Dzień wolnej Warszawy

ANDRZEJ ROMANOWSKI

 

Dzień 11 listopada 1918 roku nie był narodzinami niepodległości. Był jedynie punktem kulminacyjnym „drugiego powstania listopadowego”: wyzwoleniem Warszawy. Poprzednie insurekcje – z lat 1794 i 1830 – dały polskiej stolicy wolność na kilka miesięcy, następna – z roku 1944 – przyniosła jej zagładę, i tylko ta z roku 1918 okazała się trwała. Na dwadzieścia lat. Niemcy (a po nich Rosja) wróciły potem do łupu zdobytego w XVIII wieku.
Ale tego, co stanie się później, nikt w roku 1918 nie mógł jeszcze wiedzieć. Na razie Polacy rozbrajali okupacyjną armię niemiecką, choć bez specjalnej wrogości. Pamiętano, że to właśnie Niemcy rozpoczęli – na gruzach rosyjskiej Kongresówki – budowę zalążków polskiego państwa: królestwa z 5 listopada 1916 roku. I może także dlatego insurekcja z 11 listopada 1918 przyniosła tylko pięć przypadkowych ofiar, może dlatego jedynym posłem w polskiej stolicy okazał się akurat wysłannik republiki nazwanej później Weimarską, może dlatego niemiecka Rada Żołnierska znalazła się natychmiast pod opieką Józefa Piłsudskiego. Bo przecież 11 XI 1918 – to też dzień brygadiera w znoszonym, legionowym mundurze: ten niedawny stronnik państw centralnych objął teraz naczelne dowództwo powstającego (także na bazie „Polnische Wehrmacht”) polskiego wojska. 
Swą republikę warszawską Piłsudski starał się zakotwiczyć w Europie. Z jeszcze większą determinacją niż z Niemcami szukał porozumienia z Francją i Anglią, mocarstwami zwycięskiej Ententy. Nie pytał, „czyja będzie Polska”, lecz nawiązał kontakt ze swym największym politycznym rywalem, liderem prawicy, Romanem Dmowskim. Będąc socjalistą, nie miał skrupułów, gdy trzeba było wymienić premiera: „pepesowca” Moraczewskiego na „narodowca” Paderewskiego. Będąc liderem lewicy, nie cofnął się przed porozumieniem z monarchistyczną Radą Regencyjną. Będąc niedawnym więźniem Magdeburga, nie wzdragał się przed wzięciem władzy od „kolaborujących” z okupantem regentów – a nie od lubelskiego „rządu ludowego”. Będąc dyktatorem, rozpisał wybory parlamentarne (jego przyjaciel, socjalista Feliks Perl, proklamuje potem „rewolucję w majestacie prawa”). Zadekretował wreszcie Piłsudski (mianowany – jak niegdyś Kościuszko – Naczelnikiem) 8-godzinny dzień pracy i właśnie przez swój socjalizm „zabiegł drogę bolszewizmowi” – sprawił, że miliony robotników i chłopów uznały nowe państwo za własne.
Jedenasty Listopada widziany z perspektywy Europy oznacza przełomowy fakt historyczny: zawieszenie broni w wagonie kolejowym na stacji Compiegne, koniec I wojny światowej, nastanie pokoju. Jedenasty Listopada widziany z perspektywy polskiej III Rzeczypospolitej jest datą nieledwie symboliczną. Lecz przecież ten dzień wolnej Warszawy, dzień Piłsudskiego, uznany został za dzień niepodległości całej Polski: wspólnej ojczyzny wszystkich stanów i wszystkich politycznych orientacji. Ten dzień – jak wcześniej 3 maja 1791 i jak później 12 września 1989 – jest świętem narodowej solidarności. Jest nie tylko (co oczywiste) triumfem wolności, ale też triumfem sprawiedliwości. Czy nie jest jednak także świętem jedności europejskiej, której wolna Polska była zawsze jednym ze zworników?


Andrzej Romanowski

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl