem, że jeżeli wpadnę w ręce Niemców, to mnie ze skóry obedrą. A jedynym sposobem na uratowanie tej skóry było zachowanie wszystkich reguł gry. 
Podczas wojny służyłem bowiem w dość elitarnej formacji – w Wydziale Informacji Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK. Zajmował się on m.in. tzw. białym wywiadem, a więc działalnością do dziś nieocenioną w pracy wywiadowczej. Naturalnie struktury AK miały też pion tradycyjnego wywiadu – Oddział II Sztabu; pracowali w nim zawodowcy z przedwojennej „Dwójki”. W przeciwieństwie do nich nasz pion nie zbierał jednak informacji wojskowych, lecz polityczne. Analizowaliśmy nastroje społeczne, poglądy poszczególnych – tak lewicowych, jak prawicowych – podziemnych ugrupowań politycznych, ich stosunek do AK i dowództwa w Londynie, ruchy frakcyjne, publicystykę prasy podziemnej itd. 
Wtedy to zostałem gruntownie przeszkolony nie tylko odnośnie do reguł obowiązujących w konspiracji: nauczono mnie też interpretowania faktów oraz myślenia w kategoriach politycznych i historycznych. Moimi szefami byli tam Kazimierz Ostrowski, doświadczony działacz społeczny i polityczny jeszcze z II RP, a po wojnie znany krakowski adwokat, Aleksander Gieysztor, potem znakomity historyk, czy Eugeniusz Czarnowski, jeden z twórców Wydziału, po wojnie, jako działacz Rady Jedności Narodowej, sądzony w procesie „16” w Moskwie. Miałem wtedy niewiele ponad dwadzieścia lat i traktowałem ich wszystkich jako wielkie autorytety. Wtedy bowiem ludzie młodzi nie zakładali z góry, że jeśli ktoś jest starszy, to nie może mieć racji. Przeciwnie: zakładano, że jak jest stary, to może jest i uciążliwy, może jest i dziwakiem, może czasem irytuje, ale pewnie ma trochę cennego doświadczenia, które warto wykorzystać. Gieysztor był tylko 6 lat starszy ode mnie, ale dla mnie był kolosalnym autorytetem. Ostrowski był starszy o 15 lat – to już prawie pokolenie, ale nie uważałem go za zwapniałego dziadka, lecz starszego kolegę i szefa, od którego można się wiele nauczyć. 
Co więcej, od zimy 1942/43 zajmowałem się równocześnie w departamencie spraw wewnętrznych Delegatury Rządu na Kraj inną specjalną dziedziną: kwestią eksterminacji Żydów i terroru stosowanego przez okupanta wobec Polaków. I w tych sprawach byłem szkolony, miałem dostęp do relacji świadków i ofiar. Znałem więc dobrze chwyty stosowane podczas śledztw oraz zachowania w więzieniach i obozach. Przydało mi się to, kiedy podobnych metod zaczęła używać inna wroga władza – bo tak traktowałem ekipę reprezentującą interes sowiecki w Polsce. Mnie nie dziwiło, że można bez powodu robić rewizje, bić podczas przesłuchań, stosować prowokacje. Ani, że ktoś, kto przypadkowo wejdzie do podejrzanego mieszkania, może trafić na miesiące do więzienia i być obwiniany o nie wiadomo co. Oczywiście, czym innym jest o czymś wiedzieć, a czym innym to przeżyć. Los jednak chciał, że sam bardzo wcześnie stałem się obiektem takich praktyk. 

Był czerwiec 1945 r. Parę tygodni wcześniej – pod koniec lutego – wróciłem do Warszawy z Krakowa, gdzie przeżyłem zmianę władzy z hitlerowskiej na sowiecką i ludowo-polską. W Krakowie pracowałem w centralnym organie prasowym AK – „Biuletynie Informacyjnym”, wznowionym tutaj po Powstaniu Warszawskim. Byłem sekretarzem redakcji, najbliższym współpracownikiem redaktora naczelnego, którym w miejsce Aleksandra Kamińskiego został znany później uczony Kazimierz Kumaniecki. Po przyjeździe do Warszawy zacząłem pracować w założonej na początku kwietnia Delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj. Moim przełożonym był wtedy Kazimierz Moczarski. Ale pętla zaczęła się już zaciskać. Właśnie w końcu czerwca wpadłem po raz pierwszy: wszedłem w „kocioł” założony na Mickiewicza 27, w jednym z dużych żoliborskich bloków. W tzw. kołchozie gnieździło się kilka rodzin – oraz ja. Ubecja szukała kogoś innego i wprawdzie przetrzymali mnie kilka dni, ale udało mi się wyprowadzić ich w pole. Kiedy zapytali o życiorys, powiedziałem, że byłem w czasie wojny w Warszawie. – A nie byliście w AK? – Nie. – Dlaczego? – Bo się bałem. – To wy jesteście tchórz, a nie patriota. – Pewnie tak. 
Puścili mnie. Kiedy jednak 11 sierpnia 1945 r. aresztowali Moczarskiego, środowisko musiało być już w dużej części rozpracowane. We wrześniu przyszli ponownie – tym razem już po mnie. Na szczęście byłem wtedy u ojca w Łodzi, wracałem właśnie i na podwórku jakaś nieznana mi kobieta szepnęła, że coś się dzieje na klatce schodowej, w której mieszkam. Zawróciłem na pięcie. Czekali na mnie kilka dni, po czym zarekwirowali biurko, szafę biblioteczną, fortepian (nota bene nie moje meble, tylko właścicielki mieszkania, sam przecież nic wtedy nie miałem), a także stolik, kredens, stół i wieszak. Znaleźli też skrytkę w podłodze pod tapczanem, a w niej materiały świadczące o mojej działalności w AK – tak podczas wojny, jak i już w 1945 r. Była tam m.in. bibułka z moim awansem i odznaczeniem. 
Właśnie protokół z tej rewizji z 5 września 1945 r. jest pierwszym dokumentem w moich teczkach. 

Jako że wszystko stało się jasne, a pojawiła się właśnie możliwość tzw. ujawnienia, więc postanowiłem użyć tego fortelu, zwłaszcza że zgłoszenie się do Komisji Likwidacyjnej AK pozwalało wedle prawa na odmowę zeznań. 10 października 1945 r. poszedłem więc do gmachu BGK, gdzie urzędowała Komisja i zarejestrowałem się jako były AK-owiec. 
Władze jednak nie popuściły: parę dni później, 21 października, wezwano mnie na świadka do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w nieokreślonej bliżej sprawie. Nie miałem doświadczenia prawniczego i nie wiedziałem, że mogę odmówić odpowiedzi na pytania. Zeznając starałem się jednak nikomu nie zaszkodzić: jeżeli wymieniałem jakieś nazwiska, to osób i tak już im znanych, które już siedziały. Spośród swoich dawnych szefów wymieniłem więc jedynie Rzepeckiego i Moczarskiego. 
W styczniu 1946 r. zacząłem pracować w PSL-owskiej „Gazecie Ludowej”. Moimi zwierzchnikami byli: redaktor Witold Giełżyński, przed wojną rektor Wyższej Szkoły Dziennikarskiej w Warszawie, oraz naczelny pisma Zygmunt Augustyński. W lutym 1946 roku wstąpiłem do PSL. Choć dotąd nie miałem związków z Ruchem Ludowym, to mój ojciec był synem chłopskim, a w PSL miałem wielu znajomych. Ponadto PSL traktowałem jako jedyne miejsce, w którym można spróbować zrobić coś sensownego dla Polski – zwłaszcza, że Stronnictwo miało masowe poparcie i pewnego rodzaju autoryzację ówczesnego brytyjskiego premiera Winstona Churchilla. Ludowcy z PSL Witosa i Mikołajczyka stali bowiem na stanowisku demokratycznym, antytotalitarnym, ale realistycznym – co było zawsze cechą chłopów polskich. Byli przeciwnikami działań konspiracyjnych, lecz zwolennikami organicznego budowania samorządnego społeczeństwa, wyznawcami tradycji pracy społecznej, ideowej, dokształcania się, uniwersytetów ludowych itd. Wiedziałem, że w PSL spotkam ludzi, którzy nie chcą podlegać marksistowsko-leninowskiej władzy przysłanej z Moskwy. Przynależność ta dawała się też pogodzić z moim światopoglądem katolickim. Rychło zostałem członkiem Zarządu Powiatowego PSL Warszawa-Śródmieście. Pracowałem w Wydziale Prasy i Propagandy Stronnictwa. Moimi partyjnymi szefami byli: prezes Zarządu Stołecznego PSL Stefan Korboński oraz kierownik Wydziału Prasy Naczelnego Komitetu Wykonawczego Kazimierz Bagiński, skądinąd też oskarżony w procesie „16” w Moskwie. 
Pomimo jednak, że byłem działaczem legalnej partii, do której należał m.in. wicepremier rządu, 15 listopada 1946 r. zostałem aresztowany i to na półtora roku. Cały ten czas usiłowano znaleźć na mnie taki paragraf, który by nie dotyczył mojej pracy w PSL – bo sytuacja była niezręczna – ale jednak pozwalał trzymać mnie za kratami. To się nie udało, bo byłem na tyle dobrze wychowany politycznie, że powściągałem się zawsze w mówieniu rzeczy niepotrzebnych. Na dodatek pewna umiejętność analizy faktów sprawiła, że liczyłem na długofalową konspirację. 
Jednak – jak wynika m.in. z przekazanych mi aktów Ministerstwa Bezpieczeństwa – władze były zainteresowane właśnie moją działalnością partyjną. W teczkach są bowiem nie tylko dokumenty na temat mojej wojennej działalności w KG AK, ale też pracy dziennikarza „Gazety Ludowej” oraz roli w aparacie PSL. Tego dotyczyły pytania podczas przesłuchań – a odnalazły się protokoły wszystkich moich zeznań z tego czasu oraz protokoły różnych zeznań o mnie; tu są już braki, bo wiem o paru innych osobach indagowanych. 
Zabawne zresztą, że jeśli już pytali o AK, to usiłowali omijać temat mojego zaangażowania w pracę Żegoty, czyli Rady Pomocy Żydom. To była niewygodna karta. Także dlatego, że w chwili aresztowania byłem członkiem zarządu Ogólnopolskiej Ligi do Walki z Rasizmem, utworzonej w marcu 1946 roku, w której władzach zasiadało też kilku polityków z różnych stronnictw obozu lubelskiego, tak Polaków, jak Żydów. Jednym z działaczy Ligi był nadto Adolf Berman, rodzony brat Jakuba, ówczesnego nadzorcy bezpieki z ramienia partii.
Po półtora roku śledztwo umorzono i w kwietniu 1948 r. wyszedłem na wolność. Wręczono mi jedynie „Kartę zwolnienia więźnia śledczego”, do końca nie precyzując na piśmie zarzutów i nie dając żadnego końcowego dokumentu do przeczytania czy podpisania. 

Historia ta jest kolejnym argumentem przeciwko stereotypowemu przekonaniu, że tzw. stalinizm zaczął się w Polsce dopiero ok. 1949 r. Totalitarnych, stalinowskich metod używano od momentu wkroczenia Sowietów i ich polskich popleczników na ziemie polskie. Rzutuje to też na ocenę ówczesnego I sekretarza PPR Władysława Gomułki: to za jego rządów władza krwawo porachowała się z AK, Batalionami Chłopskimi, niezależnie myślącymi ludowcami i wolnościowymi socjalistami z WRN oraz ograniczyła prawa Kościoła. Późniejsze perturbacje wokół Gomułki i jego ocena z punktu widzenia doktryny marksistowsko-leninowskiej nie muszą nas interesować. Z punktu widzenia historii narodu polskiego ważne jest, że terror w Polsce zaprowadzono już w 1945 r., kiedy to zlikwidowano wszelkie próby działania niezależnego: zarówno politycznego – w postaci PSL czy Stronnictwa Pracy, jak akademickiego, samorządowego itd. Nie było tak, że stalinizm zaczął się dopiero w 1949 r., a wcześniej było „nienajgorzej”. Narodziny systemu władzy nastąpiły już wtedy.

Z teczek wynika, że i po zwolnieniu bezpieka nie zaprzestała inwigilacji. Z tego okresu dokumentów jest jednak niewiele: tylko jakieś wyrywkowe obserwacje. Na tzw. wolności miałem trudności ze zdobyciem pracy: nikt nie chciał ze mną rozmawiać bez jakiegoś poparcia, a poparcia nie miałem, bo nie chciałem iść na ugodę z władzą. A jak już udało mi się znaleźć jakieś zatrudnienie, to szybko je traciłem – bez wątpienia za sprawą interwencji MBP właśnie. Wyrzucili mnie nawet z biura Centralnego Zarządu Przemysłu Drzewnego, choć zajmowałem się tam jedynie produkcją desek klozetowych i kijów do szczotek.

14 grudnia 1949 r. zostałem kolejny raz aresztowany: tym razem jednak posiedziałem 5 lat. Z tego okresu dokumentacja jest nadzwyczaj obszerna: tak z dwuipółrocznego śledztwa, jak z więzienia, do którego trafiłem za rzekome szpiegostwo. Żeby było pikantniej, akt oskarżenia przeciw mnie zatwierdziła własnoręcznie 21 maja 1952 r. płk Helena Wolińska, stwierdzając – jako czynnik nadzorczy – jego zasadność.
Zarzutem objęto czyny wyłącznie z okresu przed ujawnieniem w 1945 roku, które zakwalifikowano jako szpiegowskie. Głównym sprawcą mego nieszczęścia był pan Adam G. z Poznania, wtedy student medycyny, który złożył obszerne, obciążające mnie, a nieprawdziwe, zeznania. Prawdopodobnie chciał w ten sposób uzyskać szansę na zwolnienie z aresztu. Odmówiono mi konfrontacji z nim, ale to głównie na podstawie jego zeznań dostałem 8 lat więzienia za rzekome szpiegostwo. W teczkach są zapisy tych jego opowieści; część z nich już znałem, bo czytałem je podczas procesu. 
Wśród dokumentów jest też doniesienie z 18 listopada 1949 r., które stało się podstawą mojego aresztowania. Czyste bzdury: jakieś ubeckie źródło stwierdza, że [pisownia oryginału – KB] „Bartoszewski Władysław, b. zaufany człowiek Mikołajczyka (...) w rozmowach namawiał mnie do wyjazdu za granicę, twierdząc, że sytuacja w kraju będzie coraz ostrzejsza, że dla nas niema tu wyjścia. Mówił mi, że nawiązał jakoby kontakt z Mikołajczykiem zagranicą, ma tam zapewniony przez niego byt i warunki materialne, chodzi tylko o to, żeby się tam przedostać. W tej chwili jest w trakcie likwidacji swoich spraw osobistych w kraju i przygotowuje się do ucieczki. Jestem zdania, że przerzut, który sobie zapewnił jest pewny na 100%. Zamierza wyjechać najdalej w ciągu dwóch, trzech tygodni. Jedzie z żoną, prócz nich chce jechać jakaś trzecia osoba, ale nie wyjawił nazwiska. Akcja prowadzona jest raczej z tamtej strony, z zagranicy”. 
Ubecy opatrzyli donos uwagą: „Doniesienie jest prawdopodobne” i zlecili wzięcie mnie pod obserwację. Tymczasem były to wyssane z palca bzdury: żadnego kontaktu z Mikołajczykiem nie miałem, nie mówiąc już o pomyśle ucieczki z kraju. Nikogo też nie namawiałem do wyjazdu.
Jest też w teczkach wiele dokumentów o więźniu Bartoszewskim. Z paru jestem dumny. Oto na przykład w jednej z notatek służbowych z rozmów z więźniem Bartoszewskim, oficer specjalny stwierdza: „Bartoszewski bardzo żywo interesuje się X Pawilonem [miejsce w mokotowskim areszcie MBP, w którym przetrzymywano w śledztwie więźniów politycznych – KB] i zbiera wiadomości o aresztowanych i metodach postępowania na tym Pawilonie. Świadczy to o tym, że choć nigdy uwag swych nie zapisuje, lecz z myślą, że gdy warunki się zmienią będzie miał o czym pisać”. Albo doniesienie z celi z 17 marca 1953, a więc kilka dni po śmierci Stalina: „Bartoszewski z nienawiścią wyraża się o pracownikach aparatu Bezpieczeństwa publicznego jest chodzącą encyklopedią różnych spraw, mówi o szeregu ludzi z którymi siedział. Obszernie mówi o sposobach śledztwa, o tymże nastąpiła zmiana w metodach po ogłoszeniu za granicą książki o X-tym pawilonie itd. Interesuje się wszystkimi wydarzeniami (...) w więzieniu (...). Ostatnio usłyszałem fragment jednej z rozmów, w której wyżej wymieniony zastanawiali się nad zmianą polityki radzieckiej po śmierci J.W. Stalina i nad ewentualnościami przyspieszenia wojny, w której widzą swe wybawienie. Bartoszewski w rozmowie ze mną powiedział, że liczy na pomoc prezesa Sądu Okręgowego [nazwisko zaczernione – KB], której wyświadczył szereg grzeczności w czasie okupacji i która obiecała żonie Bartoszewskiego, że poprze jej podanie o łaskę. Zarówno Bartoszewski jak i [nazwisko zaczernione – KB] opowiadają o warunkach we Wronkach i Rawiczu jako o potwornym znęcaniu się nad ludźmi, że istnieją tam oddziały wykonczalnie, gdzie stale się otwiera okna po to, by ludzi zaziębić itd. Informator [nazwisko zaczernione – KB]”

Więzienie umocniło we mnie przekonanie, że ludzi nie powinno się oceniać wedle ich sympatii politycznych, tylko według ich prawości i oddania sprawie społeczeństwa i państwa. Dziś też nie patrzę w sposób skrajny na takie czy inne błędy i meandry życiorysów. Mnie uchronił Bóg. Osadzono mnie na tyle lat, że nie mogłem ulec żadnym pokusom, bo w warunkach więziennych można być albo człowiekiem uczciwym, albo zdrajcą. Pośredniej drogi właściwie nie ma. Natomiast w warunkach tzw. wolności człowiekiem mogły różne pokusy owładnąć: choćby częściowego dostosowania się, tak na dwie trzecie albo na trzy czwarte. Tego w więzieniu nie było: kraty polaryzowały. Mam na myśli politycznych. Nadto tam wcześniejsze podziały przestawały być ważne. Siedziałem z socjalistami, z ludźmi od „Ognia”, członkami Narodowych Sił Zbrojnych i Brygady Świętokrzyskiej, z przedwojennymi oficerami wywiadu, sędziami i prokuratorami, z księżmi katolickimi, z harcerzami, z ludowcami, z piłsudczykami, z oficerami rezerwy i zawodowymi, z działaczami politycznymi i społecznymi, z ludźmi przedwojennego aparatu państwowego i z takimi, którzy mając lat 16, 17 powiedzieli w szkole coś z serca ostrego o Stalinie czy o Sowietach. To nauczyło mnie, i to do dziś przy lekturze tych teczek odczuwam, spokojnego osądu, poszukiwania motywacji ludzkiej, rozróżnienia, gdzie była wola zdrady, nikczemność, a gdzie tylko słabość. I, co równie ważne, spotkałem wśród moich politycznych towarzyszy niedoli także pewien procent ludzi mających odchylenia psychiczne. Odtąd wiem, że sam fakt, iż ktoś siedział za politykę, nie dowodzi automatycznie jego szlachetności, prawości i mądrości.

W więzieniach – Mokotów, Rawicz, Racibórz – przebywałem do 16 sierpnia 1954 r. Wtedy, ponad rok po śmierci Stalina i Berii, zwolnili mnie na przerwę w odbywaniu kary z powodu gruźlicy. W czasie tego urlopu mój adwokat uzyskał wznowienie śledztwa, a w efekcie 2 marca 1955 r. Zgromadzenie Sędziów Najwyższego Sądu Wojskowego uznało mnie za niesłusznie skazanego. Stwierdziło, że nie powinien być przeciwko mnie formułowany jakikolwiek akt oskarżenia, uchyliło wyroki obu instancji i przywróciło mnie do stanu niekaralności. Teoretycznie więc miałem prawo mówić, że byłem niekarany. Mimo to – jak wynika z teczek – bezpieka dalej traktowała mnie jako winnego wszystkich zarzutów ze śledztwa: kontaktów z podziemiem, z WiN-em oraz działalności w PSL. Tym uzasadniała dalszą obserwację i prześladowanie.
Bo już 12 sierpnia 1955 r. – a zatem ledwie 5 miesięcy po urzędowym stwierdzeniu mej niewinności – Wydział II Departamentu III Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (zajmującego się opozycją) postanawia – o czym świadczy dokument z teczek – o założeniu mi „sprawy ewidencyjno-obserwacyjnej”. W uzasadnieniu funkcjonariusz pisze: „Po wyzwoleniu z polecenia centrali WiN zorganizował własną siatkę wywiadowczą. Przy jej pomocy rozpracowywał Radę Ministrów, KC PPR, »Czytelnika«, przemysł, stosunki handlowe z ZSRR. Brał udział w zamachach na czołowych działaczy Partii i rządu. W okresie pobytu Mikołajczyka pracował w NKW PSL jako red. tech. »Komunikatów« oraz w »Gazecie Ludowej«. Był kilkakrotnie aresztowany, a następnie skazany na 8 lat więzienia. Obecnie zwolniony na [nieczytelne – KB]”. Uzasadnienie to oparte jest więc m.in. na zarzutach, które dopiero co Sąd Najwyższy PRL uznał za absurdalne i które faktycznie były wymysłem. Więcej: Bartoszewski objęty ma być sprawą „ewidencyjno-obserwacyjną” (czyli poddany stałej inwigilacji) jako „b. centralny działacz mikołajczykowskiego PSL” – choć Mikołajczyk opuścił Polskę 8 lat wcześniej, a PSL nie istniał od 6 lat. Postanowienie opatrzono oczywiście moją fotografią i klauzulą „ściśle tajne”. Oto superdowód praworządności PRL, znaczenia sądów i faktycznej roli bezpieki...

Zaczyna się następny etap mojego westernu z policją. Od 1955 roku kolejne departamenty UBP, a potem MSW: II, III i IV, zajmują się systematycznie moją osobą. Wymiennie, a czasem równolegle. Ale zawsze przy użyciu wszelkich środków: stałej kontroli korespondencji, nasłuchu telefonu, podsłuchu w kolejnych mieszkaniach, werbowaniu tajnych współpracowników w moim otoczeniu, m.in. wśród pomocy domowych. Próbowali skaptować choćby dwie sprzątaczki, ale obie okazały się sprytniejsze: wkrótce wymówiły pracę i odeszły. Proste dziewczyny, nie mające podstawówki, a okazały się szlachetniejsze i mądrzejsze od wielu inteligentów, którzy ulegli i donosili.
Inwigilacja w tych latach dotyczy różnych spraw. A to mnie jako eks-członka PSL. A to jako byłego AK-owca, który teraz pisuje teksty historyczne o Polskim Państwie Podziemnym i ruchu niepodległościowym, głównie w „Tygodniku Powszechnym”. A to jako osobnika, który utrzymuje kontakty z polską emigracją polityczną, z dawnymi kolegami i koleżankami, zwierzchnikami i podwładnymi z konspiracji, bo wielu z nich wtedy jeszcze żyło, głównie w Londynie i w Stanach Zjednoczonych. A to mojej działalności w środowiskach katolickich. W lecie 1957 r. rozpocząłem bowiem współpracę z „Tygodnikiem Powszechnym”. Wiosną 1961 r. przybrało to wymiar formalny w postaci pensji lub ryczałtu. W 1982 r. wszedłem zaś do zespołu pisma i jestem w nim do dziś. Co zabawne: bezpieka uznała mnie za siłę skrajną w redakcji, radykalizującą środowisko. Dlatego inwigilacja była tu szczególnie intensywna. Do tego doszły moje związki z Klubami Inteligencji Katolickiej w paru miastach. Formalnie nigdy nie byłem członkiem KIK-u, bo nie chciałem obciążać jego struktur moją inną działalnością, ale – niewątpliwie – byłem blisko ideowo z KIK-ami związany. 
Moja praca w „Tygodniku” i kontakty w KIK-u zbiegły się z rozpoczęciem dokumentowania stosunków polsko-żydowskich podczas okupacji. To z kolei zwróciło na mnie uwagę funkcjonariuszy zajmujących się obserwacją ambasady Izraela. Od roku 1961 w teczkach znajdują się obszerne opracowania o mojej roli agenta światowego syjonizmu oraz Tel Awiwu w Polsce. Są liczne fotografie, pokazujące, jak wchodzę do ambasady Izraela. Tyle że nigdy nie ukrywałem tych wizyt. Są relacje z przyjęć u ambasadora. Są całe strony stenogramów z rozmów, jakie prowadziłem z ambasadorem Avigdorem Dagan, pochodzącym z Czech pisarzem i poetą, byłym sekretarzem Masaryka na emigracji w Londynie, do dziś żyjącym w Jerozolimie. Źródłem był zainstalowany w ambasadzie podsłuch. Nic karalnego z podsłuchanych rozmów nie wynikało.
Znamienne, że bezpieka interesowała się silnie problematyką żydowską już kilka lat przed spektakularnym wybuchem moczaryzmu i falą propagandy antyizraelskiej i antysyjonistycznej, jaka zalała Polskę począwszy od 1967 r.
Ciekawe też są wnioski, jakie bezpieka wysnuwa choćby z faktu, że w 1967 r. razem z Zofią Lewinówną udaje mi się wydać w Znaku książkę „Ten jest z ojczyzny mojej”, dokumentującą przypadki ratowania Żydów przez Polaków podczas Holocaustu. Otóż raporty bezpieki oceniają, że „niezależnie od woli autora” praca ta ma pozytywne znaczenie jako obraz szlachetnych i dobrych Polaków. Z góry zatem zakładano, że muszę mieć złą wolę wobec Polski, narodu, Kościoła, a tylko przez przypadek napisałem książkę o właściwej wymowie. I wykonuje się różne łamańce myślowe, żeby dowieść, że jednak jestem wrogiem i agentem. Trzeba przecież jakoś uzasadnić konieczność otoczenia mnie siecią agentów, objęcia obserwacją, podsłuchem, kontrolą korespondencji.

W końcu roku 1966 bezpieka zaczęła podejrzewać, że jestem jednym z krajowych informatorów Radia Wolna Europa. Zbadałem teczki na ten temat i z gorzką satysfakcją mogę powiedzieć, że to nie moje zaniedbania dały im powód do takiej hipotezy. 
Otóż od czasów Mokotowa byłem zaprzyjaźniony z adwokatem Witoldem Lisem-Olszewskim. Pochodził ze Lwowa, też był więźniem politycznym, siedzieliśmy szereg miesięcy w jednej celi, pracowaliśmy razem w drukarni więziennej. Po wyjściu wrócił do adwokatury. M.in. był, co wtedy wymagało wielkiej odwagi i poświęcenia, obrońcą w wielu procesach politycznych i parapolitycznych. Bronił, przykładowo, świadków Jehowy, których skazywano wtedy za odmowę służby wojskowej. Miałem do niego absolutne zaufanie. Zasadnie. Zachowywaliśmy środki ostrożności, nie rozmawialiśmy w miejscach, w których mógłby być nasłuch, a tylko na ulicy albo w lokalach, kiedy nikt nie siedział w pobliżu. 
Teraz jednak – z teczek właśnie – okazuje się, że w bliskim otoczeniu śp. Witolda zainstalowany był tajny współpracownik. To ten agent donosił, co Lis-Olszewski mówił o mnie. A opowiadał, że jestem człowiekiem, przez którego on wszystko może załatwić i któremu ufa bez granic. Zaręczał, że jeżeli poinformuje mnie o takiej czy innej sprawie, to można być pewnym, że znajdzie ona należyte echo. A że tak się składało, iż chodziło o sprawy nagłaśniane niedługo potem na falach RWE – to bezpieka skojarzyła te fakty. Analitycy MSW przeprowadzili wielomiesięczne badania dat moich spotkań z Olszewskim, informacji od tajnego współpracownika na temat aktualnych zainteresowań mecenasa, prowadzonych przezeń spraw oraz audycji RWE. Powiązali to i doszli do oczywistego wniosku, że to przeze mnie przechodzą wieści do Monachium. Oczywiście, Olszewskiego historia ta w żadnej mierze nie obciąża. W teczkach nie ma też nazwiska tego donosiciela – można tylko wywnioskować, iż był inteligentem, a Lis darzył go zaufaniem. Ale że mecenas już nie żyje, więc nie da się pewnie zidentyfikować tego Judasza...

Z RWE zacząłem współpracować w listopadzie 1963 r. Wiedziały o tym tylko trzy osoby: dyrektor rozgłośni Jan Nowak-Jeziorański, jego zastępca, a mój przyjaciel Tadeusz Żenczykowski oraz kapelan radiostacji, ksiądz Tadeusz Kirschke. Nikt więcej. Nawet pracującemu w Monachium Tadeuszowi Nowakowskiego, z którym byłem po imieniu, nigdy się nie przyznałem, że coś dla nich robię. Pociągał mnie za język – ale bezskutecznie. Nie wiedzieli też przyjaciele z „Tygodnika”. Wprawdzie Jerzy Turowicz i Krzysztof Kozłowski mogli przypuszczać, że nie bez powodu nagle poprosiłem o zmianę formy współpracy ze zobowiązującego etatu na luźniejszy ryczałt. Nigdy jednak nie zostało wyraźnie powiedziane, czym się zająłem. Były co najwyżej aluzje. Krzysztofowi jeszcze w latach 60. powiedziałem: – Cokolwiek by się ze mną działo, wy o niczym nie wiedzieliście. Ja będę twierdził, że bałem się, że tego nie zaakceptujecie i dlatego trzymałem to w ścisłej tajemnicy przed wami. Wy oceniajcie to negatywnie, jako nielojalność. Ta umowa była ustna. Dość dobre rozeznanie na temat moich powiązań miał jedynie ksiądz Andrzej Bardecki, w którego domu systematycznie rozmawialiśmy na różne tematy. Wiedział, że podczas pobytów za granicą spotykałem się z Kirschkem. Czasem – ale tylko parę razy – mówił: słuchaj, Władziu, szef by cię widział chętnie. I prowadził do kardynała Wojtyły. Tylko tyle, zbytecznych rzeczy się nie mówiło.
Skąd wziął się pomysł współpracy z RWE? Otóż jak wyszedłem z więzień, to systematycznie jeździłem na wakacje do Zakopanego; niekiedy spotykałem się tam z innym więźniem stalinizmu i także redaktorem „Tygodnika” Mietkiem Pszonem. Łaziliśmy po dolinkach i wspominając pierdel, klawiszy, ich metody, zastanawialiśmy się, co zrobić, by ludzie, którzy przez to nie przeszli, dowiedzieli się tej prawdy i wielu innych prawd. By nie mogli potem powiedzieć, że nie wiedzieli. Uważałem, że skoro tu jest nałożony namordnik w sprawie informacji, trzeba robić wszystko, aby prawdziwa informacja docierała do ludzi. Dlatego pomagałem RWE i wziąłem się za nagłaśnianie opozycyjnych listów protestacyjnych czy szmuglowanie za granicę maszynopisów ważnych artykułów i książek. Tak było choćby z głośną książką „Motory i hamulce socjalizmu” Bieńkowskiego, przeznaczoną do wydania w Instytucie Literackim Jerzego Giedroycia. 
Z RWE współpracowałem systematycznie przez 18 lat. Najintensywniej pierwszych 11-12 lat, za dyrektoriatu Jana Nowaka-Jeziorańskiego, do końca 1975 r. Potem z następnym dyrektorem, Zygmuntem Michałowskim, ale już luźniej. Kiedy szefem radia został w 1982 r. Zdzisław Najder, sam też znalazłem się niebawem w Monachium jako wykładowca niemieckiego uniwersytetu, więc mogłem co najwyżej oceniać (prywatnie, w miarę potrzeb) dostarczane z kraju przez innych materiały. 
Zabawnie wygląda dziś fakt, że przez cały ten czas nigdy nie przekroczyłem progu radia w budynku przy Englischer Garten. Po prostu: nie chciałem, by mogli mi zrobić tam zdjęcie. Nie wszedłem tam nawet, kiedy mieszkałem w Monachium. 
Ciekawe też, że ani w moich teczkach, ani w teczkach dostarczonych przez IPN Nowakowi nie ma żadnych śladów, by bezpieka próbowała sprawdzać moje kontakty w RWE poprzez swoich agentów ulokowanych w rozgłośni. A przecież musieli to robić, skoro sprawę moich kontaktów z RWE uczynili przedmiotem śledztwa. 

1 października 1970 r. do mojego mieszkania w Warszawie weszło 18 funkcjonariuszy i przez 27 godzin je przetrząsało. Oglądali książki – a miałem ich dużo. Interesowały ich zwłaszcza te po niemiecku – nie wyłączając „Mein Kampf” Hitlera. Czytali każdy świstek. Sprawdzali wszystkie wizytówki znajomych. Po czym zabrali z pół tony papierów i mnie. Podczas przesłuchania wołali, żebym się do wszystkiego przyznał, choć nie przedstawili żadnego zarzutu. Po Warszawie za to zaczęła krążyć plotka, że zostałem zdemaskowany jako szef antypaństwowej organizacji i „głowa siatki krajowej” RWE. 
Dopiero w grudniu pani prokurator Pancer postawiła mi oficjalnie zarzut „współdziałania z antypaństwowymi siłami RWE na szkodę PRL”. Choć intensywne śledztwo trwało jakiś czas, to ostatecznie jakoś zrezygnowali z procesu. 
Teraz mam akta tego postępowania. Wieleset kart. Pokazują one, jak sprawę rozpętano, jaki nadano jej bieg, co kto zeznał, co bezpieka naprawdę wiedziała i jaką operację dywersyjno-fałszywkową przeprowadziła. Są wytyczne, jak skłócać zamieszane osoby i jak psuć moją opinię w opinii publicznej. 
Z akt wynika bowiem, że to ja, a nie, ci którzy zostali w związku ze śledztwem aresztowani, byłem wrogiem nr 1. Co też zabawne: jeden z departamentów MSW inwigilując mnie nadał mi kryptonim „Szatan”.
Mnie nie wsadzili, bo nie było to wygodne: byłem członkiem redakcji „Tygodnika Powszechnego” i członkiem władz, a potem sekretarzem generalnym Polskiego PEN Clubu. Ale pomysł taki się pojawiał. Są jednak ślady wewnętrznej korespondencji partyjno-ubowskiej: niektóre departamenty MSW naciskają, by mnie aresztować, ale partia się waha. W końcu zapada decyzja, żeby nie wsadzać, ale próbować skompromitować. Idą więc w obieg fałszywki, że się przyznałem do winy i pokajałem. Puszczają też informacje o rzekomych głębokich konfliktach między mną, a innymi osobami. Ślą anonimy, wzywają ludzi na rozmowy i sugerują, że poszedłem na współpracę. 
Teraz mam protokoły z tej operacji. Ta kuchnia bezpieczniackiej roboty nie jest jednak dla mnie zaskoczeniem, lecz może będzie dla innych. 
Dysponuję też pełnymi zeznaniami, jakie złożono w tej sprawie: tak moimi, jak składanymi w więzieniu przez pana docenta SS, panią magister ED i panią magister DB. Nazwisk nie będę wymieniał. Z zainteresowanych żyją dziś dwie osoby i wiedzą, że to o nie chodzi. W śledztwie zastosowano przewrotne, ale stare metody: wykorzystano różnorodność wypowiedzi, stanu wiedzy, nastawienia, kondycji psychicznej zeznających. Próbowano sprawić wrażenie, które każdy śledczy, również w sprawach kryminalnych, usiłuje wywołać: że władza wie wszystko, więc lepiej się przyznać. Operowano szczątkami wiadomości, materiałów, donosów.
W moich zeznaniach nie ma słowa, które by kogokolwiek mogło obciążyć. Dwójka aresztowanych mówiła. Na szczęście docent SS i magister ED (dziś już nieżyjąca), wiedzieli o moich faktycznych związkach z RWE tyle co nic: że jakieś kontakty mam. Nic więcej. A to był tylko wierzchołek góry lodowej. Bo nie zdarzyło się, bym im powiedział, od kiedy i co naprawdę robię. Byłem wychowany w regule, że czego się nie musi wiedzieć, to się nie wie.
Tymczasem ci, którzy naprawdę odgrywali w przekazywaniu do Monachium wiadomości sporą rolę: byli łącznikami, zajmowali się sprawdzaniem danych itd., do końca pozostali bezpiece nieznani. Wiedziałem o nich jedynie ja – i na szczęście nikt inny. Byli to przeważnie obywatele obcy, rzadko polscy. Taką ważną rolę spełniła np. jednorazowo emerytowana dziś profesor polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego Maria Straszewska, która w czasach wojny była sekretarzem redakcji „Biuletynu Informacyjnego” AK. 
Z kolei jednym z moich kilku głównych źródeł informacji w kraju, wykorzystywanych dla RWE, był Wiesław Chrzanowski. Spotykaliśmy się na mieście, najczęściej w kawiarni, w porze, gdy nie było ruchu. Nigdy w rozmowach tych nie padło słowo RWE. Zagadywałem: Co słychać Wiesiu, w adwokaturze? On opowiadał. Potem pytałem tylko, czy to może być nagłośnione? On się pewnie domyślał, ale przyznałem mu się dopiero w latach 90. Dość szczerze, choć „bez kropki nad i” rozmawiałem też z adwokatami Kazimierzem Ostrowskim i Andrzejem Rozmarynowiczem. Oczywiście informacje przekazywał mi też Jan Józef Lipski, który należał od lat sześćdziesiątych do najbliższych moich przyjaciół. Równocześnie nigdy nie przekazywałem do RWE żadnych danych o „Tygodniku”, bo tu łatwo byłoby skojarzyć źródło. Chyba, że trzeba było coś sprostować.

Materiały z tej sprawy mogą służyć jako ostrzeżenie dla wszystkich. Oczywiście, trudno przypuszczać, by w Polsce kiedykolwiek zapanował znowu system autorytarny. Nigdy jednak nie da się wykluczyć, że kiedyś jakaś władza sięgnie wobec obywateli po niepraworządne metody.
Tak docent SS, jak magister ED dostali do celi towarzystwo agentury. W efekcie bezpieka dysponowała – a teraz dostałem to ja – dziesiątkami stron relacji z tego, co dzień po dniu opowiadali w celi o sprawie, o sobie i o mnie. W pewnym momencie jest powiedziane, że w tylko w tym jednym śledztwie zgromadzono 7 tomów akt – 900 stron. Warto dodać, że docent był dużo rozważniejszy i powściągliwszy, a magister mniej, aczkolwiek była prawnikiem, do tego byłym sędzią i powinna była mieć większą rutynę. 
Funkcjonariusze mogli potem do woli porównywać te wszystkie wiadomości, oceny, podejrzenia, przypuszczenia – w tym, co miło dziś zobaczyć, pochlebne dla mnie stwierdzenia, że z pewnością nie „pęknę” i nie powiem całej prawdy. Niestety, w aktach jest też pełne nagranie rozmowy, jaką docent odbył w Toruniu po wyjściu z więzienia z pewnym zasłużonym działaczem niepodległościowym z Milanówka. Obaj panowie licytowali się wtedy w podejrzeniach na temat mojej współpracy z SB. 
Ciekawe zresztą, że o ile początkowo docent miał w celi jednego lokatora, to potem dołączono im trzeciego o kryptonimie S.N. I wtedy delator skarży się mocodawcom, że ten trzeci w celi komplikuje sprawę, bo docent stał się ostrożniejszy i mniej opowiada, jako że jemu ufał, a tamtemu już nie. 
Nikomu nie mam za złe, że nie okazał chytrości wobec służb specjalnych. Docent też był ofiarą. Warto jednak pokazać, że władza może zechcieć skorzystać z metod diabolicznych: wykorzystywać słabość ludzką, stres itd. Przecież to był polski Orwell w odniesieniu do życiorysu jednego człowieka.

Po przeczytaniu tych teczek, tego metra z piętnastu, ani mój pogląd o ludziach, ani o nurtach historii, ani o bezpiece, ani o opozycji w żadnej mierze się nie zmienił. Nie dowiedziałem się niczego modelowo rewelacyjnego. Pewnie, dotąd na przykład nie rozumiałem, skąd pochodziły pewne zeznania przeciw mnie. Teraz już wiem: z rozmów w celi! Dlaczego ludzie przyznawali się do rzeczy, do których się przyznać nie musieli? Już wiem: w chwili słabości powiedzieli towarzyszowi w celi więcej niż oficerowi śledczemu. 
A pamiętam, jak jeszcze w 1950 r. siedziałem w piwnicy pod MBP z pewnym kapłanem misjonarzem z Bydgoszczy. Przez wiele miesięcy bardzo źle nas traktowali: nie puszczali na spacer ani do kąpieli. Jego traktowano identycznie. A mimo to miał skrupuły, że ich okłamuje w śledztwie. Powiedziałem na ucho temu zacnemu księdzu: „przyznać się może ojciec po odsiedzeniu wyroku, ale teraz nie trzeba czerwonym pomagać”... 

Można sobie wyobrazić, jakim przedmiotem zainteresowania władz była moja działalność w opozycji demokratycznej lat 70.: liczne kontakty z KOR-em, listy protestacyjne, wykłady w ramach Towarzystwa Kursów Naukowych. Wprawdzie nie byłem członkiem KOR-u, bo byłem na tyle rozsądny, że pracując dla RWE, nie mogłem jeszcze wchodzić w KOR. Miałem jednak stałe kontakty z Janem Józefem Lipskim, z prof. Adamem Szczypiorskim, z panią Anielą Steinsbergową.
Materiały z tego okresu są tymczasem uderzająco skąpe. Ani słowa nie znalazłem też o Polskim Porozumieniu Niepodległościowym. Ale to była niewielka i faktycznie mocno utajniona struktura. O moim udziale w PPN wiedziało ledwie parę osób: Zdzisław Najder, Jan Olszewski, Czesław Bielecki, Wojciech Włodarczyk, Andrzej Kijowski, Jan Józef Szczepański.
Niewiele jest na temat mojego sekretarzowania w PEN Clubie i pracy na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (a przecież prowadziłem tam seminarium dla tak znanych już działaczy opozycji, jak Bogdan Borusewicz, Janusz Krupski, a potem Marian Piłka i miałem żywe kontakty ze środowiskiem niezależnego pisma młodych katolików „Spotkania”. Z Lublina są tylko informacje, jacy studenci chodzą do mnie na zajęcia i polecenie objęcia ich obserwacją, także w miejscu ich zamieszkania, bo niektórzy nie byli z Lublina. Bezpieka gromadziła też kopie donosów pisanych na mnie do Księdza Prymasa i rektora przez jednego z księży profesorów z KUL. Nie wiem, skąd je mieli.
Generalnie jednak z dokumentacji departamentu IV MSW, który musiał zajmować się moimi kontaktami ze środowiskami kościelnymi, przekazano mi jedynie nikłe szczątki. Akta tego pionu zostały więc zapewne rzeczywiście w dużej mierze zlikwidowane. Mam tylko nagranie moich odczytów u Dominikanów w Poznaniu, wykładu w ramach Tygodnia Kultury Chrześcijańskiej we Wrocławiu, żywej dyskusji w KIK-u w Krakowie oraz informację tajnego współpracownika, że wiceprezes krakowskiego KIK jest zgorszony tym, że tak narażam KIK i obiecuje, iż to się nie powtórzy.

Wiele relacji to tłumaczenia agentów, w jaki sposób „urwałem się” obstawie. A robiłem to „na chama”. Nie miałem samochodu, więc zwykle poruszałem się pieszo. A chodzę szybko. Czasem, kiedy za mną za długo łaził, odwracałem się, podchodziłem do niego i mówiłem: przepraszam, czy pan nie wie, która godzina? Ile mógł potem za mną iść? Są liczne fotografie operacyjne robione mi na ulicy. Są wzmianki o podsłuchu telefonu w domu – nagrywali m.in. moje rozmowy z Kisielem, ale niestety nie ma ich zapisów. Podsłuch był też zainstalowany w mieszkaniu, a nawet w pokojach 11 i 12 w zakopiańskiej „Halamie”, gdzie zwykle jeździliśmy na wakacje.
Przez te wszystkie lata zajmowały się mną różne pokolenia ubeków. Na dodatek byłem nietypowym obiektem. Zwykle człowiek obraca się w jednym środowisku i koncentruje na jednym temacie. Ja sprawiałem kłopot, bo obracałem się w różnych kręgach: PSL-owskim, AK-owskim, KIK-owskim, literackim, PEN Club-owym, żydowskim. Ale byłem chyba ulubieńcem samego szefa departamentu III gen. Majchrowskiego, bo ogłosił o mnie w „Życiu Literackim” nader długi paszkwil. 

Podobnie mało materiałów w teczkach dotyczy lat 80. Z tego okresu są tylko pojedyncze dokumenty związane z internowaniem. Jest m.in. odmowa uchylenia wobec mnie decyzji o internowaniu, motywowana tym, że „nie ma pozytywnej prognozy co do dalszego zachowania po opuszczeniu miejsca odosobnienia”. 
Jedynym wyjątkiem w tym okresie są natomiast materiały dotyczące mojego pobytu w Niemczech. Pracowałem tam od 1983 r. jako wykładowca na trzech uniwersytetach. Znowu trudno to wytłumaczyć: na temat moich poprzednich częstych kontaktów z Niemcami – z hierarchami katolickimi czy z organizacjami typu Pax Christi, Maximilian-Kolbe-Werk, Akcja Znaków Pokuty i Centralnym Komitetem Katolików Niemieckich zachowały się tylko jakieś szczątki. Natomiast z lat 80. jest niemal pełne dossier. Mogę powiedzieć anegdotycznie: u kresu życia otrzymałem prawie „dzieła wszystkie” Władysława Bartoszewskiego, w opracowaniu wywiadu i kontrwywiadu PRL. Dostałem bowiem m.in. spisane i przetłumaczone z niemieckiego na polski teksty bodaj wszystkich ważniejszych moich wystąpień publicznych w kilkunastu miastach niemieckich w ciągu dobrych kilku lat. Do tego dołączano fachową ocenę audytorium, informację o słuchaczach, rejestrację dyskusji. Wszystko to było nagrywane przez funkcjonariuszy wywiadu MSW lub ich „tajnych współpracowników”. 
Co zatem ważne: teraz szereg ludzi dobrej woli w Polsce uważa, że działalność wywiadu PRL różniła się zasadniczo od pracy bezpieki i że jak ktoś współdziałał z wywiadem, to pomagał państwu. Okazuje się jednak, że ów wywiad PRL polegał także na tym, że zajmował się na przykład takim wrogiem państwa, jak Bartoszewski (a przecież nie tylko mną, ale i pewnie setkami innych). W tym celu dziesiątki ludzi latami jeździły za nim po Niemczech, nagrywały jego otwarte spotkania z publicznością, pisały oceny, tłumaczyły teksty i słały do kraju. Na tych relacjach są też liczne parafy ludzi o stopniach generalskich i funkcjach dyrektorskich. Te nazwiska są na moich kopiach wymazane, ale w niektórych przypadkach wiadomo, o kogo chodzi. Widać więc, że taką bezsensowną przecież inwigilację akceptowali wysocy funkcjonariusze aparatu PRL. 

Jeśli chodzi o ostatnie dziesięciolecia PRL, to przypuszczam, że MSW nadal chroni agenturę z tych czasów i dlatego IPN nie dostał w tym przypadku pełnego zasobu archiwalnego. Być może jednak w pozostałych 14 metrach teczek są materiały, które choćby częściowo uzupełnią te luki... 

Moja mama powiedziała kiedyś do jakiejś przyjaciółki: Całe życie nie miałam z policją do czynienia, a ten Władeczek mój ciągle w więzieniach siedzi. 
Faktycznie: pierwszy raz straciłem wolność mając niewiele ponad 18 lat (wtedy sprawili to Niemcy), ostatni raz siedziałem mając lat 60. Począwszy od kociołka w czerwcu 1945 r., aresztowanie w październiku 1945 i jednodniowe zatrzymanie z okazji referendum w lecie 1946, przez półtora roku w 1946-48 i niemal 5 lat odsiedzianych od grudnia 1949 do sierpnia 1954, po dwa dni aresztu z okazji śledztwa o Wolną Europę i wreszcie internowanie 1981/82... 
Mawiam, że do pełnych 8 lat pozbawienia wolności brak mi 20 dni. Sądzę, że tak pozostanie.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl