Komentarze

 


Jarosław Makowski Bezrobocie wśród biskupów

Krzysztof Kozłowski Wyrok

Krzysztof Burnetko Nowelizowanie lustracji

Wojciech Pięciak USA zmieniają strategię

 

 




  
 
Bezrobocie wśród biskupów

Pierwszy list polskich biskupów w całości poświęcony zjawisku bezrobocia został ogłoszony w czasie, gdy bez pracy pozostaje ok. 17 proc. Polaków, a populiści rożnych maści przekonują społeczeństwo, że znają cudowne lekarstwo na zmianę tej sytuacji. 
Episkopat tymczasem przestrzega, po pierwsze, przed „łatwym, ale złudnym lansowaniem idei pełnego zatrudnienia, odgórnego zapewnienia każdemu miejsca pracy, co zawsze kończy się niewydolnością gospodarczą i niszczy etos pracy”. Po drugie, hierarchowie przyznają, że bezrobocie jest „stałym zjawiskiem” we współczesnych społeczeństwach. 
Biskupi zaznaczają, że nie zabierają głosu jako znawcy ekonomii, ale jako duszpasterze. Stąd ocena moralna bezrobocia, które jest „deformacją osobowości człowieka”. Z bezrobociem nie można się więc pogodzić, a jego negatywnym skutkom przeciwdziałać trzeba nie tylko przez doraźne wspieranie finansowe bezrobotnych, które jest „obowiązkiem moralnym”, lecz także przez działalność edukacyjną, wychowawczą, rozwijanie przedsiębiorczości oraz „kształtowanie efektywnej i konkurencyjnej gospodarki”. Bezrobotnych biskupi wzywają, aby „nie trwali w pasożytnictwie społecznym, gnuśności, pasywności”, lecz „by byli gotowi do nauczenia się nowego zawodu i przekwalifikowania się, w celu stworzenia sobie miejsca pracy”; związki zawodowe – „by ich walka o prawa pracowników nie zmieniała się w dążenia do przywilejów dla swoich członków, utrudniające zarazem podjęcie pracy przez innych”; pracodawców – „by w imię praw rynku nie zapominali o prawach, wśród których jest prawo do pracy”; polityków wreszcie – „aby nie umacniali swej władzy przez nadmierne ingerowanie w sferę gospodarki”. Hierarchowie sugerują też, że prawo pracy winno być „bardziej elastyczne, pozwalające na bogactwo różnych form zatrudnienia”. Zauważają również, że problemu bezrobocia nie rozwiąże samodzielnie ani państwo, ani związki zawodowe, ani pracodawcy: szansą jest dopiero ich współpraca w przezwyciężaniu zjawiska. 
Z pewnością Kościół na tych teoretycznych wskazaniach nie poprzestanie, ale sam – w imię głoszonej solidarności społecznej – będzie próbował wcielać je w życie. Parafie, uczelnie czy środki przekazu to przecież miejsca, gdzie i Kościół występuje w roli pracodawcy...
To ważne, że biskupi nie ulegli – choć tak byłoby najłatwiej – pokusie lamentu i antyliberalnej retoryki. Zwłaszcza, że dotąd zdarzało im się podejrzliwie odnosić do reguł gospodarki rynkowej. 


Jarosław Makowski 

 

 

 

 

 

 

 

Wyrok

Domniemanie niewinności – zasada w prawie karnym, której nawet Lech Kaczyński nie podważa – każe tłumaczyć wszelkie wątpliwości na korzyść oskarżonego. Stąd i wyrok w kolejnym procesie milicjantów oskarżonych o zabójstwo dziewięciu górników z kopalni „Wujek” w grudniu 1981 roku nie mógł, niestety, być inny. Nie ustalono sprawców, więc i nie wymierzono kary – inaczej mielibyśmy do czynienia z odpowiedzialnością zbiorową. Ale nawet nie to jest w tym wszystkim najboleśniejsze, najgorsze, że nadal nie wiadomo, kto zabił, a kto strzelał w powietrze. Groźne jest to, że nie rozszyfrowaliśmy i tym razem mechanizmu, który pozwalał pod koniec XX wieku w centrum Europy funkcjonariuszom państwa zabijać bezkarnie własnych obywateli. I nikt tak naprawdę nie wziął za to odpowiedzialności jeśli nie liczyć ogólnikowego słowa „przepraszam” i całkiem konkretnych wyrzutów sumienia gen. Jaruzelskiego. Równocześnie zainteresowanie opinii publicznej najnowszą historią maleje z roku na rok, połowa ankietowanych uważa, że PRL to był całkiem fajny ustrój, a stan wojenny okazał się pożyteczny. Należy więc skłonić tych członków byłego kierownictwa PZPR, którzy z powodzeniem odgrywają publiczne role w dzisiejszej Polsce, by po uniewinnieniu byłych milicjantów zechcieli przynajmniej pochylić głowy przed pomnikiem zabitych górników.

 

Krzysztof Kozłowski

 

 

 

 

 

 


Nowelizowanie lustracji

Ruszyły prace nad prezydenckim projektem zmian w ustawie lustracyjnej. Prezydent zasadnie wnosi o doprecyzowanie definicji współpracy z organami bezpieczeństwa (teraz uznawanym za współpracownika był każdy, kto podpisał stosowną deklarację bądź tylko został przez funkcjonariuszy UB i SB zarejestrowany jako agent – nawet jeśli faktycznie nie przekazywał im żadnych informacji). Słusznie też proponuje, by zobowiązać rzecznika interesu publicznego do przestrzegania określonej kolejności analizowania oświadczeń lustracyjnych (do tej pory to, kto kiedy będzie lustrowany zależało od widzimisię rzecznika, co groziło wykorzystywaniem lustracji do gier i porachunków politycznych). Trafna jest wreszcie poprawka, wedle której sąd musiałby sprawy lustracyjne rozstrzygać jednoznacznie: winny lub niewinny (dziś w sytuacji braku wystarczających dowodów sąd może poprzestać na umorzeniu postępowania, co sugeruje, że jednak w oskarżeniach „jest coś na rzeczy”).
Są jednak w prezydenckiej inicjatywie punkty wątpliwe. Chodzi o pomysł wyłączenia spod działania ustawy tych, którzy współpracowali z wywiadem, kontrwywiadem oraz organami ochrony granic. Tak się bowiem składa, że działalność tych pionów aparatu bezpieczeństwa wykraczała za komunizmu poza tradycyjne funkcje takich służb. Wywiad, przykładowo, mógł – w przeciwieństwie do innych pionów MSW – werbować na współpracowników członków partii komunistycznej. A że zajmował się także rozpracowaniem środowisk emigracyjnych (RWE, „Kultury”, zagranicznych agend „Solidarności” itd.), więc prezydencki pomysł może być uznany za próbę uchronienia od lustracji działających przeciwko opozycji aktywistów b. PZPR, którzy współpracowali z wywiadem PRL. Do zadań kontrwywiadu należało zaś śledzenie pracujących w Polsce dziennikarzy – w tym... krajowych. To kontrwywiad, na przykład, zajmował się za czasów PRL „Tygodnikiem Powszechnym”. Zaś niewinnie wyglądająca Straż Graniczna w pasie nadgranicznym pełniła de facto funkcje aparatu bezpieczeństwa.
 

 

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

USA zmieniają strategię

Choć z przekazów medialnych z pierwszych tygodni nalotów na cele w Afganistanie można było odnieść – być może zamierzone – wrażenie ogromnego wysiłku wojennego, w istocie amerykańscy wojskowi znacznie ograniczali ilość celów i intensywność ataków, zresztą na wyraźne życzenie polityków. Naloty zniszczyły wprawdzie infrastrukturę – obozy terrorystów Al Kaidy oraz talibskie radary, lotnictwo, ciężką broń przeciwlotniczą, magazyny broni i paliw oraz sieć dowodzenia i łączności, opartą na nowoczesnych światłowodach (kładzionych przez Chińczyków; okablowywanie światłowodami krajów Azji i Afryki to w ostatnich latach chiński sposób na globalną ekspansję). Ale amerykańscy politycy, zwłaszcza resort spraw zagranicznych, powściągali wojskowych z obawy, że szybki rozpad reżimu talibów i sukcesy antytalibskiego Sojuszu Północnego stworzą polityczną próżnię i chaos. Dlatego najpierw próbowali skleić z grup opozycyjnych antytalibską koalicję i zalążek rządu. Równocześnie Amerykanie nie chcieli za mocno wspierać Sojuszu Północnego, zdominowanego przez Tadżyków i Uzbeków, gdyż nie obejmuje on plemion pasztuńskich, stanowiących większość ludności i dominujących na południu Afganistanu. Być może właśnie zaktywizowanie pasztuńskich „warlordów” było celem dwóch (udaremnionych łatwo przez talibów) misji, w wykonaniu dowódcy pasztuńskiego Abdula Haqa i zwolenników byłego króla, zapewne przy wsparciu CIA na „niewidzialnym froncie”. 
Ale ten polityczny plan USA – od których uzależniona była intensywność i cele nalotów – zjednoczenia opozycji i poderwania Pasztunów się nie powiódł; talibowie trzymają się mocno. Dlatego Amerykanie zmieniają strategię, nie łącząc już celów politycznych i wojskowych. Samoloty USA zrzucają dziś w jeden dzień więcej bomb, niż wcześniej w cały tydzień, i to nie na Kabul (gdzie łatwo ukryć broń i ludzi w dzielnicach mieszkalnych, meczetach itd.) ale na linię frontu, wspierając już otwarcie Sojusz Północny. Cel wojny, której nie rozpoczęły Stany Zjednoczone, pozostaje ten sam: rozbicie organizacji bin Ladena i jej zaplecza w postaci reżimu talibów oraz doprowadzenie do choćby względnej stabilizacji politycznej w regionie. To drugie może się zresztą w przyszłości okazać trudniejsze od tego pierwszego. 
 

 

Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 45, 11 listopada 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl